Wojna i okupacja we wspomnieniach mieszkańców Ryk /i nie tylko/

Przygotował Zbigniew Lipski

Spis treści:

  1. Odtworzone z pamięci – wspominają: E. Doliński, S. Skwarek, K. Filiks, Cz. Dąbrowski, J. Wiśniach art. Z.L. w „MR” nr 1/1996
  2. Co pozostało w pamięci - wspomina Władysława Cieśla – art. Z.L. w „MR” nr 1/1996
  3. Jak to na wojence ładnie – wspominają: Wacław Jeżewski i Henryk Kultys ; art. Z.L. w „MR” nr 9/1995
  4. Wspomnienie z 1939 roku /wspomnienie Adama Raszkiewicza/ „MR” nr 9/1999 opr. Zbigniew Lipski
  5. Jeden z nielicznych – wspomina Stanisław Klimek; art. Z.L. w „MR” nr 7-8/1995
  6. Za kradzież kromki chleba – kara śmierci /wspomina Czesław Dąbrowski/ „MR” nr 11/1999
  7. Miała być taka sobie zasadzka – wspomnienie Serafina Aleksiejewa; przedruk z książki pt. „W matni” w „MM” nr 28/2005
  8. Na grabowieckim przejeździe – wspomnienie Serafina Aleksiejewa; przedruk z książki pt. „W matni” w „MM” nr 7-8/2005
  9. Zrzuty broni pod Stasinem, Kątami.. – wspominają: Stanisław Bober i Bolesław Zaręba art. Z.L. „MM” nr 6/2005
  10. Święto Ludowe w warunkach konspiracji – art. w „MR” nr 5/2005
  11. Prawda jest jak oliwa – /wspomina Zofia Gągała/ „MR nr 4/1995
  12. Tragiczne echo lat wojny domowej /wspomina Henryka Warowna/ „MR” nr 5/1995
  13. Zarejestrowane w pamięci – ze wspomnień Edmunda Dolińskiego publikacja w „MR” nr 9/1997
  14. Byłem przymusowym świadkiem zbrodni na Żydach z Ryk i okolicy /wspomina Bolesław Walasek/ „MR” nr 5/2000
  15. Wspomnienie Hirszka Szarfa – przedruk tłumaczenia, niepublikowane
  16. Widziałem na własne oczy wojnę /wspomina Stanisław Ryszkowski/ publikacja w „MR” nr 9, 11, 12,
  17. Byliśmy w radzieckim łagrze – wspomina Henryk Miłosz ; art. Z.L. w „MR” nr 10/1995
  18. Obraz sowieckiego łagru /wspomina Bolesław Walasek/ „MR’ nr 5/2000
  19. Trzeba wiedzieć, trzeba przypominać - wspomina Edward Miłosz; art. Z.L. w „MR” nr 5/1997
  20. Jak było trzeba przypominać - przypomnienie procesu Heleny Wardal; art. Z.L. w „MR” nr 1/1995
  21. Byłem żołnierzem Orlika - wspomina Zygmunt Czerniejewski art. Z.L. w „MR” nr 6/1997
  22. Strasenbaum Schalinger und Company Wien w Rykach /wspomina Kazimierz Czerski/ „MR” nr 8, 9, opracował Wojciech Głodek 6/1997
  23. Ostatnie strzały artylerii niemieckiej - wspomina Kazimierz Czerski art. W.G. „MM” nr 4/2005
  24. Wspomnienia żołnierza – wspomina Jan Jeżewski ps. „Zagrodny” publikowane w „MM” 6 /2004
  25. Wspomnienie /wspomnienie Michała Jońskiego/ art. Z.L. w „MR” nr 9/1997/
  26. Bratobójczą krew trudno zmyć /wspomina Jerzy Głowienka/ „MR” nr 9/1999
  27. Wspomnienie na Dzień Zaduszny /wspomina Helena Przybysz/ „MR” nr 10/1999
  28. SZP, ZWZ i AK w okresie XI.1939 – VIII.1944 w Starym Bazanowie /wspomina Wacław Kamiński ps. „Kalina” „MR” nr 9/1999
  29. Czas wielkiej próby charakterów /wspomina Józef Pudło/ „MR” nr 6, 7, 8
  30. Zostałem ranny w ostatnim dniu wojny /wspomina Władysław Żmuda/ „MR” nr 2/2001
  31. Taką miałem młodość /wspomina Marian Cieloch/ „MM” nr 4/2006
  32. Jeśli komuś robisz dobrze, robisz sobie.. /wspomina Krystyna Wojewoda/ „MR” nr 1/1995
  33. Wyjątki wspomnień /wspominali uczestnicy zdarzeń j.n./
  34. To stało się nad Wieprzem /wsp. Adam Luksemburg/
  35. Mój udział w walce o wolną Polskę /wspomina Stanisław Królik ps. „Sosna”/
  36. Pacyfikacja we wsi Lendo Wielkie wspominają potomni.

Wstęp

W siedemdziesiąt lat od wybuchu wojny obronnej 1939 r., trwającej 5 lat i 8 mcy okupacji niemieckiej, a po niej jeszcze prawie dwu lat wojny domowej w Polsce, wydaje się, że o tych wydarzeniach, co było do powiedzenia, już powiedziano wszystko. Policzono bowiem straty, groby, postawiono pomniki, wydano wspomnienia i pamiętniki, napisano historię tego okresu. Czy tak jest rzeczywiście? W ostatnim wieku historię coraz mniej piszą historycy, a coraz częściej politycy. Wniosek taki wysnuwam choćby po tym, że już po raz trzeci (a może nawet czwarty) Historia Polski czasu, sprzed ćwierćwiecza pisana jest od początku. Po roku 1918 pisano ją ze zrozumiałych względów w oparciu o wiedzę tamtego okresu. Ale już po roku 1945 nie zostawiono na niej suchej nitki. Potem przyszedł rok 1989 i okazało się, że wszystko jest nie tak. Zaczęto wszystko od nowa. Czy dokończono dzieła? Nie! Co nowa ekipa polityczna przy władzy, to nowe patrzenie na przeszłość. Głowa boli, jaki galimatias wyniknie z tego co nieomal każdego dnia słyszymy obecnie z programów publicystycznych. Dziennikarze zapraszają do dyskusji przeciwników politycznych, aby przekaz informacji był żywy i pokazywany z dwu, trzech, a nawet więcej punktów widzenia. Wychodzi z tego niezła papka, słuchacz ma sam ocenić, kto ma rację, czyli kto przekazuje prawdę i tylko prawdę. Skąd on ma brać wiedzę o tym, kto rzeczywiście mówi zgodnie z faktami? Pomysł przygotowania konferencji w WSUPiZ na temat wydarzeń omawianego okresu godny jest pochwalenia, nie tylko dlatego, że pozwala uporządkować fakty i opinie w odniesieniu do terenu naszego miasta, a nawet nie tylko miasta i gminy. Być może na światło dzienne wyjdą fakty, których jeszcze nie wszyscy znamy. Być może rzucone zostanie dodatkowe światło na te wydarzenia, które znamy dotąd tylko z jednego punktu widzenia. Każdy krok w kierunku prawdy absolutnej wart jest zachodu.

* Gdy zbierałem informacje na temat udziału mieszkańców Ryk w wojnie, raziło mnie w zapisach szczególnie to, że nie zawsze zachowywano właściwą kulturę w traktowaniu przeciwnika. W odniesieniu do Niemców byłoby to nawet zrozumiałe, bo okazali się wyjątkowo podli i obłudni, ale dlaczego podobnie traktowano też towarzyszy broni z innych formacji? Mówiono i pisano – to bandyci -. Życia wtedy nie ceniono zbytnio. Kulkę „w łeb”, jak to się wtedy mówiło, można było dostać, za byle co. Czasami według widzimisię dowódcy, czasami z braku możliwości sprawdzenia alibi delikwenta, czasami z odgórnego rozkazu, jak traktować ludzi o niepewnym zachowaniu. Pomijam przypadki nastawienia, wyssanego „z mlekiem matki”. Prawica z zasady nienawidziła socjalistów i komunistów, ci zaś podobnie traktowali „burżujów”. Nienawiść jednych wobec drugich rosła przez dziesiątki lat. Chłop pańszczyźniany nie miał za co kochać swego pana, Polak nienawidził za zabory Rosjanina, Niemca i Austriaka, robotnik nie darzył sympatią właściciela fabryki za wyzysk. Nawet gdy wybiliśmy się na niepodległość, to niedługo okazało się, że własna zdawałoby się władza państwowa, nierówno traktuje różne warstwy narodu. A ten naród był do tego zróżnicowany etnicznie. Trudno w rodzinie o jednomyślność nawet w podstawowych kwestiach, a co mówić o szczegółach. Gdy władza sobie nie radziła w chwilach niezadowolenia społeczeństwa, dość łatwo posługiwano się pałką i karabinem. A każdy zabity na ulicy to męczennik za sprawę, bez względu na to z której strony barykady poległ. Gdy obserwujemy dzisiaj scenę polityczną mamy obraz tego co działo się w okresie międzywojennym. Do wojny wkroczyliśmy źle przygotowani. Klęska bolała bardzo. Pogłębiły się różnice poglądów co do przyczyn tej klęski. Jak przed wojną istniało kilka liczących się partii politycznych, tak po ustaniu działań wojennych utworzyło się kilka zbrojnych organizacji niepodległościowych, które postawiły sobie za cel walkę z okupantem. W tym wszyscy byli w miarę jednomyślni. Ale gdy zaczęto mówić, o jaką Polskę się bijemy, to tu znowu nie było jednomyślności. A gdy ludzie mają broń, nie trudno o ofiary. Teren, który jest przedmiotem naszej analizy, był zróżnicowany podobnie jak cała Polska. Utworzyły się tu przynajmniej cztery związki zbrojne, które do roku 1944 jeszcze jakoś ze sobą współpracowały, albo zachowywały względem siebie tolerancję. Gdy jednak podchodził front nad Wisłę i ujawnił się stosunek do niepodległości, zaczęły działać sądy wojenne, gdzie dla przeciwnika jedyny wyrok często brzmiał: - kara śmierci.

* W latach 1995 – 2006 redagowałem dwa tytuły. „Miesięcznik Rycki”, a po nim „Małe Mazowsze”. Miesięczniki o nakładzie od 1200 do 2000 egzemplarzy. Od 12 do 44 stron. Była możliwość zaprezentowania szerokiemu ogółowi mieszkańców sporej garści informacji o nich samych. O sprawach „wojennych” starałem się pisać w oparciu o wywiady z uczestnikami tych wydarzeń. Był już ostatni czas na nie, ale udało się. Zebrało się ich kilkadziesiąt. Są one relacjami przeżyć, odczuć i opinii. W sumie wypowiedziało się bodaj 28 osób, ponadto opublikowaliśmy na ten sam temat kilka wspomnień, niektóre są zupełnie unikatowe. Większość wywiadów prowadziłem osobiście, kilka zrobili za mnie współpracownicy czasopisma. Uważam, że razem stanowi to bogaty materiał faktograficzny, utrwalający pamięć o tym historycznym dla całego narodu okresie. Warto zapamiętać te wydarzenia i ich uczestników, bo na ich podstawie można uczyć młodzież pożądanych postaw wobec dziejącego się zła, jak również uczyć przykładami ludzi z „naszego podwórka”, którzy zachowywali się w czasach kryzysu, tak jak byśmy chcieli, aby się zachowywali. Wśród zamieszczonych tu materiałów, są treści zebrane na spotkaniach z kombatantami, wywiady z konkretnymi osobami, autorskie wyjątki ze wspomnień pisanych do opublikowania, jak również materiały wyjęte z publikacji w zamierzeniu książkowych, które nie zostały jeszcze opublikowane. Razem dają one obraz zróżnicowania politycznego, jakie w tamtym czasie istniało, a co najważniejsze w końcowej fazie zmagań przekształciło się w wojnę na wyniszczenie pomiędzy tymi, którzy przyjęli nowy porządek za swój i tymi, dla których nowa władza, podejrzliwa i bezwzględna, nie znajdowała miejsca w nowej rzeczywistości. Błędy popełniono z obu stron, ale któż ich nie popełnia? Rodzą się pytania. Czy gdyby Polska Ludowa nie była państwem wasalnym ZSRR, sytuacja ułożyłaby się inaczej? Sami sobie odpowiadamy – TAK. Ale nie Polacy o tym wtedy decydowali. Czy gdyby po rozwiązaniu Armii Krajowej decydenci tego ugrupowania postąpiliby tak jak to zrobili decydenci Batalionów Chłopskich i nie tworzyli Zrzeszenia WiN (pełna nazwa: Ruch Oporu bez Wojny i Dywersji "Wolność i Niezawisłość"), która już w założeniu była polską cywilno-wojskową organizacją antykomunistyczną założoną 2 września 1945 w Warszawie, nie doszło by do tylu politycznych mordów po obu stronach ścierających się stron, które do dziś wywierają wpływ na stosunki pomiędzy ugrupowaniami lewicowymi i prawicowymi. Tego nie ma w innych krajach okupowanych kiedyś przez Niemcy, a potem ZSRR. No tak, gdybyśmy mogli to przewidzieć, jak ułożą się stosunki społeczno – polityczne w Polsce po wojnie, bez tych decyzji, które wtrąciły kraj w wieloletnią „przyjaźń polsko-radziecką”, która może uchroniła kraj przed wchłonięciem go w granice „Wielkiego brata”, ale nie uchroniła przed następstwami, które zwały się w latach 1944-1989: PRL-em. Jakie wnioski zostawiła nam historia, której cząstkę prezentują tutaj moi i moich współpracowników rozmówcy i wspominający? Nie będę się kusił na odpowiedź. Czytelnik musi sam je sformułować. Jeśli nie będzie szedł po śladach, to już dobrze. Tak myślę.



* „Odtworzone z pamięci” to wynik spotkania z grupą ludzi o rodowodzie zawartym pomiędzy rokiem 1903 (Stanisław Skwarek) i 1915 (Kazimiera Feliks). Dobrze pamiętających czasy przedwojenne. Niektóre fakty z życia miasteczka, jak ten kto podpalił Ryki w 1922 r, jak układały się stosunki pomiędzy społecznością polską i żydowską w tamtym czasie, jak przebiegał eksodus ryckich Żydów do obozu zagłady. Moi rozmówcy opowiadają co się działo w Rykach, w pierwszych dniach września 1939 r. „Co jeszcze zostało w pamięci” z tamtych czasów, niejako uzupełniła nieobecna na spotkaniu Władysława Cieśla r. 1913. i jej mąż Bronisław. „Jak to na wojence ładnie” opowiadali Wacław Jeżewski i Henryk Kultys. Jak wielu młodych wtedy ludzi odbyli swoją kampanię wojenną i przekazali atmosferę tamtych dni, walkę i poświęcenie żołnierzy dla sprawy. Adam Raszkiewicz mieszkał w Rykach można powiedzieć epizodycznie w 1939, jego ojciec był wtedy komendantem posterunku policji w Rykach, a on nadzorował budowę drogi do Staw. Przypomina w swoich wspomnieniach maleńkie wycinki z wydarzeń, które działy się na obrzeżach wielkiej wojny. „Jeden z nielicznych”, który przebył kampanię wrześniową, działał w konspiracji i przeżył obóz w Oświęcimiu i Mauthausen i wrócił do domu. Mimo wielu przeżyć dożył sędziwego wieku. Zmarł 26.02.2006 r. mając 95 lat. „Za kradzież kromki chleba – kara śmierci” to wyjątkowe wspomnienia Czesława Dąbrowskiego, który po kampanii wrześniowej wrócił szczęśliwie do domu, przeżył okupację niemiecką i o mało co nie zginął już w niby wyzwolonej ojczyźnie, bo okazał się wrogiem „sowieckiego sojuza” i został wywieziony na dwa lata aż do dalekiej republiki Komi nad Kamę. Dwa teksty autorstwa Serafima Aleksiejewa zamieszczam jakby w sprzeczności z założeniem. Bo Aleksiejew nigdy nie był mieszkańcem Ryk. Ale jako jedyny partyzant w czasach okupacji na tym terenie, przeżył i napisał w trochę zbeletryzowanej formie swoje wspomnienia. Jego oddział im. Kilińskiego złożony z Rosjan, Żydów i Polaków wykazał się dużą aktywnością bojową i dobrze dał się we znaki okupantowi. Zasługuje więc aby o nim pamiętać. „Zrzuty broni pod Stasinem, Kątami..” i „Święto Ludowe w warunkach konspiracji” to wspomnienia zarejestrowane wcześniej przez Tadeusza Puzio w jego książce pt. „Konspiracyjny ruch ludowy w powiecie garwolińskim 1939-1945”. Ja wybrałem z niej epizody charakterystyczne dla czasu walki Batalionów Chłopskich. To były wydarzenia ważne, historyczne. Zofia Gugała była łączniczką u „Orlika”. Aresztowano ją już po wojnie. Stanęła przed doraźnym sądem i została skazana na 10 lat więzienia. Charakterystyczne, skazana przez Sąd decydujący w ryckim kinie na kilka dni przed wyborami, gdzie zasądzono 4 wyroki kary śmierci.

„Tragiczne echo lat wojny domowej” wspominała mi Henryka Warowna, także łączniczka u „Orlika”. Jej mąż zginął w perfidny sposób, zastrzelony na poboczu drogi po zwolnieniu z przesłuchania. Przesłuchujący nie posłużyli się aresztem, wypuścili by zabić. „Zarejestrowane w pamięci” Edmunda Dolińskiego, sekretarza urzędu gminnego w Rykach przez blisko 20 lat, do 1946 r. to skarbnica wiedzy o Rykach. Całość wspomnień publikowaliśmy w „MR”. Ten fragment odnosi się do najbardziej istotnego okresu w ich historii. „Byłem przymusowym świadkiem zbrodni na Żydach z Ryk i okolicy” Bolesława Walaska to relacja z jednego dnia majowego w 1942 r. Gdy wyprowadzono mieszkańców Ryk narodowości żydowskiej na rampę kolejową w Dęblinie, na śmierć. „Wspomnienie Hirszka Szarfa” to szczególny rodzaj wspomnienia. Herszek Szarfsztrum r. 1927 przeżył holocaust, choć ze wszystkimi wyszedł z Ryk tego pamiętnego dnia. Pracował jako niewolnik w Dęblinie, potem w Częstochowie, później pędzony przed cofającą się armią niemiecką, został wyzwolony dopiero na terenie Austrii. Mieszka w Melbourne, przyjechał nawet do Ryk z synem i wnukiem, bo jak sam pisze –moje miasto Ryki – jest jego ojczyzną gdzie się urodził i przeżył z rodziną szczęśliwe dzieciństwo. „Widziałem na własne oczy wojnę” to dość obszerny opis tego co doświadczył Stanisław Ryszkowski, rolnik z Dąbi Starej. Autor nagrodzonego pamiętnika pt. „Gospodarz z ołówkiem w ręku” zamieszczonego w obszernym wydawnictwie Józefa Chałasińskiego z r. 1964 p.t. „Awans Pokolenia – Młode Pokolenie Polski Ludowej”. „Byliśmy w radzieckim łagrze” Henryka Miłosza i „Obraz sowieckiego łagru” Bolesława Walaska to dwa niezależne wspomnienia z cieszącego się złą sławą obozu odosobnienia w Borowicze (ZSSR). Ludzie cieszący się z zakończenia strasznej wojny światowej nagle aresztowani i wywiezieni na kilka lat w głąb ZSSR za to, że nie podobali się nowej władzy i jej mocodawcom. W relacji „Trzeba wiedzieć, trzeba przypominać” dotyczącej Edwarda Miłosza mamy do czynienia już tylko z dowodami zbrodniczych działań, podobnie jak w materiale dotyczącym Heleny Wardal, „Jak było trzeba przypominać”, kobiety którą każdy zdrowo myślący człowiek by oszczędził, ale oni nie oszczędzili. Zabili gdy miała 24 lata i już była wdową. „Byłem żołnierzem Orlika” to wspomnienie członka AK (od 1943) i WiN Zygmunta Czerniejewskiego r.1925 już o ostatnim akcie, czyli ujawnieniu. Chłopaka, który chyba przedwcześnie musiał wydorośleć. Bo takie to były czasy. Kazimierz Czerski wspomina „Strasenbaum Schalinger und Company Wien w Rykach” i „Ostatnie strzały artylerii niemieckiej”. Relację zapisał Wojciech Głodek. To prawie unikalne wiadomości o relacjonowanych wydarzeniach. Wacław Kamiński ps. „Kalina pokusił się o przekrojowe spojrzenie na „SZP, ZWZ i AK w okresie XI.1939 – VIII.1944 w Starym Bazanowie”. Gdyby każda miejscowość w gminie miała takiego kronikarza, byłoby nam znacznie łatwiej zebrać potrzebny materiał. „Czas wielkiej próby charakterów” wspominał Józef Pudło z Wylezina. Konkretnie to co dotknęło śmiertelnie rodziny Siwków i Majków od Niemców i jego osobiście od wyzwolicieli czyli Rosjan. To był rzeczywiście czas wielkiej próby charakterów. „Zostałem ranny w ostatnim dniu wojny” wspomina Władysław Żmuda. Tym razem możemy poznać jak to było w II Armii WP. Bez patosu i bez zamiatania pod dywan stwierdzeń niekorzystnych dla narratora. Marian Cieloch w swojej relacji z udziału w końcowym fragmencie wojny p.t. „Taką miałem młodość” podobnie jak Władysław Żmuda nie owija w bawełnę swojej opowieści. Mówi jak było wprost. We wspomnieniu Krystyny Wojewodowej z Moszczanki p.t. „Jeśli komuś robisz dobrze, robisz sobie..” jest znany morał. Nigdy nie wiesz, kiedy sam znajdziesz się w tarapatach więc jeśli możesz pomóc to nie wahaj się. Relacja zatytułowana „Wyjątki wspomnień” jest pewnym skomasowaniem informacji zebranych przez Jerzego Kowalczyka w odniesieniu do wydarzeń, których autorami byli miejscowi ludzie lewicy. Jego kronika zawiera znacznie więcej przykładów aktywności tej formacji. Czy to są przechwałki, czy naga prawda, mogliby skonfrontować je tylko uczestnicy tamtych wydarzeń. Ale ich już prawie nie ma. Biedzić się więc muszą historycy. Czy zdołają ten dylemat rozstrzygnąć w poszanowaniu prawdy historycznej? Wierzę, że tak. Takiego rozstrzygnięcia wymaga też wspomnienie Adama (Abrama) Luxemburga. Opisał on bardzo nieprzyjemne dla sprawców wydarzenie. Co tu dużo mówić – mord na 12 Żydach koło Podlodowa i 64 nad Wieprzem pod Bobrownikami. Swój tekst zamieścił w Internecie. Pisał też w 1990 r. do czas. „Polityka”. Czytelnicy z Dęblina poddawali ten fakt w wątpliwość. Ale ja mieszkałem w Dęblinie na ul. Warszawskiej, gdzie w odległości kilku numerów zamordowano tuż po wojnie jego matkę i siostrę. Nie widziałem tego, ale na gorąco komentowano ten fakt w moim domu i mimo, że miałem wtedy 8 lat zapamiętałem do dziś. Aby oczyścić przeszłość z niedomówień ja bym chciał wiedzieć jak było naprawdę. Sprawcy na pół wieku ukryli prawdę w nurtach rzeki, ale skoro jest teraz czas na jej odkrywanie, to trzeba to zrobić bez sensacji i bez formułowania oskarżeń pod adresem nieżyjących, ale dla samej prawdy, która będzie niewątpliwie dla kogoś gorzka. „Mój udział w walce o wolną Polskę” to zwięzła relacja żołnierza AK i WiN-u. Przypomina fakty, bez zbędnego patosu. Byłem, widziałem, uczestniczyłem w tym, zdaje się mówić. Ponieważ wiele lat pracowaliśmy w tej samej szkole, nie jeden raz na te tematy rozmawialiśmy.

1. Odtworzone z pamięci

/ wspominają; E. Doliński, S. Skwarek, K. Feliks, Dąbrowski, J. Wiśniach/

23 maja 1992 roku w Ryckim Ośrodku Kultury odbyło się bardzo interesujące spotkanie Seniorów, którzy dali się wtedy namówić na wspominki o przeszłości. Panie i Panowie: Kazimiera Filiks r. 1915, Jadwiga Wiśnioch r. 1904, Bolesław Dąbrowski r. 1911, Edmund Doliński r.1911, Henryk Kieliszek r.1910 (t), Stanisław Skwarek r. 1903 (t), Henryk Sławiński r. 1913 w otoczeniu sporej grupy rówieśników i młodszych niekiedy znacznie, ale bardzo wdzięcznych słuchaczy, zaczęli z inspiracji tych ostatnich rozmawiać o czasach swojego dzieciństwa i młodości. Starałem się zanotować to, co opowiadali. Oto ten zapis.
Pan Edmund Doliński przyjechał na to spotkanie z Garwolina. W Rykach pracował od 1.VllI.1929 do 31.XII.1946, czyli jak sarn to podkreślił 17 lat i 5 m-cy. Gdy miał stąd odchodzić decyzję starosty przyjął z radością. W Rykach sytuacja była przykra. Swoje wspomnienia spisał na 33 stronach i przekazał dyrekcji ROK-u na wieczną rzeczy pamiątkę. Nie wszystko znalazło w nich odzwierciedlenie. Pominął to co ludzi, może jeszcze po blisko 50-u latach jątrzyć. Był kiedyś taki czas, że dwaj bracia stawali po przeciwnych stronach "barykady" - mówił: W gminie kiedyś pracowało przeważnie sześć osób plus siódmy sekretarz i ósmy wójt. Stan dróg w osadzie to szabrówka, o asfalcie nikomu się jeszcze nie śniło. Przypomina o Domaszowcu i jego zdradzie, o poborowych kierowanych do Pińska, Równego i Garwolina. Przed wojną zbierał dokumenty, które przetrzymywał w gminie. Gdy przyszli Rosjanie i zajęli gminę, w niedługim czasie cała ta "makulatura" poszła na skręty (papierosy). W mieście było znaczne rozwarstwienie. Zarabiano do 300 zł/miesiąc, ale zna przypadek, że w przeciągu jednej nocy hobbyści obskubali jednego mieszkańca w grze w karty na 20000 zł. Hodowało się wtedy świnki, króliki, kury i jakoś się żyło. Z lekarzy pamięta dr Kowalskiego, który leczył tu ludzi przez 40 lat, dr Kestenbauma, dr Ajabela (?).
Pan Stanisław Skwarek - stolarz z ul. Warszawskiej - wspominał, że rzemiosło przed wojną upadało, bo wszędzie dominowali Żydzi. U nich kupowało się drzewo i inne materiały, oni przewodzili w handlu i przemyśle. Pan Dąbrowski wspomina najazd bolszewicki na Polskę. 15. VIII. 1920-go bolszewicy strzelali w stronę naszego kościoła. Obserwował ich z wieży kościelnej, gdy stali przy dużym moście pod Dąbią. To było w samo nabożeństwo Matki Boskiej Zielnej. Pamięta okopy od Postoły do Brzezinki, przygotowane do obrony. Pamięta tragiczny pożar w maju 1922 roku. Zaczął się przy ul. Kapitulnej za bożnicą. Siedział wtedy nad Buksą i patrzył na stodoły stojące po drugiej stronie stawu. Stodoły należące do Kępków, Parzyszków" Miszkurków, Jeżewskich, Dąbrowskich i Pawlaków. Widział dwu chłopaków Kłuska i Parzyszka - obaj Wacusie -. Zauważył jak zapaliło się u Kępki w stodole. Wiatr był ze wschodu. Po 5 minutach płomień rozprzestrzenił się po tych stodołach i przeniósł się na domy mieszkalne, przeważnie żydowskie w kwadracie za rynkiem od ul. Kanałowej do Łukowskiej i Poniatowskiego. Ryki spaliły się wtedy prawie doszczętnie. Później po tym pożarze zaczęto w Rykach więcej budować domów murowanych. Mówiła mu p. Zofia Jarmoła, że był przysłany wtedy p. Władysław Jarmoła z Lublina, aby w Rykach, ale też w Stężycy i Łaskarzewie, przyspieszył budownictwo. Do roku 1939 w Rykach "nic takiego" się nie działo. Pamięta jak w 1933 r. zaświeciło w niektórych domach światło elektryczne już z sieci, bo trzeba było zmieniać liczniki, a nie wszystkich było na to stać. Jeden kWh kosztowała 63 grosze a litr nafty tylko 40 gr. Energia elektryczna była więc droższa niż lampy naftowe. Bawiono się przeważnie na Brzezince (Kozia Górka). Tam była podłoga z desek, był bufet i słup może ze 20 metrów wysoki, na którym ustawiano litr wódki. Rzadko kto umiał się na niego wspiąć ale przypomina sobie że ktoś, zrobił to. To był starszy jegomość, ojciec Bolesława Tkaczyka. Działał tu Związek Młodzieży Polskiej. Organizowali odczyty, wystawy, np. u Przybyszów w domu były organizowane potańcówki.
Pani Kazimiera Filiksowa wspomina jak pikietowali w ramach związku młodzieży sklepy żydowskie. Wspomina zabawy w Domu Ludowym, sąd na Jarmołówce, Towarzystwo Uniwersytetów Ludowych tzw. TUR. Ktoś przypomina konflikt, jaki powstał wokół kina, gdy Wanda Ostałowska - bileterka nazwała pchających się Żydów - niecenzuralnie (te pa.. pchają się i pchają). Musieli chodzić do Judenratu do Gutwajgera, który był sekretarzem i przepraszać. Po tym zajściu kino znowu dobrze prosperowało i w rok oddało cały dług jaki zaciągnięto na jego budowę.
Pan Czesław Dąbrowski przypomina jak w 1939 był w straży. Była niedziela, uchodźcy szli drogą Warszawa - Lublin. W pobliskim sadzie jakiś generał organizował rozproszonych żołnierzy. Przed godz. 2-gą nadleciał samolot, zawrócił. Za chwilę przyleciało nowych dziewięć. Zaczęły strzelać z broni pokładowej i bombardować. Zginęli m.in. Celiński, Kwapisz - przy mleczarni, na szosie na Borek. Miasto się paliło, ludzie uciekali nad staw. Zginęło trzech żołnierzy. Pan Henryk Kieliszek przypomniał, że kiedyś tu przy pałacu przed oknami lip było więcej. Rosły w półkolu a dalej w kierunku zachodnim ciągnęła się aleja grabowa długości może 100 m. Jak pamięta, tuż po wojnie przyszedł z partii nakaz, aby aleję ściąć. Ludzie sprzeciwiali się. Przyszło więc ponaglenie, wreszcie trzecie polecenie i aleję wycięto. Przed Jarmołówką była sadzawka, wzdłuż ul. Żytniej płynął strumyk, po drugiej stronie było pole. Na tym polu było lądowisko samolotów niemieckich. Wspomnień z okresu II wojny światowej jest chyba najwięcej. Pan Henryk Sławiński wspomina palący się pociąg dopiero co wyprowadzony ze Staw. Odłamki z wybuchających pocisków padały i na Ryki. Pracował na kolei. Był świadkiem jak tuż po zakończeniu wojny szły transporty na wschód. Jechali żołnierze i cywile. Niektórzy umierali w drodze. Pamięta Rosjankę, która prosiła w czasie postoju o łopatę, aby mogła pochować obok w nasypie swoje zmarłe dziecko.
Niemcy w Rykach byli już 13 września. Linia kolejowa była unieruchomiona. Polacy rozładowali 13 wagonów i zawartość ich rozwieźli w nieznanym kierunku. Niemcy nie przeszkadzali. Przynależność do straży dawała w czasie okupacji pewne przywileje. Strażacy mieli legitymacje służbowe. One upoważniały do przebywania na ulicy np. po godzinie policyjnej. Chroniły przed wywiezieniem do Niemiec. Getto pamiętają wszyscy. Było w obrębie rynku. Pilnowało go początkowo 50-ciu, później już tylko 22 wojskowych.
Pani Jadwiga Wiśnioch była świadkiem jak wypędzano Żydów z getta. Była w budynku poczty. Jej mąż tam pracował. Zrobił się jakiś szum, wiatr, było straszno. Żydzi szli od rynku do szosy warszawskiej i w kierunku na Moszczankę i Dęblin. Na ostatku szła kobieta z dwojgiem dzieci, które ciągnęła je za ręce. Pani Jadwiga widziała na własne oczy jak Niemiec się wrócił, wyrwał te dzieci z rąk matki i zastrzelił na skraju drogi. Matkę popędził do grupy. Żydzi uciekali z transportu kolejowego. Wracali do swoich. Za ukrywanie ich groziła kara śmierci. Ludzie pamiętają, że trafiali się i tacy, co nie wytrzymywali tego strachu. Pamiętają niejakiego Szlamę - handlarza. Ktoś go zatrzymał i oddał na policję. Innego oddano samemu Grabarczykowi. Grabarczyk miał przyjemność w zabijaniu. Strzelał nawet w łóżku, gdy spotkał ukrywającego się. Pan Dąbrowski pamięta ten przypadek z Żydem, którego jedni przepuścili radząc, gdzie powinien iść i jak się ukrywać, a ktoś inny zatrzymał go i zaprowadził do aresztu u wójta Piwońskiego. Janek Piasecki proponował "ano puśćta Żyda" ale wszyscy się bali, za jakąś godzinę przyszedł Grabarczyk i zastrzelił go przed oknem. Po wojnie też był taki przypadek. Do Ryk wróciło bodajże trzech. To był Szyma - fryzjer, Bleckiewicz (?) i jeszcze jeden. Zastrzelono ich choć trudno powiedzieć dlaczego!... Na pytanie - co ze zwłokami S. Poniatowskiego, gdy rozbierano stary kościół? - odpowiedzi są jednoznaczne. Zostały w miejscu, gdzie były pochowane. Ludzie mówili, że niech leży tam gdzie był pochowany. Tam były jeszcze 3 - 4 groby inne i je także pozostawiono. Opr.: Z. Lipski „MR” nr 1/1996

2. Co pozostało w pamięci

/wspomina Władysława Cieśla/

Pani Władysława Cieśla r. 1913 z d. Skwarek urodzona w Osmolicach, od 1922 r. mieszka w Rykach na ulicy Warszawskiej. Dawniej św. Leonarda, od bodaj Poniatowskiego do Janiszewskiej. Koło kościoła był obszerny plac na którym zatrzymywały się wiejskie wozy. Kapliczka stojąca na skraju parku jest bardzo stara. Przechodziła obok niej codziennie idąc do szkoły. Zdarzyło się, że była bezpośrednim świadkiem zdarzenia, jak jeden z przechodzących wtedy Żydów w jarmułce, z brodą, podszedł do figury św. Leonarda stojącej w kapliczce i ściągnął ją, trzymaną w ręku laską, na ziemię. Figura "nie wiem czy była z gipsu czy drewna, dość, że się uszkodziła". Spowodowało to rzeczywiście oburzenie wśród mieszkających tu Polaków, ale ona nie słyszała i nie pamięta o wybijaniu szyb czy ostrzeniu kos. Żydzi usprawiedliwiając zachowanie sprawcy twierdzili, że był człowiekiem chorym psychicznie i stąd jego takie zachowanie. Przypomina sobie też, że obok kapliczki stały drzewa obrośnięte mchem, stare krzyże, jakie kiedyś stawiano w miejscach złożenia zwłok ludzi, którzy zmarli na zarazę. Na Boguszach też stał taki krzyż. Nie zgadza się również z opisem zdarzenia na mostku i ulicy w kierunku Rososzy i Oszczywilka. Bodaj w 1946 roku zginął tam porucznik (dokładnie pamięta mąż p. Władysławy - Bronisław), ale nie mogli być przy tym Genia Gutwajgerówna i lekarz Peebrum, gdyż wtedy już ich w Rykach nie było. Co do pobytu (postoju) J. Piłsudskiego w Rykach to jest do tego nastawiona sceptycznie. Nie mówiło się o tym przed wojną, a gdyby taki fakt miał miejsce to na pewno by go uwypuklono. Natomiast jeśli chodzi o bojkot sklepów żydowskich w latach 20-tych to rzeczywiście miał miejsce. Jego organizacją zajmował się syn Zdzisława Marchwickiego i Borys Smólski "Nie kupuj u Żyda" - to było naczelne hasło. Do rozmowy włącza się p. Janina Sierajowa r. 1918 z d. Żaczek, córka Antoniego Żaczka, który zginął w listopadzie 1918, tuż pod ścianą pałacu od kuli Niemca. Był to czas rozbrajania Niemców przez POW-iaków. Matka została z pięciorgiem drobiazgu. Najstarszy Olek miał 15 lat, potem Władysław, Józefa, Stefania i ona Janina. Urodziła się na dwa miesiące przed śmiercią ojca. Jej mama opowiadała, że POW-iacy zbierali się na zebrania w wiatraku u Mrozowskiego i Stolarczyka. Pomnik, ten przed kościołem, budowany był dość długo. Dopiero jak się nim zajął Wojtaś - kramarz z ul. Kanałowej, sprawy potoczyły się szybciej. Gdy budowano kopiec J. Piłsudskiego w Krakowie z grobu jej ojca wzięto ziemię. Była wtedy uroczystość z wójtem i księdzem. Przemówienia, pochód, dużo ludzi.
Moje rozmówczynie wspominają szkołę. Uroczyste przyrzeczenie harcerskie składane w Krępie - gdzie Kopiec T. Kościuszki (p. Cieślowa). Naukę w szkole - Osiński uczył j. polskiego, Petrykiewicz geografii, Szubiński matematyki, Królikowska robótek ręcznych dziewcząt, Biłyk rysunku i introligatorstwa. Wspominają kary jakie otrzymywali przeważnie chłopcy. "łapy" linijką lub piórnikiem, albo wyprowadzenie do kancelarii, na stołek i "frycówa". Nikt się nie obrażał, matki nie histeryzowały, że im się prześladuje dzieci. Po prostu, tak jak w domu, jak zasłużył to i otrzymał. A ile było wtedy pomysłów, czym i jak posmarować rękę, żeby mniej bolało. Potwierdzają: Marchwicki był złym gospodarzem. Żona się zastrzeliła, choć miała małe dziecko - widać miała powody. Majątek zaczął przynosić dochody dopiero wówczas, gdy wydzierżawił go Konarzewski. Mieszkał w drewniaku na Boguszach. Pilnował majątku jak mało kto. Jeździł "linijką" - taki powozik na czterech kółkach. Raz o trzeciej rano Żyd na grobli dostał batem od dzierżawcy, aż się kurzyło. Bukszpany rosły na podjeździe do pałacu od Warszawskiej, przed nim stał "pomnik psa" - taka dekoracja. W sadzie kupowaliśmy jabłka. Rządca mieszkał w drewniaku przy gorzelni. Dr Kowalski, to była sława na całą okolicę. Kowalscy nie mieli dzieci własnych, dlatego chcieli wziąć dziecko na wychowanie. Zwracali się i do rodziców p. Cieślowej. Było ich przecież pięcioro (tych co zmarli nie liczę). Bronisław, ja - Władysława, jeszcze Zofia (p. Morawska), Stanisław i Franciszka. Ale mama nie zgodziła się. Później Kowalscy wzięli na wychowanie kogoś z rodziny - Janusza Wierusza Kowalskiego (był po wojnie posłem z pow. garwolińskiego).
Opowieść starszych pań i męża p. Władysławy - Bronisława przenosi się z tematu na temat, gdyż jedna informacja wywołuje następną i tak odżywają wspomnienia dzieciństwa, młodości. Czasy trudne ale przecież ważne, bo uczyliśmy się żyć, szanować dobro, potępiać zło. Wychowaliśmy dzieci własne: Barbarę, Aldka, Andrzeja.
Patrzyliśmy na tragedię wypędzanych z Ryk Żydów. Na trudne czasy powojenne. Dziś telewizor zastępuje rozmowy towarzyskie i rodziców z dziećmi. Ludzie siedzą pozamykani w swoich klatkach - mieszkaniach. Czy są szczęśliwi?
opr. Zbigniew Lipski „MR” nr 1/1996

3. Jak to na wojence ładnie

/wspominają Wacław Jeżewski i Henryk Kulty/

Spośród długiej listy uczestników wojny 1939 r., zapisanych w kole miejscowego ZBOWiD-u, udało mi się dotrzeć do dwu: Wacława Jeżewskiego i Henryka Kultysa, r.1919. Ich opowieść z perspektywy 56 lat, które upłynęły, może stanowić żywy pomost ludzkiej pamięci do tamtego okresu. Wacław Jeżewski, syn Adama i Agnieszki z domu Polak, urodził się w Rykach 5.VlII.1916 r. Tu spędził nieomal całe swoje życie. Wychowany wśród sześciorga rodzeństwa (Helena, Stanisława, Wiktor, Janina, Zofia i Genowefa) był m.in. od 7. VIII.1955 do 5.II.1958 roku przewodniczącym gromadzkiej (na początku) a od 1.1.1957 r. Miejskiej Rady Narodowej w Rykach. W sierpniu 1939 był w 28 pal, którym dowodził płk. Karol Pasternak (później ppłk. Rudolf Ostrihański) w Zajezierzu.
Gdy pytam opowiada: Od 15-go nie było już przepustek. Radio wyłączone. 24-go zarządzono alarm. O 1.00 w nocy wyszliśmy z jednostki i już do koszar nie wróciliśmy. Na rampie w Dęblinie załadowano nas do pociągu. Pojechaliśmy w rejon koncentracji 28 DP w składzie Armii "Łódź" pod Wieluń. Rozciągaliśmy linię łączności telefonicznej pomiędzy 15, 72 i 36 pułkami piechoty i kawalerii. Pierwszego, jak wybuchła wojna, o godz. 12-tej przyszły samoloty nad nasz lasek - 18. Spuściły kilkanaście bomb i to dużych. Tylko szczęście nas uratowało, że my byliśmy na skraju a one waliły przeważnie w środek Takie doły się porobiły po tych bombach, że taki dom jak mój to zniknąłby w nim. Na dnie dołów naszło wody podskórnej. Leśniczówka, która była w pobliżu to np. obory, to poprzestawiało ich od podmuchu. Trzeciego dnia piechota z pierwszej linii cofała się a my z nią aż za Wartę. Tam Niemcy zaatakowali nas bezpośrednio, z góry samolotami i ogniem artylerii, dołem czołgami. Zostaliśmy rozproszeni. Prawie każdy na swoją rękę musiał się wycofywać w kierunku na Warszawę. Skierniewice się paliły, to obeszliśmy je bokiem i doszliśmy do stolicy. Przeszliśmy przez most Poniatowskiego i posuwaliśmy się dalej. Strach przed Niemcami, ich tzw. "V kolumną" niekiedy paraliżował działanie. Wycofywaliśmy się w kierunku na Mińsk Mazowiecki. W lasach k/Stoczka Łukowskiego 3 dni byliśmy w okrążeniu, wyrwaliśmy się jednak w kierunku Łukowa i Włodawy. Tylko raz padało. 15-go września wyszła ogromna burza. Niemcy gnębili nas ciągle bombami i artylerią. Chwilami byliśmy z nimi pomieszani. Tu my, tam oni. Szło się ryzykując. Przejdziemy albo nie. Byłem z 9-ma żołnierzami. Dostaliśmy się za Łuków. Spotkaliśmy znajomych z Ryk. Opowiedzieli nam, że 10-go paliły się Ryki. Spaliło się prawie wszystko. Dom rodziców także. Stał dopiero 14 lat. W 1914 roku też wszystko spalili Austriacy. Któregoś dnia wędrówki wzięli nas na celownik Niemcy z działa. Strzelali 12 razy. Kryliśmy się z kolegą w lejach po dopiero co wybuchłych tu pociskach.
Pamiętałem bowiem, że kolejny pocisk z tej samej broni nigdy nie trafi w to samo miejsce. Działo się poruszy, zmienią się warunki atmosferyczne, ilość prochu w łuskach nie jest precyzyjnie jednakowa. 12 razy udało się nam ujść śmierci. We wsi prosimy kobietę – może da szklankę mleka, kromkę chleba - byliśmy okropnie głodni. Kobieta "oj dobrze, dobrze". Dala co miała najbliżej. W pobliżu Chełma spotkaliśmy Rosjan. Sortowali naszych patrząc na ręce. Ci od pługa i od łopaty mogli wracać do domu. Kierowaliśmy się na Kock. Przyłączyło się do nas kilku żołnierzy. W Kocku nocowaliśmy. W jednym końcu my, w drugim byli Niemcy. Zmordowani, głodni, brudni, rano obeszliśmy Kock i idziemy na Dęblin. Jechały dwa samochody Niemców. Zatrzymali się. Dokąd idziecie? Trochę umiałem po niemiecku - odpowiedziałem - na Dęblin. Puścili nas, bo wiedzieli, że w Moszczance na krzyżówkach stoją szlabany. Wszystkich się rewiduje. Po co nas mieli brać, skoro szliśmy prosto w pułapkę. Odeszliśmy z kilometr. Jedzie taki jeden rolnik i mówi. Panowie, koło Sobieszyna jest szlaban. Niemcy rewidują, zabierają pasy, broń itp. Trzech z nas poszło na Sobieszyn. Inni się skierowali w swoją stronę. Ja wracałem dalej sam, szosą. Na ryzyko. Jak zatrzymają i zabiorą do niewoli to trudno. Dom spalony... W niewoli może dadzą jeść?
Doszedłem do Trzcianek, słońce już zachodziło. Wszedłem do wsi. Do pierwszego gospodarstwa z brzegu. Wyszła kobieta. Mówię - chciałem tylko przenocować w stodole. Ona: nie, bo męża niema - na wojnie. Ja, że tylko w stodole - oj proszę pani. Ona: jak się Pan nazywa? - Jeżewski! Ona pobiegła do swojej rodziny naprzeciwko. Przypadek chciał, że mieszkała blisko niejaka Bernaciakowa, która mnie dobrze znała. Z daleka wołała: Wacek! Wacuś! Chodź do nas na kolację. Wzięła mnie do mieszkania, ugotowała klusek z mlekiem. To było coś nadzwyczajnego, umyć się, najeść, wyspać w czystej pościeli. Skoro świt, poszedłem do wuja Polaka. Nie poznał mnie. Byłem zarośnięty i wynędzniały. Dopiero jeden z jego synów... 28 września wróciłem do Ryk.
Henryk Kultys rocznik 1919, rodowity ryczanin. Rodzice: Michał i Franciszka mieszkali na Swatowskiej. W domu było ich dziewięcioro: 6-ciu braci i 3 siostry. Do wojska poszedł na ochotnika w lutym 1939. był w II Dywizjonie Artylerii Przeciwlotniczej, dowodzonym przez mjra Wiktora Boguckiego w Stężycy. W końcu maja wrócił do jednostki z kursu dla kierowców w Warszawie. Służył m.in. z Janem Sulejem z Sobieszyna - starszym ogniomistrzem - gospodarzem baterii, z Adolfem Szczepaniakiem z Ryk, Aleksandrem Urbańskim z Niwy Babickiej i Władysławem Wylotem. Rano zrobiono nam pobudkę- opowiada p. Henryk Kultys – Ktoś usłyszał przez drzwi od dowództwa. Jest wojna. Napływali rezerwiści. Z każdej baterii robiono dwie, uzupełniając stany nimi właśnie. Po południu wyruszyliśmy w teren. Moje działo 40 mm typ A otrzymało stanowisko na Julinie. Jak teraz droga za przejazdem kolejowym do Staw i w lewo. Staliśmy tam około dwu tygodni. Mieliśmy przykazane, strzelać tylko za odchodzącymi samolotami. Niemcy latali nisko. Pierwszy raz strzelaliśmy 2-go września. O sytuacji na froncie nie wiedzieliśmy prawie nic. Rano w sobotę 16. IX. nad Dęblinem krążyło wiele samolotów. Ktoś przyniósł wiadomość, że w Bąkowcu już są Niemcy. Ruszyliśmy na Lublin. Z boku paliły się Ryki i Moszczanka, dalej to samo: Żyrzyn, Kurów, Markuszów. Drogi zatarasowane, poruszaliśmy się bez świateł, o stłuczkę, najechanie, przy potwornym zmęczeniu kierowców (sam nim byłem, to wiem), nie było trudno. Raniutko 17-go dojechaliśmy do Lublina. Dowiadujemy się, że Niemcy przeprawiają się przez Wisłę pod Dęblinem i Puławami. Nad Lublinem samoloty niemieckie. Bombardują. My jedziemy dalej w kierunku Krasnegostawu i Chełma. Tam udało nam się strącić niemiecki bombowiec. Piloci wyskoczyli ale maszynę nakierowali na koszary wojskowe.
W rejonie Zamościa i Tomaszowa Lubelskiego byliśmy bezpośrednio w boju. Widziałem okropne pobojowisko pełne porzuconego sprzętu i zabitych ludzi. Na łące leżeli pomieszani Niemcy i Polacy, w pobliskim kościele również. Mieliśmy w baterii kaprala z Siedlec. Nazywał się Lange. Umiał po niemiecku. Przechodząca kolumna żołnierzy prosiła abyśmy wzięli od nich jeńca. Młodego chłopaka. Ludzie z wiosek, które mijali, chcieli go zlinczować. U was będzie bezpieczniejszy, nam mniej sprawiał kłopotów. Wzięliśmy go. Opowiadał, że ich dowódcy przestrzegali przed Polakami. Obcinają nosy, uszy itp. brednie. On nie chciał żyć. Poddał się, gdy nie mógł inaczej. Trzeciego dnia rozwiązaliśmy go i wreszcie kiedyś nam uciekł. Przypominam sobie ppor. Zajączkowskiego z Puław i por. rez. Kaczmarczyka. Gdy krążyliśmy raz w tą, raz w drugą stronę w pobliżu Tomaszowa pamiętam, dowódca zapytał w pewnej chwili – Chłopcy możecie iść do domu lub przebijamy się na Rumunię. W głosowaniu nie było jednego, który by chciał iść do domu. Ale Sowieci zablokowali drogi. Gdzieś pomiędzy Zamościem i Tomaszowem był wąwóz, strzelała artyleria, bombardowały samoloty. Drzewa, ziemia, kamienie i odłamki bomb fruwały dookoła. Na rzucone przez kogoś hasło "kto żyw uciekaj", wskoczyliśmy na ciągnik z działem i pojechaliśmy pomiędzy drzewami tarasującymi drogę. Gdy pokazaliśmy się w kolejnej wiosce, ludzie witali nas kwiatami bo niedawno byli tu Niemcy. Ktoś powiedział, że od wschodu podchodzą Rosjanie. Mieliśmy piękne starachowickie działo, ciągle sprawne. Musieliśmy go rozkręcić i schować. Minęliśmy Zamość, szliśmy w stronę Izbicy. Przeszliśmy Wieprz. Było nas już tylko pięciu. Baliśmy się poruszać indywidualnie. Fama o mordujących Polaków Ukraińcach mocno tkwiła w nas. Gdzieś koło Piask ktoś zabił Niemca. Nie chcieliśmy się zatrzymywać. Patrzyliśmy potem z ukrycia na palącą się wioskę. Niemcy zrobili straszną masakrę. Nie było co jeść. Głód skręcał trzewia. Szliśmy na Lublin. W drodze jak poprzednio masy uciekinierów, zdezorientowanych, spanikowanych, nieszczęśliwych ludzi. Pojawili się Rosjanie. - Uchadi, uchadi, bo my budiom strielać do Germańca. - Okrążając Lublin od południa dochodzimy do Garbowa, Markuszowa i Kurowa. Znowu spotykamy regularne wojsko, zbierali uzbrojonych do Dywizji gen. Kleberga. Niemcy za broń trzymaną przy sobie karali śmiercią, ale nikt nie chciał się jej pozbywać. Miałem przy sobie pistolet, na wojnie byli też moi bracia, nie mogłem wrócić bez niczego, całkowicie pokonany. Doszedłem do Sarn. Miałem tam rodzinę. Przenocowałem. Droga kocka obstawiona przez Niemców. W Moszczance naprzeciwko Chrustanego leżałem długo w kartoflach. Wreszcie przebiegłem przez jezdnię. Patrol niemiecki za mną - motorem, ale w piachu motor musieli pchać. Uciekłem. Doszedłem do "pieprznej górki". Robiło się szaro. Spotkałem naprzeciwko Żytniej niejakiego Jeżewskiego. Był po cywilnemu - ja w mundurze. Wyjrzał na drogę i przedostałem się dalej. Wreszcie przywlokłem się do domu. Był 27 może 28 września. Tak pamiętam... z wojny wrócili bracia. Wspominali jak było. Wszędzie podobnie. Przygnębiająca przewaga wroga, złe zaopatrzenie, cofanie się, krycie, dobrzy i źli ludzie na trasie. Robiliśmy co mogliśmy by nie ulec, ale nawet aura była po stronie wroga. Wierzyliśmy, że wojna nie będzie trwać długo, że Francja, Anglia, Ameryka zmobilizują się... Oglądam medal. Z jednej strony Orzeł i rok 1939. Z drugiej strony "Za udział w Wojnie Obronnej - Ojczyzna". Wojna to zbrodnia jednych ludzi przeciwko innym. To koszmar, zwyrodnienie, nienawiść. Gdy słyszysz piosenkę: "Jak to na wojence ładnie..." pomyśl o tych co zginęli, zostali kalekami, stracili bliskich, spłonął ich dorobek życia, pozostał uraz, dręczą ich koszmarne sny... To wszystko powodują wojny. Wszystkie wojny.
opr. Zbigniew Lipski „MR” nr 9/1995

4. Wspomnienie z 1939 roku

/wspomnienie Adama Raszkiewicza/

Pan Adam Raszkiewicz napisał do redakcji „MR” z Lublina: Pozwalam sobie na opis działania Waszego posterunku w ostatnich miesiącach 1939 roku. Od lipca 1939 r. do czasu jego opuszczenia w m-cu wrześniu byłem tam obecny, gdyż ojciec mój był jego komendantem.
Pracowałem w Rykach jako praktykant pod kierunkiem p. Miernika przy budowie drogi do Składnicy Amunicji Nr 2 w Stawach. Od sierpnia przebiegała cicha mobilizacja, widziałem jak szły pociągi z wojskiem w kierunku na Łuków. Po pracy prawie stale przebywałem wraz z ojcem na posterunku. Byłem obecny przy odbiorze telefonogramu z K.P. PP w Garwolinie, który polecał otwarcie kasy pancernej, gdzie znajdowały się akta MOP.
Widziałem jak mój ojciec otwierał zalakowane koperty, w których były rozkazy i karty mobilizacyjne, między innymi powołania rezerwy policji. Po zerwaniu plomb na zamkach magazynu, gdzie znajdowało się umundurowanie i uzbrojenie, posterunkowy i ja wydawaliśmy je rezerwistom. Następnie dokonano rekwizycji pojazdów mechanicznych, paliwa i broni palnej. Wysyłano patrole.
Pierwszego września lotnictwo niemieckie dokonało nalotu na lotnisko w Dęblinie. Widać było jak artyleria przeciwlotnicza osłaniająca składnicę amunicji Stawy strzela do samolotów niemieckich. Na drodze w kierunku Lublina wzrastał ruch wojska, powstały trudności z wysyłką rezerwistów do jednostek, niektórych bowiem wstrzymywały żony i matki. Następnie odbywał się przejazd przedstawicielstw dyplomatycznych, które uciekały z Warszawy na Lublin, wielu przedstawicieli Ambasad zgłaszało się na posterunek błagając o paliwo do samochodów, często oferowali za jego otrzymanie grube pieniądze. Widziałem jak płonie wieś Moszczanka ostrzelana pociskami zapalającymi przez samoloty. Przypominam sobie też, że raz wieczorem siedziałem na ławeczce przy ulicy Warszawskiej, prawie naprzeciw poczty z dwoma nauczycielami, gdy podbiegł do nas kleryk z kościoła i powiadomił, że na probostwie są bandyci. Jeden z nauczycieli pobiegł do mieszkania na drugą stronę ulicy i przyniósł pistolet, ja miałem przy sobie mały pistolet sześciostrzałowy . Postanowiliśmy, że idziemy tam. Ustaliliśmy, że od strony ogrodu pod okna budynku podejdą nauczyciele, z których jeden wydaje mi się, że nazywał się Skrzypek. Ja stanę przy oknach od podwórza, a poprowadzi mnie strażak, który zna otoczenie. Szedłem przy żywopłocie, który był ogrodzeniem, na jego końcu była stodoła, przy szczycie której stał osobnik z karabinem. Stojącego na czatach zobaczył też mój przewodnik, który zawołał - ręce do góry. W odpowiedzi, ten przestraszony wystrzelił nam z karabinu prosto w oczy. Zostałem, skutkiem tego, ogłuszony i oślepiony błyskiem ognia z lufy, przewodnik padł mi pod nogi, myślałem, że został zabity, napastnicy zbiegli.
Wracałem idąc wolno przy płocie ogrodu pogwizdując. Po pewnym czasie z ogrodu wyszedł nauczyciel wraz z kolegą. Udaliśmy się do miejsca strzału i stwierdziliśmy, że przewodnik żyje, ma tylko skaleczone ramię.
Dodam, że posterunki policji na własnym terenie same ścigały przestępców, bandyci prawie zawsze bronili się do ostatniego pocisku. Prawie każdego miesiąca ginął policjant, żony ich i dzieci modliły się, aby żywi powracali do domu z patroli. W tym okresie mieszkałem u właściciela piwiarni przy ulicy Warszawskiej, nazywał się Jezierski i miał dwu synów w wieku l0, 12 lat.
Cz. 2
Na podstawie kontaktu z ludnością Ryk i rolników z tamtejszego terenu w latach 1939 do 1942 stwierdzić mogę, że Polacy byli bardzo biedni. Przeciętne na jednego człowieka przypadała na trzy lata koszula, a buty na lat pięć. Patrząc w Warszawie na pojemniki przy blokach z odpadami to myślę, że w jednym roku niszczy się tyle co cała Polska nie zniszczyła przez cały okres lat dwudziestu. Na potwierdzenie tego załączam po kilka fotografii z budowy drogi Ryki Składnica Nr 2 Stawy, gdzie pracowałem 1939 r. oraz zdjęcia z budowy drogi Trojanów Życzyn, gdzie też pracowałem z latach 1941. Na zdjęciach tych są widoczne - BHP, praca głodnych Polaków, widać sprawny transport na owsiany gaz. Przypominam sobie Wójta Gminy Ryki nazywał się Buczek i miał gospodarstwo rolne odległe od kościoła około 1 km, miał dwoje dzieci w wieku od 8 do 12 lat. Często rozmawiałem z matką Wójta, która opowiadała mi jak w sierpniu 1920 r. zabrali ją bolszewicy z gospodarstwa wraz z końmi na podwodę i z taborem podczas ucieczki dotarła do granicy Prus Wschodnich.
W Rykach było kilku kupców m.in. bracia Jezierscy. Przypominam sobie jednego o nazwisku Piecyk, który na policzku miał znaczną bliznę od noża. W/w prowadzili po wsiach skup świń, bekony wysyłali do Sosnowca na eksport, a część przerabiali w masarniach. Mogę stwierdzić, że gmina żydowska działała kilka razy lepiej jak polska, posiadali na terenie dobry wywiad handlowy, ustalano ceny skupu zboża - jesień i wiosna - cena za kwintal żyta na wiosnę wzrastała nawet o 2 zł. Skup rogacizny, drobiu, młyny, wiatraki, pośrednictwo w handlu nieruchomościami, faktorstwo, przetargi, licytacje i paserstwo. Organizacja wczasów pod gruszą tj. dzierżawa latem sadów na wsi stawianie bud krytych słomą w ogrodach i mieszkanie całych rodzin w okresie letnim.
Co do mojego ojca to stwierdzam, że był komendantem posterunku w Wojciechowie od 1922 r. do 1930 r., następnie w Ludwinie pow. Lubartów do 1937 r.
Na początku ojciec był członkiem organizacji KOP. Podczas wojny ZWZ i AK Od 1942 r. mieszkaliśmy w Lublinie.
opr. Zbigniew Lipski „MR” nr 9/1999

5. Jeden z nielicznych

/ wspomina Stanisław Klimek/

Z okazji otwarcia w pałacu wystawy - poświęconej ludziom z Ryk, represjonowanym w czasie ostatniej wojny, udało mi się spotkać między innymi Pana Stanisława Klimka r. 1911 i jego żonę Helenę z Szewczyków. Pan Stanisław pochodzi z małej wioski Welebycz k/Krasnegostawu, jego żona z Sobieszyna(ślub zawarli w 1937 r.).
Przed wojną mieszkali w Krzywdzie, Sobieszynie i Wólce Domaszewskiej. Stanisław pracował jako kowal - mechanik w majątku Wacława Biernackiego dziedzica Wólki. Na wojnę r.1939 zmobilizowany został do Baonu Mostowego stacjonującego w Modlinie -Kazuniu.
3.IX. ruszył w swoją przeszło miesięczną wojenną wędrówkę. Zapamiętał do dzisiaj: Nowy Dwór - Garwolin - Sarny nad Wieprzem, gdzie zostali kolejny raz ostrzelani z samolotów - Lubartów, skąd jako kierowca został wysłany samochodem pod Kurów, aby ściągnąć inny pozostawiony tam pojazd. Gdy wyruszyli na trasę, znowu nadleciały samoloty. Próbował się kryć za żywopłotem, jego koledzy za wierzbą. Niemiecki pilot wyraźnie chciał ich "upolować". Nawracał i strzelał seriami, rzucił 2 nieduże - na szczęście - bomby. Wyglądało to - w kurzu, dymie, przy świście kul i wybuchach bomb - strasznie. Na szczęście dla nich lotnik źle trafiał. Zbił szybę w samochodzie, podziurawił chłodnicę i odleciał. Oni zaś poreperowali co się dało i pojechali dalej. Uszkodzony pojazd zostawili w Lublinie i wrócili do oddziału. Ruszyli na Wisznicę. Kolejny nalot uszkodził lampę samochodu. Po zjechaniu do rowu byli tak zmęczeni, że myśleli tylko o spaniu. Wystawili wartownika i usnęli. Po przebudzeniu się, dalej jechali bez świateł - na ryzyko. Tak też przeprawiali się we Włodawie na drugą stronę Bugu. Gubili się i odnajdywali. Zastanawiali gdzie iść?
Pan Stanisław przypomina sobie kolegę z kursu samochodowego – Ślązaka z Bytomia, którego wtedy spotkali, posądzali go, że był niemieckim szpiegiem.
Na porzuconym w rowie wozie, już bez koni, odkrył papiery sklepikarza z Gniezna. Pomyślał - ileż ci ludzie musieli przejść? Szukali pożywienia. W lasku odkryli opuszczony dom, w nim beczkę z ogórkami. Były bardzo kwaśne i niesłone.
Niemcy byli coraz bliżej. Gdzieś strzelał czołg. Chowali się po stodołach. Wreszcie załadowano ich do pociągu i pojechali do Kowla. Tam pracowali przy rozładunku magazynów i przy naprawie torów kolejowych. W Kowlu zetknęli się z wojskiem radzieckim. Jakiś kapitan kazał mu robić wywiad na koniu... Wspomnienia rwą się, mieszają, nakładają na siebie. Są fragmentaryczne, wyłaniają się jak osoby mijane w mroku nocy. Mało wyraziste, zamazane. Przecież minęło już 56 lat. Promem przeprawiał się na lewą stronę Bugu pod Zdołbunowem. Przez Chełm do Dorohuczy. Na moście przez Wieprz stali Niemcy. Ostrzelali ich z karabinów maszynowych. Nie było linii frontu. Przedzierali się w kierunku domu. W Piaskach była artyleria niemiecka. Samochodem dojechał do Fajsławic. Znowu ostrzelani byli przez Niemców na szosie trawnickiej. Doszło do starcia.
Na cmentarzu, na rozłożystej sośnie siedział obserwator niemiecki. Wzięli do niewoli 3 Niemców. Ruszyli w kierunku Wysokiego i Żółkiewki... Turobina. Wojna dobiegała końca. Oficerowie już byli poprzebierani za cywilów. Przespali u chłopa, rano ruszyli dalej. W Turobinie znowu spotkali wojsko rosyjskie. Rosjanie wjechali jednym czołgiem z kilkoma siedzącymi na nim żołnierzami. Zachęcali ich by wracali do domu. Wojna dla was skończona - mówili. Pamięta żołnierza rosyjskiego na koniku, który pytał: "i co nawojowaliście się? Teraz uciekajcie do domu". Myślał, jak dotrzeć do Sobieszyna. Tam spodziewał się spotkać żonę.
Przez pierwsze lata okupacji pracował w Wólce Domaszowskiej w majątku. Dziedzica siostrzeniec, Witek Zalewski, jeździł do Warszawy, przywoził tajne gazetki. Jego ojciec major WP był w niewoli. To Witek wciągnął go do tajnej organizacji. Wtedy nie wybierało się wg poglądów politycznych. Ktoś był pierwszy, szukał ludzi którym ufał, tworzyło się kółko, rozmawiali, dyskutowali, przekazywali sobie wiadomości, myśleli jak szkodzić okupantowi. Ktoś został aresztowany. Nie wytrzymał bicia. Zaczął opowiadać. Niemcy byli czujni. 23 może 24 lipca 1943 nad ranem przyjechali samochodami do wsi. Sołtysowi dali listę i kolejno wyciągali z domów. Łukasika, Gorzelanego, Falusa, mnie, Kępkę. Franciszka Strzelca, razem 9-ciu. Skuli po dwóch i zawieźli do Łukowa a po kilku godzinach do Radzynia. Tam było więzienie śledcze. 6 tygodni, wywoływali kolejno na przesłuchania, pytali o broń, o pozostałych członków organizacji. Związanego, z kijem pod kolanami, biło niekiedy na raz dwu śledczych, szczuli psem. Strzelec był inwalidą, miał rurkę w tchawicy, szybko osłabł, przyznał się, że miał broń, pierwszy został rozstrzelany. Stanisław wytrzymał wszystko. Betonowa podłoga w areszcie była kojącym plastrem na rany po razach. Na 6 kolejnych tygodni zawieźli go na Zamek w Lublinie. Siedział w wieży. Spotkał się tam z Kośmińskim, Kolkiem z Ryk.
Żona szukała kontaktu, aby podać paczkę, próbowała wyrwać męża z rąk oprawców. Gorzelany miał znajomego strażnika więzienia. Poprzez niego podał chusteczkę - znak, że tu jest. Po tym kontakt urwał się na kilka miesięcy. Wywieźli go do Oświęcimia - Birkenau. Stali któregoś dnia wiele godzin z odkrytymi głowami w deszczu i chłodzie bo ktoś uciekł.
Wysoki, dobrze zbudowany, nadawał się do pracy. Chciał pracować. To była jedyna szansa na otrzymanie dwu misek zupy. Kto miał co jeść ten żył. Ale po zupie puchły nogi. Zgłosił się jako rzemieślnik do komanda liczącego ze sto ludzi. Chciał stamtąd wyjechać. Potrzebne były buty. Można było mieć co najwyżej drewniaki. Dobrze gdy były sznurowane. Trudniej je było zgubić. To nic, że były po zmarłym na tyfus. Kto się tym przejmował. Buty to było życie. Gdy wieźli ich w siarczysty mróz bydlęcymi wagonami do Mauthausen, drewniaki kładł pod kolana by nie zamarznąć. Przetrwał. Potem pracował w fabryce części do samolotów (silniki) w Windorf nad Dunajem. Tam były bardzo precyzyjne maszyny produkcji rzemieślników polskich w Ameryce. Czytali o tym z tabliczek znamionowych. Pamięta, że aresztowali tam Niemcy wielu Jugosłowian, bo silniki nie mogły osiągnąć wymaganych obrotów. To były działania sabotażowe więźniów.
Pierwsza wiadomość, że żyje przyszła ze stemplem 16.XII.1943 z KLM Arbeitslager Wien, Wiene-Neudorf. Raz udało mu się wysłać gryps. W czasie bombardowania napisał list - kartkę. O mało co przez nią nie zginął, gdy esesman zw. Gajowym chciał sprawdzić mu siatkę. Kartkę wyniósł kolega pracujący w mieście ze swoim komandem. Po prostu w sposób znaczący wyrzucił ją na ulicy. Ktoś podniósł, włożył w kopertę, przykleił znaczek...
Gdy zbliżał się front amerykański, wiosną 1945 Niemcy z Windorf przepędzili ich z powrotem do Mauthausen - 180 km pieszo w drewniakach, dając na drogę po dwie bułki razowego chleba. Musiało wystarczyć. Gdy 5.V.1945 wyzwolili ich Amerykanie, był ciężko chory. Przeziębiony. Nie wstawał. Dostał w porę leki, opiekę i przetrwał. Do domu wrócił jak mógł najszybciej. Był kierowcą w PKS. Do dziś pamięta swoje obozowe numery: 155455 z Oświęcimia-Birkenau (ma na lewym przedramieniu powyżej łokcia od strony wewnętrznej), wyraźnie wytatuowany i 38955 z Mauthausen. Tam nosiło się je wybite na blaszce, przywiązanej do ręki drutem. Jest jednym z nielicznych, którzy przetrwali, dają świadectwo prawdzie. W Rykach osiedlili się z żoną w r. 1947. Mają syna Mariana i dwie córki: Bożenkę i Marię, trzech wnuków i jednego prawnuczka.
Gdy idzie z żoną do kościoła, do znajomych, mijamy go jak zwykłego człowieka. Bo cóż, niczego nadzwyczajnego nie zbudował. Jak każdy - pracował, narażał się cierpiał... przed wojną i po wojnie. Teraz jest emerytem. Ale gdy słuchamy o przesłuchaniach, więzieniach, obozach, które przeszedł, mróz ściska plecy.
Pan Stanisław świadczy swoim życiorysem, że wola życia jest podstawą w pokonywaniu największych przeciwności. Nie dał się zabić w kampanii wrześniowej i potem w stokroć trudniejszych warunkach. Nie pozwolił sobie zabrać dwóch bułek chleba w czasie strasznego marszu z Lindorf do Mauthausen. Kroił kromki na tyle ile wynikało z podziału i nie skusił się na więcej, chociaż głód wsysał się w trzewia i zachęcał do rozrzutności. Wytrwał i wrócił. Jeden z nielicznych. opr. Zbigniew Lipski „MR” nr 7-8/1995

6. Za kradzież kromki chleba – kara śmierci

/wspomina Czesław Dąbrowski/

Spotkania z kombatantami minionej - wojny pozwalają odświeżyć pamięć o wydarzeniach, które bezpowrotnie zacierają się w umysłach jej uczestników. Pytanie, a jakie były pana losy, jeszcze przywołuje wspomnienie, niestety coraz częściej nieostre, bardzo uproszczone, bez emocji. Przysłuchując się wypowiedziom w dyskusji, reporter próbuje zauważyć od kogo można jeszcze zdobyć wywiad, który z zaciekawieniem przeczytają czytelnicy naszego pisma. Tym razem wybór padł na pana Czesława Dąbrowskiego. Czy słusznie, osądźcie państwo sami. Czesław Dąbrowski r. 1917. Kombatantem został z dwóch powodów. Do wojska został powołany w 1938 r. z Zaklikowa k/Kraśnika. Mieszkał tam z rodzicami, pięcioma braćmi: Zygmuntem, Mietkiem, Tadkiem, Józefem i Wackiem oraz siostrami Heleną i Janiną. Służył w 2 pułku saperów kaniowskich w Puławach, w 2 batalionie 3 kompanii. Przeszedł z pułkiem trasę od Bydgoszczy, po Mińsk Mazowiecki gdzie rozbili ich Niemcy i Komorów Maz., w którym rozbroili ich Rosjanie. Odesłali do domu więc wrócił do rodziców i pracował w niewielkim gospodarstwie ojca. Do partyzantki nie należał, choć kiedy było trzeba pomagał. W jesieni 1944 r. został aresztowany i osądzony przez Trybunał Wojenny jako przeciwnik "sowieckiego sojuza". Ktoś mnie musiał "podkablować" - mówi już bez urazy w głosie. Dostałem dwa lata ciężkich robót z wywiezieniem na Syberię. Jak doszło do aresztowania i wywiezienia do republiki Komi opowiada z trudnością.
Przyszli po mnie we dwóch. Cywil z UB i rosyjski oficer z NKWD. Wzywali niby na przesłuchanie do sołtysa. Zabrali do Ireny, to takie przedmieście Zaklikowa. Tam późnym wieczorem wepchnęli do dziury w ziemi, przykrywanej żelazną klapą. Myślałem w pierwszej chwili, że chcą mnie utopić w jakimś szambie. Ale to była ziemianka. Siedziało nas tam dziesięciu. Gdy spaliśmy, przekręcić się było można tylko razem. Załatwialiśmy się pod słomę, na której spaliśmy, kopiąc dołki, przysypywane następnie ziemią. Po tygodniu wyprowadzili nas. Byłem skuty. Zaprowadzili na stację Rozwadów. Załadowali w pociąg towarowy. Przewieźli do Kijowa. W tamtejszym więzieniu przesiedziałem ok. 3 tygodni. W celi było nas sześćdziesięciu. Jeść dawali bardzo mało. Zapamiętałem takie zdarzenie. Przynieśli kiedyś 60 porcji chleba. Po rozdaniu okazało się, że brakuje jednej porcji. Mówiliśmy wtedy do strażnika – przynieś jeszcze jedną porcję. On na to, że dał 60 porcji. Zrobiliśmy więc rewizję i u jednego więźnia pod jego zawiniątkiem znaleźliśmy brakującą porcję. Podniosły się głosy - ukarać go. Więźniowie powołali spośród siebie sąd z sędzią i prokuratorem. Jak prawdziwy. Osądzono go na karę śmierci. Byliby ten wyrok zaraz wykonali, ale znalazł się ktoś rozsądniejszy, zawołano strażników i ci przenieśli "skazanego" do innej celi. Inaczej by zginął - za kradzież kromki chleba. Z Kijowa przewieźli mnie do Lwowa. Tam odsiedziałem kolejne dwa miesiące. Po tym kolejny raz załadowali do transportu. Po 60 w wagonie. 30-u na tzw. "piętrze", 30-u na podłodze. Na górze było cieplej więc co pewien czas zmienialiśmy się. Przed odjazdem dawali po porcji kaszy z kotła. Nie miałem żadnego naczynia. Kucharz wyłożył mi ją po prostu w ręce. Była gorąca. Nie wytrzymałem. Upadła na ziemię. Dalej byłem głodny. Na dobę dawali nam po 2-3 bochenki chleba na wagon. Ktoś je dzielił, rozrywając je i rozkładając na płaszczu. Pojedynczo się podchodziło i po zasłonięciu oczu "wybierało" swoją porcję. Pragnienie zaspakajaliśmy, zlizując z metalowych okuć tzw. sędzielinę - szron. Takich miejsc było mało więc i zlizywanie było pod wydziałem.
Jechaliśmy tym transportem około miesiąca. W ubraniu zalęgły się wszy. Po wyładowaniu nas ubranie poszło do "bani". Dostaliśmy walonki, kufajki... ot ubrania tamtejszych więźniów. Nasze szczegółowo sprawdzili, szukając tajnych papierów, rzeczy wartościowych. Miałem schowany w płaszczu zegarek, pod pagonem, też znaleźli. Mróz był -30 st. C. Wyładowali nas w lesie. Nie było gdzie się schować. Stawialiśmy baraki, grzejąc się przy palonych w pobliżu ogniskach. Po kilku dniach baraki stanęły. Na "kojkach", w deskach wycinaliśmy dziury na kość biodrową, aby móc spać na boku. Do przykrycia się dostaliśmy po jednym kocu. Karmili nas przeważnie zupą gotowaną z ryb i chlebem po 250 g. na dobę. Pewnego razu wzięli mnie do rozładowywania z transportu ryb. Były duże i długie, nie znałem gatunku. Rozłupałem jedną. Ruski mówi do mnie - nie jedz bo zdechniesz, są bardzo słone. Ja pomimo ostrzeżenia jadłem. Na drugi dzień dostałem ogromnej opuchlizny. Jak nacisnąłem ciało to palce wchodziły jak w ciasto. Zabrali mnie do szpitala. Leżałem dwa miesiące. Tam karmili jeszcze gorzej niż w baraku. Wyschłem jak patyk. Na szczęście przyszedł kiedyś ruski oficer i pytał – kto chce iść na pożarnika. Zgłosiłem się. Tam mi się polepszyło. Obok straży była piekarnia. Jeden Rosjanin, co właściwie złapał mnie na kradzieży chleba, ulitował się. Powiedział: jak będziesz głodny przyjdź, dam ci chleba. W straży mieliśmy własną kuchnię. Byłem tam jakiś czas. Pewnego dnia dzwoni telefon. Dąbrowski Czesław - to ty, tak to ja. Pojedziesz do domu. Dostałem przepustkę, bilet na przejazd, chleb i rybę na drogę. Wracałem cały miesiąc.
Mój brat Zygmunt pracował w Garwolinie. Pomógł mi znaleźć pracę. Do Ryk sprowadziłem się w 1947 r. Ożeniłem się z Alicją, córką sławnego w AK "Dziadka" - Bolesława Kuchnio. Mamy dwoje dzieci. Jarosław jest pracownikiem JW Stawy, Bernardetta pracuje w Warszawie, jako księgowa. Ja byłem referentem w Urzędzie Komorniczym. Od 1979 r. jestem na emeryturze. Reporter przegląda dokumenty. Książeczkę wojskową, wspomnianą wyżej przepustkę.
Czyta: Czesław Dąbrowski sądzony 6 listopada 1944 r. przez Trybunał Wojenny 3 Gwardyjskiej Armii. Skazany na 2 lata i zesłany do ASSR KOMI. Przebywał w Posiołku Abie, skrytka pocztowa Nr 274/4. Uwolniony 11 grudnia 1945 r.
Przeżył to najstraszniejsze więzienie dzięki ludziom, którzy pomogli mu w szpitalu obozowym, potem wzięli go do straży, wreszcie wcześniej zwolnili (prawdopodobnie amnestia) do domu. Życie pokazuje, że byle się nie załamać a walczyć o swoje, w każdych warunkach można coś wygrać. Tylko na wspomnienie tej strasznej kaźn
i głos więźnie w gardle...
notował: Z. Lipski „MR” nr 11/1999

PS. Jan Drewnowski we Wspomnieniach z Łagrów Północy pt. " Cynga " »yd. MON z 1989 r: zapisał m.in. "Nazwa republiki Komi pochodzi podobno od zniekształcenia nazwy rzeki Kamy. Z jej dorzeczy, ciągnących się aż po Wołgę, wywędrowało przed tysiącami lat wiele plemion ugrofińskich, kierując się na północ, właśnie na ziemie obecnej republiki Komi". opr. Zbigniew Lipski

7. "Miała być taka sobie zasadzka..." - pod Anielowem

/wspomnienie Serafina Aleksiejewa/

Liczyliśmy na zdobycie dużej cywilnej ciężarówki, aby po operacji jej zdobycia pojechać do Żelechowa i zlikwidować tamtejszych żandarmów. Do obserwacji ruchu samochodów wydzieliliśmy dwu ludzi, ustaliliśmy sposoby sygnalizacji. Oddział podzieliliśmy na dwie grupy. W każdej po trzy karabiny maszynowe. Koszelew ze swoimi zajmuje wzgórze, Ja wraz z Dmitrenką pozostaję przy drodze. Czekamy. 5, 10, 15 minut. Mija jeszcze kwadrans. Koszelew machnął nad głową chusteczką. Jedzie samochód cywilny. Zagradzamy mu drogę. Krzyczymy halt! Nie zatrzymuje się. Z tyłu widzimy, że cały furgon jest wypełniony przez Niemców. Posłałem mu długą serię z automatu. Odjechał.
Po pewnym czasie Koszelew macha drugi raz chusteczką. Zatrzymujemy go. Zawracaj do lasu - krzyczę po polsku do kierowcy. Kierowca skręca, samochód wyładowany ciężkimi skrzyniami 70 metrów od szosy Warszawa - Lublin grzęźnie w piasku. Zaczęliśmy rozładowywać skrzynię. Ale znów alarmuje Koszelew. Jadą niemieckie samochody, cała kolumna. Kostia naliczył 10, a nas jest 45 ludzi. Rozkazuję - strzelać tylko na moją komendę! W pierwszych trzech samochodach pełno żołnierzy. Na czwartym czterolufowe karabiny maszynowe i pięcioosobowa załoga. Na kolejnych też żołnierze. Pełen wiary w zaskoczenie daję komendę - ognia!.
Rozpętuje się piekło. Pierwszy samochód wykonawszy dziwaczną ósemkę zwalił się do rowu. Drugi płonąc zatrzymał się na środku drogi. Żołnierze zeskakują na ziemię, giną od naszych kul. Ale nie wszyscy. Ci kryjąc się za rozbitymi ciężarówkami lub w rowach zaczynają się ostrzeliwać. Rzucamy granatami. Ogień Niemców słabnie, ale w tej chwili słyszymy alarmujący głos Koszelewa. Niemcy z prawej! Oni nas okrążają! Patrzę w prawo i widzę z przerażeniem, że stamtąd gdzie był punkt obserwacyjny Kosti, pędzi na nas gęsty tłum faszystów. Przenosimy ogień na tę kolumnę, a następnie wycofujemy się skokami do lasu. Niemcy ostrzeliwują nas z daleka. Jest oczywiste, że mamy do czynienia z dużą jednostką wojskową. Czy Niemcy pójdą za nami w las? Kostia okazał się zuchem. Gdyby wcześniej odszedł z posterunku nie uniknęlibyśmy nieszczęścia. Gdy odpoczywamy rozmawiając Koszelew twierdzi, że zlikwidowaliśmy 80 ludzi wroga. Bez strat własnych. Po 800 metrach kończy się las, a słońce jeszcze wysoko. Kierujemy się w stronę Gończyc, tam większy las. Idziemy gęsiego bez przerwy ubezpieczeni czujkami. Z poza drzew ok. 100 m dalej droga. Wzdłuż niej łańcuchem rozstawieni Niemcy. Cofamy i zalegamy próbując czekać wieczora. Może Niemcy nie odważą się wejść do lasu. Kiedy ściemniało dwie grupy zwiadowców wyjaśniły. Las nie jest okrążony. Odchodzimy w kierunku na Ostrożeń a następnie przez Wólkę, Samorządki w kierunku Zasiadał. Kiedy następnego dnia już tam odpoczywamy, do chaty wbiega Diaczenko i melduje - Niemcy! Próbujemy zaczaić się. Może nie wejdą do zabudowań, tego domu i tej stodoły gdzie my właśnie. Rozkazuję, pilnujcie gospodarzy, aby nie spanikowali i nie próbowali uciekać w pole zdradzając tym nas. Zostawiwszy obserwatorów do śledzenia ruchów Niemców przesuwających się brzegiem lasu, kopiemy okopy na wypadek podjęcia walki. Nieoczekiwanie od strony Wilczysk rozlega się strzał. Niemcy wchodzą w las. Wzdychamy z ulgą. W odległości 400 m od nas zatrzymało się pięć ciężarówek. Po drodze rysią przejeżdża grupa kawalerzystów. Odrzucamy od siebie chęć skoszenia ich seriami karabinów maszynowych. Niemcy przeczesawszy las odjechali w kierunku Garwolina.
Spotkania z wrogiem i przyjaciółmi
Na linie kolejowe Dęblin - Łuków i Dęblin – Warszawa wychodziliśmy nie raz. Przypominam sobie, że w listopadzie 1942 r. polskimi minami przeciwczołgowymi otrzymanymi od Antoniego Jabłońskiego pod Leopoldowem wysadziliśmy tory kolejowe, przerywając na całą dobę ruch kolejowy. W lipcu 1943 na stacji Okrzeja ostrzelaliśmy pociąg towarowy, unieruchamiając parowóz, rannych było 2 Niemców. W sierpniu 1943 obok stacji Życzyn rozkręciliśmy szyny. W wyniku tego zniszczony został parowóz i 5 wagonów z ładunkiem wojskowym. We wrześniu obok stacji Samów wysadziliśmy pociąg towarowy, a zaraz potem w odległości 17 km od stacji Ryki rozkręciliśmy tory. Parowóz i 4 wagony pociągu pośpiesznego zostały wykolejone. Dwa dni później pod Leopoldowem znów wysadziliśmy tory pod parowozem, który się stoczył z 3 wagonami pasażerskimi. Gdy po raz kolejny otrzymałem materiał wybuchowy Dymitrenkę wysłałem na linię Dęblin - Warszawa, a ze swoją grupą ruszyłem na odcinek Leopoldów - Okrzeja. Minę założył Iwan Strykow. Gdy nad ranem pojawił się pociąg, Koszelew krzyknął: czas! Z rozerwanego kotła parowozu z ogłuszającym grzmotem wyrwała się para. Słychać było też zgrzyt metalu i trzask łamiących się wagonów. Niemcy otworzyli wściekły ogień po krzakach, gdzie my się ukryliśmy. Nie chcąc się wciągać w bezcelową strzelaninę zarządzam odwrót. Zwiadowcy następnego dnia przynieśli wiadomość, że zlikwidowany został parowóz i trzy wagony z wojskiem. Przerwa w ruchu trwała 12 godzin. Zdążyliśmy się rozlokować w Lipinach, gdy od strony Konorzatki przybyła do wsi kolejna grupa partyzantów. Zapoznajemy się z chłopcami Nikołaja Kołosowa, działającymi w pow. lubartowskim. Grupa polując na Niemców zapędziła się do "naszego rejonu". Ku mojej radości spotkałem w niej swojego krajana Grigorija Łukianowa Mietlajewa, pochodzącego z chutoru Bagnienki, 25 km od Sokołowki. Listopad 1943 r. Byłem po broń u Stacha Strzyżewskiego w Krzywdzie. Załadowaliśmy ją na furmankę i ruszyłem powożąc do Wielgolasu. Wybrałem drogę okólną, zdawało mi się bezpieczniejszą, przez Radoryż Kościelny. Noc była ciemna, cicha. Popadywał drobny deszcz. Zaraz za wyjazdem z Krzywdy był most. Powinienem skręcić w prawo na polną drogę prowadzącą do radoryżskiego cmentarza. Most pojawił się nieoczekiwanie.
Furmanka gwałtownie zaczepiła tylnym kołem o przydrożny słup. Próbowałem cofać konia ale wóz nie chciał ruszyć. Straciłem na tym szamotaniu się z wozem i koniem około 20 minut. Pomału opadała mgła. Zaczęło się przejaśniać. Nagłe od strony linii kolejowej pojawiła się grupa ludzi. - Któż to może być tak rano? Pytałem sam siebie. Partyzanci - przyjaciele, czy może odwrotnie - wrogowie? Na szczęście skierowali się nie na mostek ale poszli do Budek. Wreszcie wóz udało się cofnąć i ruszyłem w dalszą drogę. Przy podjeździe do Radoryża, zdający się mi z oddali jako drzewa, pojawili się ludzie. Gdy podeszli bliżej, pot oblał mi plecy. Przecież to Niemcy idący na obławę. Gdy podchodzą bliżej zatrzymuję wcześniej konia i zaczynam poprawiać mu uprząż, broń tu na nic. Jest ich bardzo wielu. Przechodzą koło mnie, nie zaczepiając. Nieprawdopodobne. „MM” nr 7-8/2005 Serafin Aleksiejew "W matni - zapiski z życia”. Wydanie książkowe w Rostowie nad Donem 1992 r. Przełożył z rosyjskiego Jerzy Maciejewski w 2000 r.

8. Na grabowieckim przejeździe

/wspomnienie Serafina Aleksiejewa/

Na całe życie zapamiętałem tę styczniową noc 1943 r. Wstając dęba, dziko i przeraźliwie zarżały konie. Siedzący przede mną Wasyl krzyknął i przewrócił się na moją pierś. Obfitym strumieniem bryznęła mi w twarz jego gorąca krew. Zamarłem z przerażenia. Zasadzka - nie wyjdziemy stąd żywi - myślałem szybko. Z trudem oderwałem się od sań i padłem w miękki śnieg. W przedśmiertelnych drgawkach wiją się konie, które przyjęły na siebie huraganowy ogień napastników. Wokół ciała poległych partyzantów. Tracąc oddech z bezsilności i gniewu podnoszę się i biegnę w kierunku lasu. Kolące gałązki boleśnie biją po twarzy. Dogania mnie Iwan Kurylenko, Siemion Łosiewski i Iwan Lutycki. Chwilę czekamy na tych co jeszcze może się uratowali, a gdy nie pojawia się nikt Iwan Kurylenko mówi ze złością: Trzeba im przyłożyć. Milcząc godzimy się na to i przedostawszy się na drugą stronę drogi otwieramy ogień do hitlerowców z karabinu maszynowego. W odpowiedzi słyszymy krzyki. Zużywszy prawie cały zapas amunicji opuszczamy to przeklęte miejsce. Obok wyrobisk torfowych rozdzielających masyw leśny na dwie części zatrzymujemy się na odpoczynek. Wspominam towarzyszy, żywych, skromnych, prostych chłopców. I oto już ich nie ma. Idziemy dalej. Pojawił się Cisownik, chata Wacka, naszego łącznika. Opowiadamy mu o wszystkim a następnie wysyłamy go na zwiad do Okrzei. Wrócił następnego dnia wieczorem. Przyniósł straszną wieść. Na przejeździe, gdzie nas hitlerowcy zaskoczyli zginęło 11 naszych. Jednego, rannego wzięli żywcem. Nie chcąc narażać rodziny Wacka mieszkającego w centrum Cisownika ruszamy do Wandowa. Po drodze zaszliśmy do Olka Antolika. Już wiedział. Potem zakwaterowaliśmy w gospodarstwach Fiukówki.
W Okrzei "Halt! Hende hoch! Okrzyk ten usłyszany zza węgła uratował mnie od śmierci. Nie wykonałem fatalnego kroku na ulicę. Równocześnie z okrzykiem zagrzmiały serie z automatów. Zapalające kule przebijały cienkie ściany sklepu położonego na placu w Okrzei. Heniek Strzyżewski nie rozumiejąc śmiertelnego niebezpieczeństwa błagał mnie: Schowajmy się w piwnicy, ale odpowiedziałem mu - piwnica to grób. Trzeba wydostać się z tej pułapki. Podchodzę do okna i daję kilka serii do niewidocznych wrogów. Heniek idzie moim śladem. Powoli nabieram orientacji, że całe siły nieprzyjaciela są z lewej strony. Niemcy bojąc się pozabijać wzajemnie nie okrążyli nas zupełnie. Nadchodził letni świt. Rzucamy z Heńkiem granaty i ruszamy przez plac w kierunku otaczających go chatek. Niemcy po wybuchach granatów strzelają chaotycznie, nie wiedząc gdzie jesteśmy. Dobiegamy szczęśliwie do uliczki, która wyprowadza nas do Okrzejki. Nie zatrzymując się przechodzimy ją i znikamy swoim prześladowcom. Potem okazało się, że grupa 14 Niemców z Woli Okrzejskiej próbowała nas zatrzymać żywych. Ale nie udało się. Chrzest bojowy jaki przeszedł Heniek, był ważnym etapem w jego partyzanckim życiu. W czerwcu dołączyło do nas sześciu rodaków: Georgij Lewin, Michaił Diaczenko, Michaił Liasnikow, Iwan Strykow, Paweł Żidkow, Nikołaj Koszelew.
Tragiczne losy rodziny Stacburskich
To było po tragicznej śmierci Jana Janiszka. Utraciliśmy prawdziwego patriotę powiedział z żalem Stachurski. Zamiast zabijać okupantów, zabijają swoich. Oni i na mnie dwukrotnie polowali. Ale i tobie Serafimie trzeba zachować wielką ostrożność.
Ojciec Henryka - Jan Stachurski był bogatym rolnikiem. W okolicy nie było bogatszego od niego. W imię walki o wolną Polskę oddał wszystko, uczciwą i upartą pracą uzyskany dostatek, mienie, szczęście i to co najdroższe - życie swojej rodziny. Cieszył się każdym przyjściem do jego syna partyzantów lub łączników. Kilka razy chodził z nami na linię kolejową Dęblin - Łuków, gdzie ukryci w lesie ostrzeliwaliśmy z kaemów i karabinów pędzące obok cysterny z paliwem i pociągi z urlopowiczami. U Stachurskich często słuchaliśmy audycji radiowych z Moskwy. U nich pracował wiatrak, który wytwarzał energię elektryczną, potrzebną dla radia ustawionego w ulu. Gdyby był materiał wybuchowy – powiedziałem do niego - Niemcy nie czuliby się tak bezkarni na kolei. Henryk pomyślał chwilę i powiedział z przekonaniem. – Nie martw się Serafinie. Wkrótce będzie. Mamy uzyskać niezawodną łączność z Moskwą.
Już wcześniej stryj Henryka Bronisław Stachurski opowiadał mi, że w rejonie Czernica nie jeden raz zrzucano spadochroniarzy. W maju 1943 r. jeden z desantników spadając w pobliżu Stepańca zaczepił kopułą o wierzchołek wiekowej sosny. Splątany linkami, daremnie usiłował wyzwolić się z jedwabnych pęt. Gdy nadszedł świt, nie mając możliwości uwolnienia z tej sytuacji zastrzelił się. Przyjmowaniem spadochroniarzy na hasło "Od Stanisława do Bronisława" zajmował się Bronisław. Tego dnia nie wiedziałem i nie domyślałem się, że widzę ostatni raz Heńka, jego ojca, braci Tadka, Mietka ich matkę - jedyną osobę, która nie utraciła czujności. Kiedyś z goryczą powiedziała do mnie. Wątpię Serafimie czy my przeżyjemy tę wojnę. Wszystko u nas robi się otwarcie, swobodnie, jakby wokół nie było wrogów. Nieszczęście przyszło 7 lipca 1943 r. Chroniący podziemie listonosz z Ryk Jan Celiński przechwytywał listy pisane z donosami na gestapo. Ale tym razem doniesienie złożył komendant policji w Kłoczewie Bystrzycki. Wczesnym rankiem około stu faszystów i policjantów przyjechało ciężarówkami do Czernica. Wybiwszy kolbami okna i drzwi wtargnęli do obszernych pokoi. Pod żłobami dla koni znaleźli broń a w wiatraku radiostację. Zabrali Jana Stachurskiego, jego synów Henryka, Tadeusza i Mieczysława, ich matkę i radzieckiego spadochroniarza Szitowa i powieźli ich w kierunku Ryk. Przed Potokiem partyzantom Gransztofa udało się ich zatrzymać. Niemców ogarnęła na chwilę panika. Tadkowi udało się uciec. Przez pewien czas ukrywał się u swojej siostry Eugenii w Lendzie. Gdy pojawili się w sąsiedztwie Niemcy spanikował, pomyślał pewnie że szukają jego. Zaczął uciekać z domu polem do lasu. Tam dosięgły go kule. Matka zmarła w więzieniu na Zamku Lubelskim, Jąn Stachurski zginął w Oświęcimiu, Mieczysław w obozie Gusen. Henryk nie wytrzymał torturowania na jego oczach ojca, powiesił się w celi. „MM” nr 9/2005
Serafin Aleksiejew ,,W matni - Zapiski z życia”. Wydanie książkowe w Rostowie nad Donem 1992 r. Przełożył z rosyjskiego Jerzy Maciejewski w 2000 r.

9. Zrzuty broni pod Stasinem, Kątami..

/wspominali Stanisław Bober i Bolesław Zaręba/

Jako pierwszy został przyjęty zrzut broni dla Armii Krajowej i sześciu cichociemnych w lesie pod Stasinem w rejonie Stężyca. Datę tego zrzutu Stanisław Bober określa na dzień 22 września 1942 r., lecz prawdopodobnie jest to data nieprawdziwa, bowiem - jak stwierdza wybitny znawca tego zagadnienia Jędrzej Tucholski - od 3 września do 1 października nie dokonano żadnych zrzutów na terytorium Polski. Według tego autora zrzut ten odebrano nocą z 1 na 2 października 1942 r., co potwierdza określone przez Tucholskiego miejsce odbioru "13 lub 16 km na płn. Zachód od Dęblina". Potwierdza to również fakt, stwierdzony przez Stanisława Bobera, że: "Przy jednym z zasobników nie otworzył się spadochron i podczas upadku dolne celki uległy uszkodzeniu". Placówka odbierająca zrzut nosiła kryptonim "Zamek", czego nie podaje St. Bober.
Wiadomość o decyzji przyjęcia zrzutu przekazali łącznicy Komendy Głównej AK z Warszawy Janowi Ptaszkowi ps. "Rzutny". Na miejscu w Pawłowicach pozostał jeden z nich z aparatem radiowym, za pośrednictwem którego miał być odebrany sygnał z Londynu o wystartowaniu samolotu. Ponieważ odbiornik został uszkodzony i nie było możliwości jego naprawy, postanowiono nocami nadawać umówiony sygnał świetlny przez 10 dni. Zrzut nastąpił po 5 - dniowym oczekiwaniu. Jeden ze spadochronów z pojemnikiem z bronią nie otworzył się, co na oczekujących sprawiło wrażenie, że spadła bomba. Znajdujące się w tym pojemniku steny i pistolety "zostały pogięte - jak pisze świadek zrzutu St. Bober - i były niezdolne do użytku". Spadochrony ukryto w błotnistym rowie, a zasobniki w stogu siana na bagnistych łąkach. W pobliżu stogu ustawiono dyskretną wartę, a następnej nocy przewieziono broń w inne miejsce, gdzie ją zabezpieczono. Skoczkowie mieli na sobie pasy z zaszytymi pieniędzmi, które za pokwitowaniem zabezpieczył Komendant rejonu BCH Ludwik Stachowski ps. "Wicher". Wszystkich cichociemnych przetrzymali żołnierze BCH, a następnie odesłali statkiem wiślanym do Warszawy. Natomiast broń przewieziono do Warszawy samochodem, który miał przepustkę po odbiór towaru z Życzyna. Nie wiadomo, co z tego zrzutu otrzymali bechowcy z rejonu Stężyca, którzy zrzut ten odbierali i ochraniali. "Na nasze prośby – pisze Bober - o pozostawienie kilku stenów, pistoletów oraz granatów dla naszej jednostki [łącznik z KG AK] odpowiedział, że ten zrzut jest przeznaczony dla Warszawy. Ale kiedy zobaczył nasze zdziwione miny, odpowiedział, że możemy coś otrzymać, ale dopiero po skontrolowaniu całości zrzutu.
Tej samej nocy z l na 2 października 1942 r. w innym rejonie powiatu, na Miastkowszczyźnie, na polach wsi Gościewicz w pobliżu Woli Miastkowskiej, specjalnie utworzony 15 -osobowy oddział żołnierzy BCH, pod kryptonimem "Bór", dowodzony przez Stefana Waneckiego ps. "Kruk", osłaniany przez placówki z Gościewicza, Brzuskowoli i Filipówki przejął następny zrzut broni, pieniędzy i czterech cichociemnych. Skoczkami, którzy wylądowali na polach Gościewicza byli: - mjr Bronisław Żelkowski ps. "Dąbrowa", - kpt. Adam Borys ps. "Pług", - por. Stanisław Kotorowicz ps. "Krone", - kurier cywilny st. strz. Jan Cegłowski ps. "Konik". Broń została zabezpieczona i odwieziona do specjalisty rusznikarza. Kilkanaście stenów i trochę amunicji oraz środków sanitarnych. Reszta kontenerów została zakopana i po jakichś 2 czy 3 tygodniach przyjechał technik z Warszawy i rozebrał te kontenery na mniejsze paczki". Paczki te na czterech wozach przewieziono nocą nad Wisłę, skąd umówiona motorówka zabrała je do Warszawy.
Następny zrzut odebrali żołnierze BCH, jak wspomina Bolesław Zaręba - "w maju 1943 r. przed Zielonymi Świątkami", w pobliżu wsi Kąty w rejonie Kłoczew. Wieś ta jest zewsząd otoczona lasami, co stwarzało dogodne warunki przeprowadzenia akcji. Zrzut ten - przechowywany początkowo u komendanta BCh rejonu Kłoczew, Kazimierza Głodka ps. "Kącki", zamieszkałego w Kątach - decyzją Komendy Obwodu został zatrzymany przez Oddział odbierający i pozostał w posiadaniu żołnierzy BCH. W związku z tym upozorowano napad i całość zrzutu przewieziono do Bronisława Majka zamieszkałego w Babicach gmina Trojanów i umieszczono w dole wykopanym w stodole. Od Bronisława Majka całość przetransportowano do Henryka Zaręby ps. "Bolszecki", zamieszkałego w Kazimierzanie i również umieszczono w stodole. Jak wspomina Bolesław Zaręba: "Ze zrzutu dozbroił się OS z Sobolewa dowodzony w tym czasie przez Józefa Zawadzkiego ps. "Wilk", potem dużo broni otrzymał oddział partyzancki. Wszystkie steny, amunicję, materiały minerskie, radio otrzymał Ułęż." Broń z tego zrzutu pozostała w rękach BCH mimo, jak pisał K. Przybysz, gróźb ze strony władz AK i straszenia sądem polowym. Piąty zrzut oddział BCH przejął wspólnie z członkami AK w kwietniu 1943 r. - na polach wsi Mariańskie Porzecze w gminie Wilga. Jak ustalił Piotr Sygitowicz; w akcji tej brało udział 40 żołnierzy BCH z rejonu Wilga na czele z komendantem rejonu Wacławem Rybarczykiem ps. "Opora". Jak pisze M. Turek - z tego zrzutu "oddziały BCH otrzymały kilka stenów i jednego brena.*
Opr. Zbigniew Lipski „MM” nr 6/2005

10. Święto Ludowe w warunkach konspiracji

/wspomnienie zdarzenia historycznego/

Tadeusz Piesio w "Historii Ruchu Ludowego w powiecie garwolińskim" 2001 s. Na str. 431-2 a następnie 117-118 odnotował: Jadąc drogą od Paprotni przez Wólkę Paprocką i Mościska w kierunku Woli Życkiej zobaczymy, na skraju drogi, w lesie, po lewej stronie, dwa sąsiadujące ze sobą pamiątkowe kamienie na których wyryto napisy:
1. W tych lasach "Suchy Bór" dnia 28.\/:1944 r. Komenda Batalionów Chłopskich Obwodu Garwolin zorganizowała Święto Ludowe. W 40 rocznicę PRL kamień kładą 10.V1.1984 r. uczestnicy owego święta oraz członkowie ZSL Rejonu Garwolina i Ryk. 2. W tym rejonie nocą 1.10.1942 r. na placówce odbioru "Zamek" oddział żołnierzy Batalionów Chłopskich pod dowództwem sierżanta Jana Ptaszka ps. "Rzutny" przyjął aliancki zrzut lotniczy broni oraz cichociemnych w ekipie XIV por. Władysław Klimowicz ps. "Tama"; ppor. Ryszard Kowalski ps. "Benga"; ppor. Ewaryst Jakubowski ps. "Brat"; ppor. Marian Gołębiewski ps. "Ster"; ppor. Stanisław Jagielski ps. "Gacek"; ppor. Jan Poznański ps. Pływak". Zrzut w operacji "GIMLET" wykonała polska załoga "Halifaxa" W 7774 "T" w składzie: Stanisław Król; Franciszek Sobkowiak; Kazimierz Szrajer; Walenty Wasilewski; Rudolf Mol; Jerzy Sołtysiak; Janusz Barcz. Życzyn 1.10.2004 r.
Tablice przypominają podróżnym o wydarzeniach, które w tym miejscu miały miejsce przed 60 z okładem latami. Aby dowiedzieć się o nich czegoś więcej, trzeba sięgnąć do opracowania Tadeusza Piesio pt. "Konspiracyjny ruch ludowy w powiecie garwolińskim 1939-1945" wydaną w 1999 r. czytamy tam: W miarę wzrostu liczebności i siły podziemia zdobywano się na otwarte manifestacje i obchody świąt i rocznic narodowych i ludowych. W dniu 3 maja 1944 r. oddział partyzancki BCH wspólnie z oddziałami AK "Orlika" i "Zagończyka" wziął udział w uroczystej Mszy św. w Piotrówku w gminie Trojanów. W tym też roku Komenda Obwodu BCH podjęła decyzję urządzenia Święta Ludowego. Na miejsce tej uroczystości wybrano leśną polanę Suchy Bór koło Stasina w gminie Stężyca. Nocą z 27 na 28 maja ściągnęło z całego powiatu około 1000 żołnierzy BCH, członkiń LZK i działaczy ludowych. Marian Turek wspomina, że prowadził grupę około 100 osób z gmin Wola Rębkowska i Parysów, we wsi Dąbrowa dołączyli bechowcy z gmin powiślańskich. "Z okolic Borowia przywiózł ludzi Władysław Baran, z Miastkowszczyzny Kazimierz Paryszek ps. "Wolski", z terenu Górzna - Stefan Gałkowski ps. "Leśny", z rejonu Żelechowa liczną grupę przywiódł Jan Boratyński ps." Anielski", poza tym szli ludzie od Ułęża, Kłoczewa, Ryk, Trojanowa. Szli pojedynczo i gromadnie, w zespołach". Inny uczestnik tego święta, Jan Jeżewski "Zagrodny" wspomina, że z rejonu Ryki: - "Wyjazd nastąpił w przeddzień, wieczorem na trzech parokonnych wozach z rejonu gospodarstwa Zarębów.
Po przyjeździe na miejsce następnego dnia z rana byłem pełen nieopisanego podziwu, że w warunkach okupacji mogło zgromadzić się tak wielu ludzi. Wypada tu nadmienić, że podniosłej uroczystości nie zakłóciły żadne przypadki - teren był dobrze ubezpieczony przez pododdziały BCH". Komendę Główną BCH reprezentowała Barbara Poniatowska "Grażyna", a Komendę Okręgu II Warszawskiego komendant mjr Tadeusz llczuk "Wilkowski", w asyście adiutanta Stanisława Serzyski ps. "Kordian". Uroczystość rozpoczęto raportem i przemówieniem komendanta obwodu kpt. Władysława Bąbika ps. "Zgrzebny", Po odśpiewaniu hymnu narodowego, modlitwy partyzanckiego apelu poległych, przemówienia wygłosili: delegat Komendy Głównej BCH Barbara Poniatowska "Grażyna" i komendant Okręgu Tadeusz llczuk "Wilkowski" , Program obchodów uświetniły śpiewy, deklamacje i recytacje w wykonaniu oddziałów i członków BCH.
Uroczystości zakończyła defilada, którą prowadził komendant podobwodu Ryki kpt. Jan Bichta "Ułański". Według raportu, jaki złożył komendant obwodu kpt. Władysław Bąbik, w defiladzie uczestniczyło 482 żołnierzy Batalionów Chłopskich. Dane takie podał na 40-lecie tej uroczystości Marian Turek, powołując się również na konspiracyjne pismo ruchu ludowego "Żywią i bronią" z 15 czerwca 1944 r. Natomiast członek Komendy Okręgu II Hieronim Ligocki "Leszek" w 1946 r. pisał, że: "887 żołnierzy BCH stanęło z bronią do defilady". Jak wspomina były komendant Obwodu kpt. Władysław Bąbik "Zgrzebny", defiladę otwierał pododdział konny. Zadbano również o wyżywienie uczestników. Jak pisze Stanisław Bober: "Kol. Ptaszek Jan "Rzutny", zastępca komendanta rejonu w Pawłowicach, był odpowiedzialny za wyżywienie żołnierzy w tym dniu. Nasza Spółdzielnia zakupiła trzy sztuki świń i cielaków na kiełbasy i wędzonki". Nad przebiegiem święta, jak już wspomniano czuwały uzbrojone posterunki i patrole żołnierzy BCH kierowane przez poruczników Edwarda Popiołka ps. "Konrad" i Bronisława Wieigomasa ps. "Czamara".
Uroczystość ta była niezapomnianym przeżyciem dla jej uczestników. Kazimierz Paryszek pisze w swych wspomnieniach: "Piosenki partyzanckie śpiewane przez chłopców z oddziału leśnego Zygmunta Golańskiego "Boruty" zasłaniały oczy mgłą.
Wiersze deklamowane przez dziewczęta z LZK i Zielonego Krzyża chwytały za serce i budziły nadzieje na nadejście upragnionej wolności. (...) Wszyscy wracali do swych rejonów zadowoleni, a jednocześnie uzbrojeni w nienawiść do wroga i bardziej zmobilizowani do dalszej walki. Na twarzach nie czuć było zmęczenia, a echo piosenek towarzyszyło im jeszcze długo i daleko od Suchego Boru". W drodze powrotnej zdarzył się przykry wypadek: jeden z żołnierzy z Oddziału Specjalnego z Wilgi, którego nazwiska nie podają dostępne relacje, postrzelił się z pistoletu w nogę. Marian Turek z Janiną Turkówną - Gniadek odwieźli go do szpitala powiatowego w Garwolinie, gdzie - jak pisze Turek - "dr Soszka amputował nogę, nie było już innego wyjścia, kość goleniowa była strzaskana pociskiem". opr. Zbigniew Lipski „MR” nr 5/2005

12. Prawda jest jak oliwa

/wspomina Zofia Gągała/

Pani Zofia Gągała o swoim procesie z 15.01.1947 r. mówi oszczędnie. Kto jeszcze tym się interesuje? - wtrąca. Ale nie wzbrania się, gdy pytam o pierwszy kontakt z AK i jego następstwa. Opowiada:
W roku 1940 nasilił się terror okupanta niemieckiego. Nakładane są wysokie kontyngenty, z których gospodarze nie są w stanie się wywiązać. Wielu z nich jest bez środków do życia. Niemcy przeprowadzają szczegółowe rewizje, zabierając znalezione produkty rolne i nie tylko. Jednego razu i u nas przeszukują budynki i całe obejście gospodarcze, a ponieważ nic nie znajdują, wyciągają ojca z łóżka, wloką do stodoły i bardzo biją. Ojciec w tym czasie był chory na białaczkę. Ja jako młoda dziewczyna widzę to wszystko i jestem wstrząśnięta. Wydarzenie to w istotny sposób przyczyniło się do mojej decyzji o podjęciu działalności i walki z najeźdźcą narodu polskiego. Po pewnym czasie przyszli do naszego domu partyzanci z AK z prośbą o kwaterę. Byli to moi koledzy ze szkolnych lat. Postanowiłam im pomóc i włączyć się w ich działalność, która poprzez akcje sabotażowo - dywersyjne miała na celu zwalczanie okupanta i ochronę wsi przed grabieżą.
Gdy zakończyła się wojna z Niemcami, liczyliśmy na koniec konspiracji, że AK-owcy wrócą do swoich domów i rozpoczną spokojne życie. Niestety, jeden wróg odszedł, ale drugi przyszedł. Ci członkowie AK, którzy pierwsi się ujawnili, szybko znikali z domów i otoczenia - za to tylko, że byli żołnierzami Armii Krajowej. Na naszym terenie aresztowano ich dziesiątki, wywieziono na Sybir. wielu więziono. Wszyscy za przynależność i pomoc Armii Krajowej byli ścigani i prześladowani. Miałam nadzieję, że uda mi się przetrwać do czasu, gdy skończą się prześladowania i represje AK-wców. Miałam wielu przyjaciół, kolegów, znajomych, wydawało się, że pomogą mi. Niestety wszędzie znajdują się zdrajcy. Okazało się, że jeden z grupy AK-wców był zwykłym szpiclem na usługach UB. To "Wulkan", najpierw przychodził razem z partyzantami na kwaterę, a później przyjechał razem z plutonem egzekucyjnym UB i aresztował mnie i tych, którzy byli sądzeni 15.1.1947 r." 19.12.1946 r., przewieziona na posterunek MO w Rykach (dzisiaj budynek SANEPiD-u), nie była poddawana żadnemu śledztwu. - Wsadzili gazetę w zęby, kazali się kłaść i bili. Okropnie bili. Żadnych pytań, wyjaśnień, za co, po co, dlaczego - nic tylko bili. Siedziała w betonowej piwnicy UB w Garwolinie, bez łóżka, stołka, niczego. Z Jadzią Tomalską, Heleną Cąkałową, Paplińską, Stefcią (nie przypomina sobie nazwiska). Nigdy się nie przyznawała, że była łączniczką. Mimo to w sentencji wyroku z ww. procesu czytamy: "Zofia Gągałówna na podstawie art. 16§ 1 mkk(skazana) na 10 lat więzienia oraz utratę praw publicznych i obywatelskich praw honorowych na 5 lat za to, że "od lipca 1945 r. do 18.12.1946 r. udzielała wielokrotnie swego mieszkania członkom nielegalnej organizacji "WiN" oraz w tym samym okresie przyjmowała i wydawała łącznikowi nielegalną korespondencję organizacyjną, po czym czynność tę spełniała wielokrotnie". Ten wyrok zaskarżył dopiero 11.12.1990 r. Minister Sprawiedliwości RP zarzucając Wojskowemu Sądowi Rejonowemu w Warszawie "błąd w ustaleniach faktycznych przyjętych za podstawę wyroku przez oparcie przekonania o winie oskarżonych na ich niepełnych i ogólnikowych wyjaśnieniach bez sprawdzania zawartych w tych wyjaśnieniach okolicznościach (wnosząc) o zmianę zaskarżonego wyroku i uniewinnienie Władysława Warownego, Jana Filipka, Adama Zdrojewskiego, Stefana Kamarka, Stanisława Madonia, Arkadiusza Olka, Zofii Gągałówny, Jadwigi Narajczyk i Kazimierza Filipka od stawianych im zarzutów." W uzasadnieniu wniosku Minister napisał m.in. "...postępowanie przygotowawcze jak i sądowe a następnie orzeczenie Wojskowego Sądu Rejonowego zawierają tego rodzaju braki i uchybienia, że wyrok nie może się ostać. Materiał dowodowy opierał się wyłącznie na wyjaśnieniach oskarżonych, przy czym protokoły przesłuchania zarówno ze śledztwa, jak i rozprawy są skrótowe, nie znajdują się w nich prawie żadne szczegóły zdarzeń do których oskarżeni się przyznawali, nadto zawierają szereg nie wyjaśnionych sprzeczności..." Następują dalej trzy strony wyjaśnień potwierdzających w.w. tezę.
Sąd Wojewódzki w Lublinie w dniu 24.09.1993 r. postanowił "stwierdzić nieważność wyroku byłego Wojskowego Sądu Rejonowego w Warszawie na sesji wyjazdowej w Rykach..." uzasadniając już krótko: "Wniosek jest zasadny. Jak wynika z akt sprawy i dowodów w nich zebranych osoby wymienione w sentencji postanowienia skazane zostały za czyny związane z działalnością na rzecz niepodległego bytu Państwa Polskiego, a mianowicie za walkę zbrojną - wraz ze wszystkimi jej konsekwencjami - w ramach związku 'Wolność i Niezawisłość". Spełniona została przesłanka uznania wymienionego wyroku za nieważny, określona wart. 1 ust. 1 z dnia 23 lutego 1991 r. Mając powyższe na uwadze Sąd Wojewódzki stwierdził nieważność orzeczenia, co jest równoznaczne z uniewinnieniem od przypisanych w nim przestępstw."
Pani Zofia wyjaśnia dodatkowo niektóre okoliczności sprawy ze stycznia 1947 r. i wykonania wyroku na kolegach. Pragnie aby czytelnik nie zapomniał, że pomimo jej obecnej relacji we wspominanej tragedii uczestniczyło 9 osób. Mówi: "Odnośnie np. Władysława Warownego - pomimo okrutnego śledztwa nie udowodniono mu zabójstwa, a jednak dano mu karę śmierci i natychmiast wykonano. Druga osoba sądzona to "Kamarek". Rok czasu nie należał już do organizacji AK, założył rodzinę, a tylko za to, że uczestniczył w uwalnianiu kolegów z aresztu, też osądzono go na karę śmierci. Ostatnie pożegnanie z kolegami wtedy sądzonymi rozpoczęło się ostrzeżeniem prowadzącego egzekucję, który rozkazał nam pozostającym w celi, aby nie wyglądać oknem, bo za chwilę odbędzie się egzekucja. Po chwili usłyszeliśmy strzały i jęki konających. – Czy trzeba było aż tylu ofiar i bratobójczych walk aby utrwalić władzę ludową?
Nie chcę oskarżać, ale chcę przekazać historii prawdę o procesie, w którym byłam sądzona wraz z kolegami. Wszyscy bardzo młodzi ginęli, bo nie byliśmy sprzymierzeńcami okupanta narodu polskiego, nie płakały oczy, ale serce krwawiło krwią męczeńską - krwią prawdziwego Polaka. Tak cierpiał kraj, naród, całe rodziny." Moja rozmówczyni ma za sobą 5 lat ciężkiego więzienia (5 lat zdjęto jej na podstawie amnestii z 5.02.1947 r.).
W śledztwie i w więzieniu straciła zdrowie. Leżenie i spanie na betonowej podłodze w aresztanckiej celi UB, później więzienia na 11 listopada w Warszawie a od października 1947 w Fordonie, gdzie na przykład w okresie zimy przepalano najwyżej 2 razy na tydzień, gdzie leżeć na pryczy wolno było tylko w nocy, stołek był jeden na kilka więźniarek, okno zakratowane i przesłonięte blachą, żadnej książki, kartki, rozrywki - nic. Tępe patrzenie w ścianę, zdawkowa rozmowa ze współwięźniarkami, 15-minutowy spacer, niekiedy ukradkowe oglądanie ze stołka - gdy zezwoliła na to, łamiąc regulamin oddziałowa – kawałka nieba symbolizującego świat zewnętrzny, który żył zdawałoby się szczęśliwym wolnym życiem. I tęsknota. Straszna tęsknota za domem, rodziną, wsią, przyjaciółmi. Część kary odbywała z Jadzią Tomalską.
W więzieniu już nie było bicia. Przygnębiały prymitywne warunki, wolno sączący się czas, orzeźwiała nadzieja, że może przetrzymam, jestem młoda, wyjdę stąd. Dzisiaj, z perspektywy czasu, tchnie od niej optymizm. Nie poddaje się przeciwnościom losu. Ma też przesłanie do młodych. "Pomimo 5 lat, które spędziłam w więzieniu, najpiękniejszych młodzieńczych lat, pomimo że postradałam radość życia, szanse nauki i zdrowie, pomimo że byłam traktowana jak obywatel trzeciej kategorii, to nigdy nie traciłam nadziei, że prawda ujrzy światło dzienne. Przez pół wieku żołnierze Armii Krajowej nosili piętno bandytów i czarnej reakcji, czego i ja osobiście doświadczyłam. Dziś, gdy już szron przysypał moje skronie, zdjęto ze mnie zarzut winy. Przemiana, która zaszła w 1989 r. zdjęła z żołnierzy AK piętno "reakcyjnych bandytów". Wszyscy żołnierze AK otrzymali legitymację, w której są słowa przysięgi: Bóg - Honor - Ojczyzna, składane konspiracyjnie w latach 40-tych, ale jak uroczyście - skoro utkwiły głęboko w sercu do dziś. .
Mimo poniesionej ofiary młodego wieku przetrwałam w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku wobec ojczyzny. Nie poddałam się wpływom obcej propagandy. Pragnę, aby młodzież wychowywana była w duchu patriotyzmu z hasłem "Miłości - Boga - Honoru i Ojczyzny."
Opr.: Zbigniew Lipski „MR” nr 4/1995

12. Tragiczne echo lat wojny domowej

/wspomina Henryka Warowna/

Zbierając informacje dotyczące procesu doraźnego z 1947 r. (patrz: MR Nr 1) nie mogłem ominąć p. Henryki Warownej z d. Łagowskiej. Jej mąż Stanisław szczęśliwie uniknął aresztowania w jesieni 1946 podobnie jak ona sama. Oboje byli przecież członkami ZWZ - AK. Pani Henryka ps. "Kuczabska" - łączniczka odznaczona później Krzyżem AK zdołała uniknąć losu Zofii Gągalowej czy Jadwigi Narajczyk (Tomalskiej). Samotnie wychowywała córkę Lidię, przepracowała swoje lata.
Dziś jest emerytką i kombatantką. Niestety i ona doświadczyła przeżyć, które mrożą krew w żyłach gdy opowiada o ostatnich godzinach życia swojego męża w maju 1947 r. Wróćmy jednak do okresu międzywojennego, by wywołać refleksje w stylu Teodora Parnickiego - co by było gdyby los inaczej pokierował wydarzeniami lat 1939-1947.
Stanisław Warowny ur. 1.Vl.1912 r. po ukończeniu szkoły handlowej i odbyciu służby wojskowej pracował w Spółdzielni "Społem" w Rykach. W roku 1937 przeniósł się do Warszawy na lotnisko Okęcie gdzie zatrudniony został w charakterze pracownika cywilnego. Był dobrym lekkoatletą. Należał do klubu "Warszawianka". Przygotowywał się do udziału w olimpiadzie 1940 roku. Jak Janusz Kusociński i Marynowski, z którymi biegał i trenował. Wśród jego sportowych trofeów, które uniknęły rozproszenia z dużym zainteresowaniem oglądam dyplomy (3) i medale (9) za zwycięstwa np. w 1934 r. na 800 m w czasie 2 min. 22 sek. w zawodach lekkoatletycznych z okazji 15 lecia 41 p.p. im. Marszałka J. Piłsudskiego (suwalskiego), 1937 - w dorocznym biegu na przełaj dookoła Twierdzy w Dęblinie (3.V.), 1938 - w II biegu sztafetowym Polskiego Radia Raszyn - Warszawa (24.N.), na Mistrzostwach SPL i biegach organizowanych przez WKS Dęblin (3 x 1 miejsca), w 1939 r. w biegu okrężnym WKS Dęblin.
W czasie nalotu niemieckiego na Okęcie zostaje ranny i wraca do domu w Dąbi Nowej. Komisja Historyczno-Weryfikacyjna byłych żołnierzy Armii Krajowej zaliczyła mu służbę w konspiracji ZWZ-AK od 1940 - VII - 1944 a od 1943 do IV.1947 w Oddziale Piechoty "Orlika" ze stopniem chorąży, odznaczonego Krzyżem Walecznych, Brązowym Krzyżem Zasługi z Mieczami, Krzyżem AK i Medalami Wojska po raz 1-2-3-4. Nie był więc postacią przeciętną z ulicy. Miał swoje pasje i zainteresowania przed wojną. Gdy padły pierwsze bomby przelał krew, później służył jak umiał sprawie niepodległości Polski. Swoje losy związał ze Związkiem Walki Zbrojnej przekształconym 14.11.1942 r. w Armię Krajową. Uczestniczył w wielu akcjach oddziału Orlika, przeprowadzanych na terenie jego działania (patrz praca Ireneusza Cabana "Oddziały Partyzanckie AK 15 PP "Wilków" - str. 37-55). Był przez pewien czas kwatermistrzem oddziału. Przechowywał broń, organizował kwatery dla rannych żołnierzy. W czasie akcji "Burza" awansowany wstał do stopnia sierżanta i odznaczony Krzyżem Walecznych. Uczestniczył w akcji zabezpieczania składów amunicji w Stawach, zajmował się udzielaniem pomocy rannym żołnierzom radzieckim. Był obok swojego dowódcy por. Mariana Bernaciaka gdy ten dn. 26.VIl1944 zajął opuszczone przez Niemców Ryki.
Ale już 4.IX.1944 musiał uciekać przed próbującymi go aresztować NKWD-zistami na ulicy Kanałowej. Przytomność umysłu p. Marii Wojtaś, która odwróciła uwagę ścigających, dała szansę zbiec. W sierpniu 1945 wobec dalszego ukrywania się braci Władysława i Stanisława, aresztowano ich rodziców i brata Henryka jako zakładników. Żona Stanisława - Henryka z 4-miesięczną córeczką zdołała się ukryć wśród życzliwych ludzi i przetrwała.
Władysław Warowny p.s. "Dąb" aresztowany 20.XII.1946 stanął w pamiętnym procesie dziewięciorga - 15.1.1947 r. i został skazany na karę śmierci.
Rehabilitowany jak wszyscy z tego procesu 24. IX. 1993 r. Stanisław uniknął wtedy aresztowania, dotrwał do amnestii 5.11.1947 r. i wraz z całym oddziałem żołnierzy WiN-u pod dowództwem Wacława Kuchnio ps. "Spokojny" ujawnił się wiosną w Urzędzie Bezpieczeństwa w Garwolinie. Wielokrotne przypadki aresztowania byłych żołnierzy AK po fakcie niestety tylko rzekomego "przebaczenia i zapomnienia win decyzją amnestii" wskazywały, że nie można czuć się bezpiecznym na tym terenie. Dlatego podobnie jak wielu jego kolegów wyjechał z żoną na Ziemie Odzyskane do Bielawy pow. Dzierżoniów. Pragnął jednak bardzo wykonać ostatnią posługę względem poległego brata i jego trzech kolegów. Czynił więc starania aby uzyskać zezwolenie na ekshumację zwłok i złożenie ich na miejscowym cmentarzu. Niestety, Urząd Bezpieczeństwa i MO miały w tej sprawie zupełnie inne plany. Zwodzono go jednak aż do tragicznego dnia 21.V.1947 r.
Pani Henryka dotarła później do świadków tego morderstwa. (Rolnik, pielęgniarka, ksiądz). Jej relacja wydaje się w tym miejscu najbardziej wiarygodna. W tym nieszczęsnym dniu mąż również przyjechał z Bielawy. Zgłosił się na posterunek MO w Rykach. Dostał odpowiedź, że pozwolenie na wydobycie zwłok jest już załatwione pozytywnie, lecz musi się zgłosić do urzędu w Warszawie. Mąż postanowił jak najszybciej tam pojechać. Skorzystał z zaproponowanej "bagażówki" taxi warszawskiej, którą dysponował mieszkaniec Ryk Klemens Wielgosz. W dniu 21.V.1947 r. około południa wyruszyli w drogę do Warszawy. Na l0-tym kilometrze od Ryk w Żabiance czekali funkcjonariusze Urzędu Bezpieczeństwa ubrani po cywilnemu. Po wylegitymowaniu jadących autem oświadczyli, że wszyscy muszą pojechać na posterunek MO w Trojanowie. Tamtejszy Komendant MO Wacław Ożóg po sprawdzeniu dokumentów, mojego męża zwolnił. Powiedział, że jest wszystko w porządku i jest wolny. Mąż po wyjściu z posterunku MO w Trojanowie udał się pieszo do szosy warszawskiej, gdzie obok szkoły czekał na okazyjny pojazd. W krótkim czasie ujrzał auto jadące od Trojanowa, to którym tu przyjechał. Był przekonany, że Wielgosz również został zwolniony z posterunku i jedzie do Warszawy. Co się okazało! Bagażówka zatrzymała się w odległości kilkunastu metrów od stojącego na poboczu szosy mojego męża. Wyskoczył z niej funkcjonariusz UB i wystrzelił serię kul z karabinu w stronę Stasia. Mąż został ciężko raniony w podbrzusze. Natychmiast podbiegł rolnik z pola, który widział to zajście i chciał udzielić pomocy rannemu. Podbiegł również strzelający funkcjonariusz. Nie pozwolił udzielić pomocy rolnikowi, uderzając go kolbą karabinu. Mojego męża broczącego krwią wepchnął do samochodu i odjechali do Garwolina. W Garwolinie przetrzymano Stasia na posterunku UB od 14-ej do 21-ej bez pomocy sanitarnej. W stanie bardzo ciężkim, przewieziono męża do szpitala w Garwolinie. O 2.00 w nocy 22.V.1947 r. Stanisław Warowny na skutek postrzału i upływu krwi zmarł śmiercią męczeńską". Zamierzenie, którego realizację uniemożliwiono Stanisławowi, wykonali koledzy jeszcze tego samego lata.
Na pamiątkowy krzyż z okolicznościową tablicą upamiętniającą ich męczeńską śmierć trzeba było czekać do roku 1991. 20. VI..1991 r. p. Henryka Warowna złożyła do Ministerstwa Sprawiedliwości wniosek "O wznowienie postępowania na rzecz uznania za bezprawne zabicie Stanisława Warownego s. Wojciecha i Franciszki z Dąbi Nowej - żołnierza Armii Krajowej". Dochodzenie trwa. Mamy nadzieję, że przygotowywana ustawa przywróci dobrą pamięć o żołnierzu AK-WiN, który oddał życie wtedy, gdy zginąć w ten sposób nie powinien. Jak wynika ze wspomnień p. .Henryki nie żyją już świadkowie tego zabójstwa, nie żyje też zabójca, wymieniony we wniosku do MS. Nie chodzi tu o wymierzanie kary komukolwiek. Chodzi o imponderabilia tj. nazwanie rzeczy po imieniu i przyznanie, że tak czynić nie wolno - było, jest i będzie.
Opr. Zbigniew Lipski „MR” nr 5/1995

13. Zarejestrowane w pamięci

/ wspomnienia Edmunda Dolińskiego/

Rok 1939
Rok wybuchu II wojny światowej. I kwartał gwarancje angielskie i francuskie dla Polski oraz rozpisanie Pożyczki Obrony Przeciwlotniczej Polski (nie jestem pewny czy taką nazwę nosiła) - skierowano uwagę mieszkańców na sprawy wojny i pokoju. Społeczeństwo zaczęło więcej interesować się wojną i polityką. Przystąpiono do prac związanych z obroną kraju – natychmiast przerwano inwestycje typu gospodarczo-militarnego.
Z Ryk zatrudniono wszystkich cieśli przy budowie mostu drewnianego przez Wisłę w Maciejowicach. Drogowcy w szybkim tempie zaczęli budować drogę twardą z Ryk do Staw. Więcej uwagi zwrócono na wojsko, które w ostatnich kilku latach zostało zaopatrzone w nowe środki bojowe, ale w stosunku do armii niemieckiej było to o wiele za mało.
Wykształciło się wielu młodych oficerów zawodowych i rezerwy. Wyszkolenie podoficerów i szeregowych było bardzo dobre. Ujemną stroną wojska była duża ilość wyszkolonych żołnierzy obcych narodowości szczególnie wrogich Polsce Niemców i Ukraińców
Z Ryk i okolicy wykształcono 4 oficerów zawodowych: Bolesław Celiński, Henryk Piątkowski, Robert Wojtaś i Zieliński syn Andrzeja, kierownika Szkoły Powszechnej w Swatach. Oficerów rezerwy było więcej - pamiętam Tadeusza Skorupko z majątku Zalesie, Eugeniusza Bernaciaka, Mieczysława Skalskiego i Zygmunta Marcinka. Pozostałych nie pamiętam. Poborowi z miasta i gminy Ryki odbywali służbę najczęściej:
- piechota: w 15 pp. Wilków w Dęblinie i w 84 pp. w Pińsku
- artyleria: w 28 pal. w Zajezierzu lub 11 Dyw. Art. pIlot w Stężycy
- kawaleria: wIp. strz. konnych w Garwolinie lub 21 p. uł. w Równem
- saperzy: w 2 bat. saperów w Puławach
-lotnicy: w Dęblinie lub 3 p. lotn. w Poznaniu
- łączność: w komp. łączno 28 Dyw. Piech. w Dęblinie
- marynarze w Gdyni lub Flotylli Rzecznej w Pińsku

Prowadziłem przez kilka łat referat wojskowy w Urzędzie Gminy, odbyłem czynną służbę wojskową, brałem udział w działaniach wojennych we wrześniu i nie mogę zrozumieć stosunku obecnej młodzieży do wojska. Dawniej chłopak jak nie dostał kat. A - uprawniającej do służby wojskowej to i płakał, złościł się i martwił się tym co powiedzą dziewczyny, że jest niezdatny do wojska. Nawet wśród poborowych Żydów - niechętnych do odbycia służby wojskowej - do 50% poborowych otrzymywało kat. A i szło do wojska. Oprócz spełnienia obowiązku wojskowego duża część traktowała służbę wojskową jako męską przygodę, szkołę hartu. Dziś młodzi chłopcy boją się wojska jak diabeł święconej wody. W dniu 23 VIII 1939 r. Polskie Radio podało wiadomość o podpisaniu Paktu Ribbentrop - Mołotow.
W dniu 24 VIII 1939 r. przed wschodem słońca wezwano mnie do biura i tam wręczono plik kart powołania rezerwistów z terminem - natychmiast. Było ich około 300. Przeglądając je, stwierdziłem własne nazwisko - na polecenie szefa przekazałem całość swemu koledze a sam poszedłem do domu i po śniadaniu pojechałem autobusem do Dęblina i zgłosiłem się do Kompanii Łączności 28 Dywizji Piechoty. Po zajęciu Ryk przez Niemców zaczęła się okupacja. W Domu Strażaka kwaterowała kompania piechoty. W październiku otrzymaliśmy w biurze zawiadomienie, że Ludwik Olędzki, właściciel kaflarni w Rososzy został rozstrzelany z wyroku sądu wojskowego za posiadanie broni. Była to pierwsza ofiara cywilna. Zginął z powodu przypuszczalnego donosu. Do domów powróciło wielu żołnierzy, którzy ocaleli w bitwach i nie zostali wzięci do niewoli. Zarząd Gminy z własnych funduszy wypłacał zasiłki rodzicom żołnierzy, którzy zginęli albo dostali się do niewoli. Na wiosnę 1940 r. władze niemieckie zabroniły wypłaty tych zasiłków. Zarząd Gminy poprosił kierownika Spółdzielni Spożywców Piotra Rodaka, który powiadomił Zarząd, że budynki spółdzielni częściowo uległy spaleniu - ale magazyny artykułów spożywczych ocalały. Podał nam również wysokość zapasów mąki, tłuszczu w postaci słoniny cukru i innych. Zarząd Gminy wspólnie z Piotrem Rodakiem ustalił, by rozprzedać te zapasy ludności po cenach niższych niż wolnorynkowe. Sprzedaż tych towarów na listy obejmowała głównie rodziny powołanych do wojska, pogorzelców, pracowników administracji publicznej, którzy nie otrzymywali poborów, ludzi biednych. Sprzedaż wpłynęła hamująco na wzrost cen tych towarów i co najważniejsze zasiliła na pewien czas biedniejszą część społeczeństwa, Trzeba tu wspomnieć, że ceny znacznie podskoczyły. Chleb, cukier, mięso i tłuszcze już w październiku podskoczyły pięciokrotnie.
W pierwszej połowie grudnia do Ryk przyjechała pierwsza grupa wysiedlonych z Poznańskiego z Krotoszyna i jego powiatu. Trudne sprawy zakwaterowania w spalonym mieście oraz załatwienie dla bardziej potrzebujących pracy lub zasiłków pieniężnych zostało załatwione - mieszkania otrzymali wszyscy w dniu przyjazdu, pracę w najbliższych dniach. W końcu m-ca grudnia obserwowałem wyjazd żołnierzy niemieckich na urlop świąteczny. Każdy z nich niósł w tornistrach, chlebakach lub w paczkach, słoninę, gęsi, kury, masło i inne artykuły. Mieli dobre święta, bardziej zasobne jak przed wojną.
W styczniu 1940 r. bardzo mroźnym rozpoczęła się zbiórka zboża siewnego dla rolników - pogorzelców Ryk i sąsiednich wiosek. Z powodu braku magazynów zbieraliśmy od rolników i majątków deklaracje ile i jakiego zboża dostarczą w marcu. Autor tych wspomnień z rejentem Walerianem Karasińskim, byłym wicewojewodą lubelskim, objeżdżał bryczką majątki w gminie Ułęż i tam otrzymaliśmy spore ilości żyta, pszenicy, owsa i jęczmienia. Zwózka zboża rozpoczęła się w m-cu marcu, gdy wojsko niemieckie wyjechało do Rzeszy. Z początkiem kwietnia rozpoczął się rozdział zboża między rolników - pogorzelców. W miesiącu maju 1940 r. pierwsze łapanki do pracy w Niemczech. W miesiącach letnich Zarząd Gminy rozpoczął budowę biurowca i budynku aresztu gminnego wraz z mieszkaniem dla dozorcy. W jesieni oddano do użytku mieszkanie dozorcy i areszt, a 5 grudnia piętrowy budynek biurowy i mieszkanie sekretarza. Przez całą zimę 1940/41 ze ścian się lało.
Na wiosnę 1940 r. w uruchomionej poczcie pracownicy wyławiali listy - donosy, adresowane do żandarmerii i innych. Część ludności o niskiej moralności i poczuciu narodowym donosiła, że ten i ten sąsiad hoduje nieokolczykowaną świnię lub cielaka, albo coś tam złego powiedział o władzy niemieckiej. Pracownicy poczty listy zatrzymywali, inne niszczyli. Po krótkim czasie autorzy tych listów przekonali się, że ręka niemiecka jest bardzo silna i twarda, że uderza wszystkich Polaków i ich ilość znacznie się zmniejszyła, a później zanikła.
W lipcu 1940 r. zostałem członkiem komisji, która na polecenia Kreishauptmana w Puławach miała oszacować straty w plonach poczynione przez oddziały wojskowe, budujące umocnienia na polach wsi Swaty, kol. Julin i wsi Sierskowola. Po przyjeździe na miejsca robót stwierdziliśmy, że wszystkie bunkry, punkty umocnione i rowy przeciwczołgowe są skierowane na obronę od strony wschodniej. Bardzo nas to zdziwiło, że Niemcy przygotowują się do walki ze Związkiem Radzieckim mimo podpisania Paktu Ribbentrop - Mołotow. Jednak była to zmarnowana praca, gdyż w 1944 r. Niemcy odstąpiły te tereny bez walki. Mieszkańcy sąsiednich miejscowości donoszą, że przygotowywane są lotniska pomocnicze wokół lotniska w Dęblinie.
W grudniu 1940 r. w obozie koncentracyjnym w Oświęcimiu zmarli jako jedni z pierwszych, aresztowani we wrześniu Walerian Karasiński, notariusz i Andrzej Zieliński, kierownik Szkoły Powszechnej w Swatach.
Rok 1941
Coraz silniejszy nacisk władz niemieckich wobec ludności polskiej i żydowskiej. Polega on na zamknięciu Żydów w getcie, coraz większe wymiary i ściąganie kontyngentów, coraz cięższe są warunki dla wsi przy wywózce drzewa z lasów. W lutym 1941 roku sprowadziła się do Ryk niemiecka firma „Schalinger" z Wiednia. Urząd Gminy musiał dla niej wyznaczyć kilka mieszkań pożydowskich na biura i mieszkania. Firma miała zadanie poprawić nawierzchnię i wzmocnić mosty i przepusty na drogach Radzyń Podlaski - Dęblin i Ryki - Warszawa. Od kwietnia zaczyna się zwiększać ilość oddziałów niemieckich przygotowujących się do agresji na Związek Radziecki. Ilość wojsk niemieckich znacznie wzrasta po rozgromieniu Jugosławii i Grecji.
22.06.1941 - niedziela. Atak Niemiecki na Związek Radziecki. O rannym przedświcie budzi mnie szum samolotów, krążących w powietrzu, startujących z lotniska w Dęblinie i pomocniczych oraz z Radomia. Jedne już uformowane w eskadry inne się formują i kierują na wschód. Było tych samolotów około 400, większość bombowce, część myśliwców.
Szybkie postępy armii niemieckiej spowodowały niepokój wśród mieszkańców, gdyż groziło to dłuższą niewolą z jej następstwami. Dopiero przełomowe zwycięstwo Armii Czerwonej pod Stalingradem i odwrót armii niemieckiej podniosły nas na duchu.
W latach 1942-44 rozpoczęły swą działalność oddziały podziemia – głównie Armii Krajowej, Armii Ludowej i BCH. Które niszcząc tory i transporty wojskowe przyczyniały się do zwycięstwa aliantów. W roku 1943 dochodzą pierwsze wiadomości o losie polskich oficerów. zamordowanych w Katyniu. Jedni (większość) wierzą, że dokonało tego NKWD - inni mówiąc o mordowaniu Polaków w więzieniach, obozach koncentracyjnych i publicznych egzekucjach w całym kraju wyrażają przypuszczenie, że mogli to zrobić Niemcy. Jeszcze gorzej, że powstaje rozdźwięk w organizacjach podziemnych, w wyniku których są pierwsze ofiary walk bratobójczych. Dowiadujemy się również o powstaniu w ZSRR Pierwszej Dywizji WP im. Tadeusza Kościuszki i o poprawie losu Polaków w ZSRR. W lipcu 1943 roku wskutek głupiego zakładu wpada w ręce Schutzpolizei jeden z mieszkańców Ryk wraz z plikiem ulotek. Mimo dwukrotnej w tym dniu ucieczki został ostatecznie zatrzymany i tego samego dnia zabrany przez Gestapo. Wydał wielu członków niepodległościowych organizacji. niektórzy zostali aresztowani, innych Gestapo nie złapało. Od tego roku nie było spokoju w Rykach. W jesieni Niemcy aresztowali grupę członków Armii Krajowej. Spośród mieszkańców Ryk i okolicy kilka osób poszło na współpracę z Niemcami.
Pierwszym był mistrz kominiarski Konstanty Pilaszek, który przed wojną należał do kilku organizacji społecznych, brał udział w różnych wystąpieniach. Po wejściu Niemców okazało się, że jego żona jest Niemką - ich gośćmi są żołnierze niemieccy. Jeszcze w listopadzie wyjechali z Ryk do Łodzi, gdzie dostali duży sklep z materiałami włókienniczymi, będący do wojny własnością kupca żydowskiego. Przypuszczamy, że czyszcząc kominy w koszarach jednostek wojskowych garnizonu dęblińskiego i Głównej Składnicy Uzbrojenia Nr 2 w Stawach mógł uzyskane wiadomości przekazywać Niemcom. Dopiero po nich wyjechali do Rzeszy rolnicy Niemcy, mieszkający we wsi Brześce gm. Stężyca. Drugi wypadek zdrady dokonany został przez kierownika Szkoły Powszechnej w Chrustnem gm. Ryki Andrzeja Domaszowca. Najpierw przyznał się do narodowości ukraińskiej i zaczął się pisać Domaszowec, później został Niemcem i pisał się Domaschowetz. Swoimi staraniami uwolnił syna Jaremę z niewoli niemieckiej, w której przebywał jako podchorąży WP. Na wiosnę 1940 roku przenieśli się do Lublina, Jarema został oficerem Gestapo, córka starsza wyszła za oficera niemieckiego, młodsza była członkiem Hitlerjugend. Na współpracę z Niemcami poszedł także jeden z rdzennych mieszkańców Ryk, syn bogatego masarza i właściciela piętrowej kamienicy. W czasie spisu ludności, dokonywanego 12 (?) marca 1943 roku ciemnym wieczorem dokonano na niego nieudanego zamachu - dostał 5 kul, ale żadna nie uszkodziła kości ani ważnych organów ciała, po czym wstał i o własnej sile poszedł do domu, skąd żandarmeria wojskowa zabrała go do szpitala wojskowego. Po wyleczeniu wyjechał do Niemiec i do Ryk się nie pokazał. Wypadek zdrady to policjant tzw. policji granatowej Drożyński. W pierwszej połowie wojny został przeniesiony do Ryk. Miał żonę i dwoje dzieci. Tu okazał się bezwzględnym w stosunku do Polaków. Kilka osób zastrzelił bez przyczyny. Armia Krajowa wydała na niego wyrok śmierci. Niemcy za jego gorliwość w służbie przyznały mu niemiecką listę narodowościową (Jego żona była Niemką) i przenieśli go do pracy w żandarmerii. W niedzielę 4.12.1943 roku złożył wraz z żoną wizytę pożegnalną w Schutzpolizei - kwaterującą w Domu Strażaka. Komendant wraz z innymi członkami Schutzpolizei wyszli na schody wejściowe, tu sobie nawzajem pomachali na pożegnanie i wtedy padło kilka strzałów i oboje Drożyńscy zostali zabici. Żandarmeria aresztowała kilkadziesiąt osób, część wypuścili, pozostałych wywieźli na Zamek do Lublina. Czterech przepłaciło życiem ten zamach, w którym nie brali udziału. Rok 1944
Ten był już pewną oznaką klęski Niemiec - bo już na zachodzie alianci wypędzili Niemców z Afryki Północnej, zajęli Maroko, Algier i Tunis, Sycylię i wylądowali na Półwyspie Apenińskim. Po zdobyciu Monte Cassino 18 maja 1944 roku przez wojska II-go Korpusu Polskiego otwarta została droga do Rzymu. 6 czerwca 1944 roku alianci utworzyli długo oczekiwany zachodni II - gi front. Tego samego dnia został zabity z wyroku Armii Krajowej wachmistrz żandarmerii z Dęblina, który miał na sumieniu wiele ofiar, zastrzelonych przez niego w Rykach.
Pod koniec maja i na początku czerwca Niemcy aresztowali w Rykach kilkudziesięciu Polaków, członków organizacji podziemnych i wielu z nich straciło życie w Lublinie. Były to ostatnie aresztowania. Żandarmeria, Gestapo i urzędy niemieckie straciły wiarę w zwycięstwo Niemiec i w czasie późniejszych przyjazdów do Ryk, nawet nie chciało się im sprawdzić czy poszukiwany przez nich jest w mieszkaniu. Znam takie przypadki.
Po zamachu na Hitlera w dniu 20.07.1944 roku i pod naciskiem Armii Radzieckiej i idącej z nią I - szą Armią Wojska Polskiego rozpoczęła się gwałtowna ucieczka urzędów i instytucji niemieckich z Ryk. W sobotę dnia 22 lipca Ryki pozbyły się Niemców, a dnia 26 lipca wkroczyły czołowe oddziały Armii Czerwonej. W pierwszych dniach sierpnia przez Ryki przeszły pierwsze oddziały Pierwszej Armii Wojska Polskiego. Ludność miasta poniosła duże straty w poległych, rannych, wziętych do niewoli, w spalonych domach, w płodach rolnych przymusowo oddanych na kontyngenty.
Spośród osób zabitych przez Niemców pamiętam: - członków Armii Krajowej: Grzegorza Wojtkowskiego, kierownika Szkoły Nr 2 i Lucjana Piątkowskiego - powieszonych w Kurowie - nauczycieli Jana Lejwodę i Piotra Fala aresztowanych w maju 1944 roku - aresztowanych w maju 1944 r: braci Celińskich Stanisława i Jana, Józefa Morawskiego (?) Stanisława Liedla – socjalistę - Stanisława Bakierę - mistrza murarskiego, członka Lewicy - zabitego w pobliżu swego domu Stanisława Żaczka - wywiezionego na Majdanek. Eugeniusza Łozę - studenta Uniwersytetu Lwowskiego, pracownika Urzędu Gminy - Wincentego Tkacza - pracownika Urzędu Gminy. Tylko drobna część ofiar, zarejestrowana przez moją pamięć. W Związku Radzieckim zginęli: - ppor. rez. Zygmunt Marcinek - zginął jako jeniec obozu w Starobielsku - wójt gminy Ryki Jan Miłosz ze Swat - wywieziony do ZSRR syn byłego wójta gminy Stanisław Filipek - wywieziony do ZSRR
W walce z pospolitym bandytą w roku 1942 zginął Komendant Posterunku Policji Wacław Kundzicz.
Losy żydowskiej społeczności z Ryk
Z chwilą wejścia Niemców do Ryk zaczęły się szykany i prześladowanie Żydów. Zaraz po wejściu spędzili kilkuset Żydów, zaprowadzili ich na groblę między stawami na drodze Ryki - Stawy, ścieśnili ich mocno i kazali skakać i przesuwać się z jednego końca grobli na drugi. Chodziło im o rozminowanie tej drogi przy pomocy Żydów. Żydzi na miny nie trafili ale w kilka dni później przejeżdżał przez groblę wóz konny z dwoma mieszkańcami kol. Julin i właśnie wtedy mina wybuchła, koń zabity, a obaj rolnicy ciężko ranni.
Codziennie Żydzi musieli stawić się do robót porządkowych w mieście. Szczególnie trudne było odśnieżanie odcinka trasy Lublin - Warszawa przy bardzo mroźnej i śnieżnej zimie 1940 roku i bezskuteczne, bo dopiero wiosna ostatecznie odśnieżyła drogę. Konfiskata majątku Żydów, szczególnie towarów delikatesowych.
M.in. Komendant Placu w Rykach kazał wezwać 4 szewców, którzy wykonali mu 4 pary butów "oficerek" i przypuszczam, że im nie zapłacił. Po wyjściu szewców sztywny zwykle oficer nie wytrzymał nerwowo przeszedł do naszego pokoju i nie mógł się nacieszyć pięknymi butami. Utworzenie getta żydowskiego, zakaz wyjścia z getta i zakaz handlu z Żydami. Przy minimalnych przydziałach kartkowych Żydzi wymarliby z głodu w ciągu kilku miesięcy. Sam widziałem czworo dzieci żydowskich zabitych przez wachmistrza żandarmerii Petersona koło biura Zarządu Gminy, oraz jednego starego Żyda zastrzelonego przez żołnierza na ulicy Swatowskiej. Nie były to jedyne ofiary żydowskie za wyjście z getta. Niemcy zażądali od Judenratu aby ten wyznaczał do robót w składnicy uzbrojenia kilkudziesięciu Żydów. Grupy takie utworzono, z tym że bogatsi Żydzi opłacali tym pracującym przypadające na nich dniówki. Po pewnym czasie kierownictwo Judenratu zmieniło werbunek robotników do grup roboczych i wyznaczyło stałą grupę zakwaterowaną w składnicy. Grupie tej przewodził lekarz medycyny Rafał Kestenbaum. Później Niemcy przerzucili tę grupę roboczą do Częstochowy i sześćdziesięciu kilku Żydów z Ryk wojnę przeżyło będąc przez cały czas w ich ręku. W roku 1945 Żydzi ci powrócili do miasta.
Pytałem dr Kestenbauma w jaki sposób wojnę przeżyli - ale dyplomatycznie uchylił się od odpowiedzi. W kilka dni po ich powrocie jakaś grupa podziemna weszła do miasta i czterech spotkanych Żydów zastrzeliła. Na drugi dzień wszyscy z Ryk wyjechali i dopiero potem przyjeżdżali pojedynczo do Ryk, sprzedali naszym swoje domy lub place, a niektórzy odnajdywali swoje schowki zabierając znalezione w nich rzeczy.
W dniu 7 maja 1942 roku Landkomisarz z Dęblina (pełnomocnik Kreishauptmana dla 6 gmin północnej części powiatu puławskiego) nakazał Judenratowi, by w komplecie stawił się o godz. 13.00 w biurze Zarządu Gminy. Wszyscy się stawili i oczekiwali na Landkomisarza. Rozmawiałem z dwoma członkami Judenratu i pytałem ich czy tak bez oporu i próby ratunku idą na zniszczenie. I Żydzi i Polacy wiedzieli już o Treblince i innych obozach śmierci. Odpowiedzieli, tak musi być i nie ma od tego ucieczki.
Dnia 8 maja w godzinach rannych wszyscy Żydzi zostali z mieszkań wypędzeni z marnym swym dobytkiem zebrani na rynku i pomaszerowali, a starzy, chorzy i dzieci na wozach pojechali na stację kolejową w Dęblinie, tam załadowano ich do wagonów i pojechali do Treblinki. W mieście i po drodze do Dęblina zginęło od strzałów około 80 -ciu Żydów. Zimą 1943 roku (prawdopodobnie) Niemcy likwidowali ostatnie getto żydowskie w Sobolewie pod Garwolinem. Z pociągu jadącego z Sobolewa przez Dęblin do Treblinki między stacjami Ryki i Leopoldów uciekło 8 Żydów, dwóch z nich zostało postrzelonych. Jednemu z nich pocisk strzaskał szczękę. był to syn jednego, z zamożniejszych kupców w Rykach Rzeźnika, właściciela sklepu z maszynami, rowerami, wyrobami metalowymi. Żydzi zażądali od sołtysa Brusowa i Oszczywilka, by dali im podwody do odwiezienia rannych do Ryk na posterunek policji. Sołtysi niechętnie ale furmanki dostarczyli i 8 z nich znalazło się w Rykach. Policja zawiadomiła o tym żandarmerię. Grabarczyk . komendant policji kryminalnej dowiedział się o przybyciu 8 Żydów, kazał otworzyć areszt i wyprowadzić ich na podwórze. Wówczas rzeźnik wyjął z kieszeni złotą monetę i pokazał na migi Grabarczykowi, że po śmierci może tę monetę wziąć. Grabarczyk wszystkich zastrzelił i przyszedł do nas do biura na pogawędkę.
Pytaliśmy dlaczego to zrobił i czy zdaje sobie sprawę z konsekwencji jakie za to mogą go spotkać. Powiedział, że zdaje sobie z tego sprawę. W kilka tygodni po zabójstwie Żydów został zastrzelony przez AK w Dęblinie.
Okres po wyzwoleniu.
Po odejściu Niemców w Rykach nastąpiły poważne zmiany wśród władz. Z administracji gminy odeszło wielu ludzi na inne stanowiska. głównie na ziemiach zachodnich i nadmorskich. Całkowicie uległa wymianie obsada Posterunku Milicji Obywatelskiej. Duża część rolników przeniosła się na ziemie poniemieckie - najwięcej w woj. olsztyńskim. Wysiedleni z Poznańskiego wrócili do swych domów, a tymczasem pracy coraz więcej i to nowej. Pierwsza poważna akcja to reforma rolna i wymiana w styczniu 1945 r. okupacyjnych pieniędzy na nowe banknoty. Tymczasem sytuacja społeczno-polityczna wikłała się coraz bardziej. Narastała walka między władzą - reprezentowaną tu głównie przez MO, kwaterujące od czasu do czasu oddziały wojskowe a organizacje podziemne, głównie z dawnej AK i w mniejszym stopniu z BCh.
Do nowo organizowanej II - iej Armii WP powołano nowe roczniki oraz część spośród rezerwistów. Uszkodzone drogi, zniszczone mosty kolejowe i drogowe, brak taboru, energii elektrycznej, słabo działająca łączność to wszystkie przyczyny trudności.
Mimo tych trudności i kłopotów praca powoli szła naprzód. Najwięcej nieszczęść przyniosła walka między władzą a podziemiem. Na terenie miasta i najbliższych okolic pochłonęło to kilkadziesiąt ofiar. Do więzień dostała się również spora część dawnych członków organizacji podziemnych. W miesiącu marcu w wyborach członków Zarządu wójtem gminy Ryki został Stanisław Rybak z Bazanowa Nowego, członkami Zarządu zostali: Bolesław Kurek z kol. Swaty, Aleksander Kryczka z Ryk, Jan Krawczyk z Rososzy i Władysław Wawer z Falentyna. Sekretarzem gminy mianował starosta Kazimierza Sierakowskiego – zmarł po 9 miesiącach ale z tego pracował niewiele ponad 2 miesiące. Obowiązki sekretarza pełnił Edmund Doliński, który od 1 stycznia 1946 roku został mianowany sekretarzem gminy. Już w roku 1945 Urząd Gminy zdobył się na pierwsze drobne inwestycje: zbudowano dwa trwałe przepusty drogowe, ułożono bruk od ul. Swatowskiej do kol. Swaty i zelektryfikowano kol. Swaty. Była to pierwsza zelektryfikowana wioska w gminie.
Walki wewnętrzne nie ustają. Przez 15 dni stycznia zginęło w Rykach po obu stronach barykady 18 osób - w znacznej większości młodych. 14.II.1946 - powojenny spis ludności 30.VI.I946 - referendum - 3 pytania 3 razy TAK. W rzeczywistości wyniki były znacznie gorsze od oczekiwanych. Pod koniec czerwca ginie Marian Bernaciak - pseudonim "Orlik" dowódca w czasie okupacji 1 kompanii 15 pp "Wilków". Organizuje się Komitet Odbudowy Warszawy.
W miesiącu lipcu Zarząd Gminy przystępuje do zagospodarowania przekazanej nam resztówki na szkołę 7- klasową w Rososzy. W październiku założenie kamienia węgielnego pod szkołę w Bazanowie Nowym. We wrześniu Rada Gminna przyjmuje na siebie prywatne dotąd Liceum Ogólnokształcące jako samorządowe. We wrześniu wyjazd przysłanym do Ryk samochodem ciężarowym wypełnionym po brzegi ochotnikami do odgruzowania Warszawy. Wyjechaliśmy około godz. 6.00 a powróciliśmy ze śpiewem około godz. 23.00. Znaczna część uczestników z bąblami na dłoniach. 28.XII.1946 r. otrzymuję decyzję Starosty Powiatowego Edwarda Szuchnickiego przenoszącą mnie na stanowisko sekretarza gminy Sobolew z dniem 1.1.1947 r. W ten sposób kończy się moja 17-sto roczna + 5 miesięcy praca na terenie gminy Ryki.
Garwolin, dnia 23 maja 1992 roku
publikacja w „MR” nr 9-11/1997 (cz.5, 6,7)

14. Byłem przymusowym świadkiem zbrodni na Żydach z Ryk i okolicy

/wspomina Bolesław Walasek/

Jak to się odbyło wspomina Bolesław Walasek r. 1912, 88 letni rolnik z Lasocina. W 1942 r. miał 30 lat i z żoną Heleną gospodarowali na swoim od 1937 r. Do Lasocina sprowadził się gdy wybuchła Niepodległość. Miał wtedy 6 lat. Rodzina liczyła 9 osób. Rodzice Jan i Marianna, rodzeństwo: Bronisława, Katarzyna, Józefa, Gabriela, Stanisław i Adolf. Bolesław z Heleną gospodarowali na 5,6 ha, później dokupili jeszcze trochę ziemi.
W przeddzień tamtego majowego dnia w 1942 r. przyszedł do niego sołtys Jan Królik i nakazał: jutro rano pojedziesz wozem do Ryk. Tak powiedział na początku swojej opowieści o wypędzeniu ryckich Żydów z domu na śmierć, przez Moszczankę, Krasnogliny do Dęblina ... i do Sobiboru. Oprawcami kierował oficer żandarmerii Klapfejder.
Zgodnie z nakazem na drugi dzień pojechałem do Ryk na godz. 8.00. Gdy zajechałem na Rynek w Rykach, spojrzałem na dużą grupę ustawionych wokół rynku Żydów w różnym wieku, z dziećmi, tobołkami, w których zawinęli to co im się zdawało najcenniejsze i najpotrzebniejsze.
Byli w tej grupie i Żydzi z Leopoldowa, których dobrze znałem i od razu dostrzegłem, m.in. Żydzi o przezwisku "Tojba" i "Bogaty Mosiek" - tych zapamiętałem. Niemcy jeszcze chodzili po domach i wyganiali lub wyrzucali wręcz tych, którzy chowali się przed deportacją.
W rogu placu przy wjeździe stało kilkunastu Niemców, zdawało mi się wyższej rangi. W pewnej chwili podszedł do nich doktór Kestenbaum, którego dobrze znałem, bo bardzo pomógł mojej żonie urodzić naszą pierwszą córkę Lidię. Gdy wiejska "babka" nie wiedziała jak sobie poradzić i kazała przywieźć lekarza z Ryk, dr Kubik stwierdził, że jeszcze za wcześnie. Babka była uparta - nie za wcześnie, jedź po Kestenbauma. Przywiozłem, zbadał, powiedział, że już po czasie, dał zastrzyk i za kilkanaście minut dziecko krzyczało w pieluchach. Otóż ten właśnie dr Kestenbaum z drugim doktorem weterynarii, nazwiska już nie pamiętam, podeszli do tych Niemców i dłuższą chwilę z nimi rozmawiali. Po tym wrócili do swoich rodaków, zdjęli kapelusze i jeden z jednej strony, drugi z drugiej przeszli pośród nich, a ci coś wkładali do tych kapeluszy. Po obejściu wszystkich, w kapeluszach było widać złoto i biżuterię. Podeszli znowu do Niemców, a ci całymi garściami wyciągali z nich świecącą zawartość i wkładali do kieszeni. Po opróżnieniu kapeluszy Niemcy jeszcze chwilę rozmawiali z doktorami, a potem odeszli i odjechali. Z tego co wiem dr Kestenbaum uratował się z tej tragedii ryckich Żydów. Po wojnie mieszkał w Łodzi, podobnie jak kilka innych osób, m.in. córki S. Firanko Rosa, Frania i Maria, wnuk Kujawskiego, który w 1994 r. przyjechał do Ryk z Izraela i Chaim Lejb, który uciekł do partyzantki. O tym mówiła p. Maria Wiśnioch. Niemcy Żydów ustawili w czwórki i dali rozkaz wymarszu w kierunku Moszczanki i Dęblina. "Podwody" czyli nasze wozy, bo oprócz mnie jechali m.in. Władek Piwoński z Lasocina, Bolek Miłosz i Józef Krawczak z Rososzy, wypełnione przeważnie dziećmi jechały z przodu kolumny, która rozciągnęła się na ponad kilometr. Przez to i przez nerwy, które były w napięciu z powodu tego niesamowitego marszu i strzałów, jakie dało się słyszeć z tyłu kolumny, nie wszystko mogłem dostrzec.
Na moich oczach jeszcze w Rykach, gdy kolumna szła pod górkę, a znany mi Żyd z Leopoldowa nazywany "Bogaty Mosiek" staruszek już, szedł z wielkim trudem, podbiegł do niego Niemiec, kopnął go dwa razy, wyjął pistolet i zastrzelił. Dalej na trasie koło mojego wozu szedł Żyd w średnim wieku z synem. Konwojującemu Niemcowi mężczyzna się czemuś nie spodobał. Odciągnął go na bok, ale syn trzymał się ojca kurczowo za chałat więc zastrzelił obu na skraju drogi.
Na krzyżówkach w Moszczance skręciliśmy w stronę Dęblina. Pod górką, tam był taki kanał i łączka, Niemcy zatrzymali kolumnę, podeszli do nas furmanów jadących z przodu, zabrali nas ze sobą w kierunku tego kanału i na łączkę. Rozłożyli kawałek koca, położyli na kocu wódkę i wędlinę i pomimo tego, że mówiliśmy, że nie będziemy pili i jedli, to oni zmusili nas do wypicia. Po wypiciu i zjedzeniu tego "śniadania" ruszyliśmy dalej. Niemcy podnieceni teraz alkoholem stali się bardziej aktywni. Zaczęli wyciągać z kolumny Żydów i strzelać do nich. Na moim wozie siedziało 12 Żydów starszych i dzieci. Podszedł do mojego wozu jeden z tych Niemców i powiedział - tyle ich siedzi na wozie, a ty idziesz pieszo, zaraz ci zrobię miejsce, żebyś mógł usiąść. W tej chwili wyciągnął rękę aby ściągnąć z wozu jednego z moich pasażerów. Poprosiłem go, żeby tego nie robił, to on podszedł do następnego wozu i z tamtego ściągnął dwu i ich zastrzelił. Zauważyłem, że ci Niemcy w mundurach dobrze mówili po polsku. Bardzo mnie to zastanowiło.
Kiedy przybliżyliśmy się do Dęblina Żydzi ze zmęczenia i przerażenia tym co robili z nimi Niemcy, przez tą drogę, porzucali swoje tobołki, starając się jak najszybciej dojść do celu. Ale tam przy Żdżarach pojawił się młody Niemiec w mundurze kolejarskim (albo czarnym). On to dopiero narobił popłochu i lamentu. Szedł sobie przez szeregi i strzelał prawie bez przerwy do ludzi. Wiezione lub niesione poduszki lub pierzyny rozpruwał nożem, a wiatr unosił pierze do góry i na ludzi w kolumnie, czyniąc widok niesamowity. Utworzyła się w pewnej chwili ogromna chmura z tych pierzy. Na szosie leżało dużo sprzętu z gospodarstwa domowego jak łyżki, widelce, noże itp. nawet pieniądze, które wiatr niósł szosą.
Tak dojechaliśmy do stacji towarowej w Dęblinie, gdzie przy rampie stały przygotowane już wagony, w środku wysypane wapnem. Niemcy wypełnili je Żydami, pozamykali drzwi a my zawróciliśmy do domu. Za nami niósł się z tyłu straszny płacz, wyciskający z oczu łzy. Nie można tego było po prostu słuchać. Wracaliśmy tą samą drogą. Wyglądała jak pobojowisko, pełne zawiniątek, tobołków, porzuconych części ubrania, rozprutych pierzyn i poduszek. Ludzie zastrzeleni podczas tego marszu śmierci pojechali razem z żywymi. Za kolumną jechały bowiem wozy, które zabierały zwłoki zamordowanych. Obraz tej wędrówki pozostał mi w pamięci na lata. To był straszny, choć majowy dzień. Przywołuję go dzisiaj, aby dać świadectwo prawdzie. Aby młodzi lepiej rozumieli co znaczyła okupacja niemiecka i wojna. Opr. Zbigniew Lipski „MR” nr 5/2000

15. Wspomnienie Hirszka Szarfa

Herszek Szarfsztrum r. 1927, na tyle dobrze wspominał swoje dzieciństwo w Rykach, że teraz gdy jeszcze zdrowie u niego w normie, z synem Janem r. 1951 i wnukiem Joshua r. 1977 odwiedził w lecie 2004 r. kraj i miasto swojego dzieciństwa. Wiele o tym miejscu wcześniej opowiadał swoim bliskim, którzy urodzili się już daleko stąd. Jak widać przekonywująco, skoro to oni dodali mu odwagi wyruszenia w wieku 78 lat w podróż z Melbourne (gdzie obecnie mieszka) w Australii do Ryk. Spacerował ze swoimi bliskimi po Rynku, w pobliżu dawnej Bożnicy, miejscu gdzie spoczywają prochy Ojca Króla Stanisława Poniatowskiego, miejscu pochówku setek jego rodaków, spoczywających na cmentarzu przy ul. Piaskowej, o którym wiedzą tylko wtajemniczeni, bo śladów materialnych, zewnętrznych już nie ma. Odwiedził mury swojej Szkoły Podstawowej przy ul. Szkolnej i z sentymentem spacerował po placu, niegdyś boisku szkolnym, gdzie tak beztrosko biegał jako dziecko z koleżankami i kolegami i nie raz zaświeciły mu się w oczach łzy wzruszenia. Przed wojną mieszkał na ul. 11 Listopada, obecnej Poniatowskiego. To było gdzieś w pobliżu jednego z przejść pomiędzy obecnymi ulicami Poniatowskiego i Kościuszki. Domy, ulice zrujnowane przez wojnę, po odbudowie zmieniły swój wygląd. Po 63 latach, rzadko który kamień pozostał na swoim miejscu. Ale ludzie przetrwali. Na spotkanie do pałacu przyszedł Eugeniusz Zając i Janina Rodakówna obecnie Kucharska. Z różnych przyczyn pozostali jeszcze w domu Tadeusz Kalisz, Stanisława Rodakówna obecnie Zduńczak, kilka osób mieszka poza Rykami a resztę z 54 osobowej klasy III zabrał czas. 20 spośród tej liczby to charakterystyczne imiona: Aron (Bojman), Bajla (Buksztówna), Srul (Fisztajn), Elo (Grosfogiel), Froim (Lichtensztajn), Łaja (Lichtensztajnówna), Mordka (Mikowski), Dwojna (Mliczkowiczówna), Rajzla (Oberklajdówna), Gitla (Ogmanówna), Nusym (Romer), Sura (Romerówna), Mordka (Szafszmid) , Mola (Tajchmanówna), Boruch (Tajchman), Estera (Tochlerówna) i Estera (Wajnberżanka), Łoja (Wajnblutówna), Srul (Wierzchowicz)..Z dwudziestu uratował się On - Herszek Szafsztrum. Jego brat Heinrich, który chodził do klasy o rok niższej, jak i cała rodzina Szafsztrumów, jak setki, tysiące (w 1939 r. w Rykach mieszkało ok. 3000 Żydów) nie zdołali uchronić się przed ręką zbrodniarzy.
Młody Sharp pisze monografię rodziny. Ta wizyta, w jakiś sposób konfrontuje wyidealizowane opowiadania dziadka z rzeczywistością. Herszek Szarfsztrum (Sharp) pojął za żonę Miriam z pochodzenia Rumunkę. Ona urodziła mu Jana i Henrego. Oni założyli rodziny z Dianą - Jan, z Ruth - Henry. Diana i Jan dochowali się trójki chłopców: Joshua, Jacob i Jade. W rodzinie Ruth i Henrego jest syn Dion. Herszek Szarf przysłał nam swoje wojenne wspomnienia. (po angielsku) Dają one obraz przeżyć jednego z ocalonych od zagłady Żydów z Ryk.
Zbigniew Lipski
Hitler w Polsce.
Nadchodził wrzesień 1939 roku. Nasz sąsiad miał radio. On przekazywał Ojcu wiadomości z radia. Złe wiadomości. Mówił Ojcu, że naziści chcą zaatakować Polskę. Już rozmieszczają swoje wojska na granicy z Polską. Atmosfera robiła się napięta. Chodziło między ludźmi wiele plotek. Strach pobudzał ich do wymieniania swoich spostrzeżeń i domysłów. Bali się Żydzi, ale i Polacy byli zmartwieni. Wybuchła wojna. To co się zdarzyło po pierwszym września 1939 r. przechodzi nasze wyobrażenia. Polska dostała się w ręce niemieckie. W kilkanaście dni po ataku moje miasto doświadczyło na sobie ataku niemieckiego z powietrza. Zniszczone zostały domy, przeważnie drewniane i cała infrastruktura miejska. Mój starszy brat Mayer był w polskiej armii oficerem. Mieszkał w Białej Podlaskiej z żoną i z moim drugim bratem Mendlem. Nigdy po tym nie zobaczyłem już Mendla i Mejera. W następnych dniach budziłem się o 5:00 często przy dźwięku pochodzącym od pistoletów, bomb a nawet czołgów. Tak było pamiętnego dnia gdy Ryki były pierwszy raz bombardowane. Ojciec był już przebudzony. Mój brat powiedział mu potem, że liczba ofiar w miasteczku osiągnęła liczbę 500 osób. (Ryki liczyły wtedy 3500 ludzi, z których 40% było pochodzenia żydowskiego). Skoro to się stało a samoloty odleciały, poczuliśmy się bezpieczniejsi. Wyszedłem z domu na zewnątrz z moim ojcem. Chodziliśmy po ulicach i dookoła parku. To nie był najlepszy pomysł. Tamtego ranka przeżyłem największy życiowy koszmar. Ludzkie kończyny walające się na ulicy. Zobaczyłem matkę trzymającą swoje dziecko, oboje pokrwawione, nieżywe. Matka miała rozbitą głowę. Krew była wszędzie, ludzie poruszali się jak w hipnozie. Szukali swoich bliskich. Najwięcej osób biegało nad tutejszy staw. Zastanawiałem się dlaczego ci biedacy chowali się przed obstrzałem z powietrza w szuwarach, które przecież ich wcale nie chroniły. Ponieważ ataki bombowe trwały przez kilka nocy, nasi kuzyni przekonali mojego ojca abyśmy zostawili dom i przenieśli się w bezpieczniejsze miejsce. Opuściliśmy miasto w środę po południu i pozostaliśmy aż do piątku, kiedy ojciec już bardzo nalegał żebyśmy wracali przed szabatem do domu. W powrotnej drodze gdy przechodziliśmy przez las skarżyłem się mojemu bratu z tego powodu. Byliśmy młodzi i konieczność przewożenia torb z ubraniami, było zajęciem, do którego nie tęskniłem. Kiedy wróciliśmy niemal wszystko w mieście zastaliśmy zburzone, ale nasz dom stał. Wyglądał tak jak go opuściliśmy. Naszego kuzyna dom też nie został zburzony. Poszedłem tam. Zauważyłem, że wielu ludzi dzieliło swoje domy pomiędzy poszkodowanych, którzy stracili swój dach nad głową. W poszczególnych małych pokojach teraz zamieszkiwało nawet po sześciu ludzi.
Getto w Rykach 1940 – 1941.
Gdy Niemcy zajęli oficjalnie miasto, szybko postanowili zrobić getto, czyli oddzielić ryckich Żydów od reszty miasta. Getto rozciągnęło się w czworoboku ulic sąsiadujących z rynkiem. Tam na polecenie nazistów musieli przenieść się wszyscy Żydzi z okolicy, tam też miało siedzibę żydowskie zgromadzenie (Judenrate). Zostaliśmy zobowiązani zrobić druciane ogrodzenie, postawiono straże, a każdy kto by usiłował wyjść z getta narażał się na represje a nawet na śmierć. Zostaliśmy stłoczeni na małej przestrzeni jak zwierzęta w klatce. Mój rodzice, bracia i ja dzieliliśmy małą uwolnioną przez kogoś sypialnię z naszymi kuzynami. Tam było nas przynajmniej 10 osób, na szczęście jeszcze żywych. Ludzie na nowe miejsce zamieszkania przynieśli ze sobą to co mieli najcenniejszego. Naziści naznaczyli obowiązki. Getto można było opuszczać, ale na krótko i tylko za pozwoleniem. Mieliśmy przestrzegać porządku i czystości. Zbierać z ulic wszystkie brudy i wywozić je poza getto. Gdy pracowałem przy porządkowaniu ulicy przy ogrodzeniu z drugiej strony zobaczyłem człowieka, który miał chleb. Chciałem od niego go kupić. Zauważył to oficer SS, zaczął krzyczeć: - Ty dzika świnio nie znasz reguły -. On zaczął ładować karabin. Ledwie uszedłem z życiem. W getcie zajmowaliśmy bardzo małe pomieszczenie. Moi rodzice, brat i ja nie mieliśmy pracy tylko mój wujek pracował jako szewc. W zimie mieszkanie było bardzo wilgotne, w lecie mieliśmy tam saunę. W zimie mój ojciec rozchorował się i nie był zdolny wykonać jakiekolwiek prace domowe. Przyszedł raz niemiecki oficer i zażądał aby poszedł do jakiejś pracy. Nie pomogły wyjaśnienia, że on nie może wstać. On polecił wyciągnąć mojego ojca będącego w pidżamie z łóżka i wyrzucić go na ulicę. Serce mi się krajało, gdy widziałem swojego ojca w błocie i nie mogłem mu nic pomóc. Pamiętam żydowski Nowy Rok (Rosh Hashana) w 1940 r., kiedy to wszyscy Żydzi w getcie poszli w umówione miejsca modlić się. Podejrzeli to Niemcy, lub ktoś im o tym doniósł więc zjawili się oni tam i wyprowadzili wszystkich stamtąd na duży plac służący normalnie jako wybieg dla koni. Ludzie mieli ze sobą swoje książki do nabożeństwa (Talises), swoją rytualną odzież. Przyprowadzili też ze sobą wozy konne aby markować wybieranie piasku z kopalni, która była w pobliżu. Podszedłem do jednego z oficerów SS. Zapytałem, dlaczego przeszkadzacie naszym ojcom pracować? On mi nie odpowiedział, ale przepędził mnie. Zima tego roku była mroźna. Brakowało pożywienia. Mieszkania były przepełnione. Sen w takich warunkach nie przychodził łatwo. Jednego ranka wyszedłem z domu aby zdobyć jakieś pożywienie dla ojca. Zobaczyłem za ogrodzeniem miejscową chrześcijankę. Zbliżyłem się do niej. Ona przerzuciła zawiniątko w którym było trochę jedzenia. Zdołałem je podnieść i ukryć pod paltem. Nie powiedziałem nic, patrząc jedynie aby nie zauważył tego faktu jakiś Niemiec. Jej byłem bardzo wdzięczny za tę pomoc. Nawet teraz z perspektywy czasu jestem jej za to wdzięczny i chciałbym jej za to podziękować. Pewnej nocy usłyszałem za oknem duży hałas robiony przez przechodzących pijanych Niemców. Oni jak sobie dobrze podchmielili, lubili wychodzić na ulice i urządzać sobie polowania na ludzi z getta, którzy musieli przecież w jakiś sposób zdobywać pożywienie. Zdołali zauważyć kogoś i wezwali go do siebie. Poszli z nim do miejsca gdzie oni mieszkali. Wywołali na ulicę jego żonę i czwórkę jego dzieci. Nie długo trwał sąd nad tymi nieszczęśnikami. Niemcy strzelali do nich jak do zwierząt na polowaniu. Ale ponieważ byli pijani ich strzały okazały się niezupełnie celne. Musieli dobić tych źle trafionych. Rozochoceni przelaną krwią niewinnych podeszli do naszego domu. Zaczęli stukać do naszych drzwi. Mój ojciec był bardzo przestraszony. Ale drzwi musiał otworzyć. Pijany oficer SS uderzył go swoim pistoletem w głowę, za to, że ociągał się z otwieraniem. Polała się krew. Ponieważ i ja byłem blisko ojca, Niemiec uderzył również mnie w głowę. Upadłem na podłogę i z tego zdarzenia nie pamiętam niczego więcej. Obudziłem się następnego ranka z kilkoma szwami na głowie zrobionymi przez naszego żydowskiego doktora. Moje ubranie i podłoga w pokoju była naznaczona moją i mojego ojca krwią.
Maj 1942.
W getcie byliśmy już od roku. Przyszła następna zima. Z powodu skrajnie trudnych warunków wielu naszych ludzi w getcie umarło. Ale przeżyliśmy i tę zimę. Przyszła wiosna, a z nią miesiąc maj. Jednego ranka podsłuchałem rozmowę ojca z jego przyjacielem, w której mówili o bliskiej ewakuacji z naszego getta. Rozmawiali też o tym co byłoby lepsze. Zostać tutaj, czy uciekać? Rozmówcy obawiali się ucieczki. Bo dokąd mieli by uciekać. Wiedzieli dobrze, że przebywanie poza gettem było równie niebezpieczne jak w nim. Niemcy bezwzględnie mordowali każdego Żyda, którego spotkali tam według nich nielegalnie. W getcie można było się dotąd czuć względnie bezpiecznie. I przyszedł pamiętny dla mnie deszczowy dzień w pierwszej dekadzie maja 1942 r. On się okazał ostatnim dniem, w którym nasza rodzina była razem. Niemcy nakazali gminie żydowskiej (Judenrate), zwołać na rynek w Rykach wszystkich mieszkańców getta. Po jednej stronie mężczyzn, po drugiej kobiety, bez względu na wiek. Stanąłem wtedy na rynku obok swojego ojca i brata. Z niepokojem patrzyłem w koło co teraz się stanie. Na plac przyjechali samochodem Niemcy. Na ich czele był oficer SS, bardzo znaczący w niemieckiej armii stacjonującej w dystrykcie Lublin. Jego podwładni zaczęli liczyć moich rodaków, a następnie polecili złożyć do specjalnych toreb kosztowności, jak złoto i biżuterię, które Żydzi jeszcze posiadali. Wszystko to odbywało się pod terrorem. Ludzi bito i poniżano. Kto nie oddał tych kosztowności, albo chciał je ukryć był zabijany na miejscu. Zapamiętałem jedną kobietę, która była w ciąży. Na palcu miała obrączkę. A ponieważ w ciągu lat jej postura się zmieniła, do tego ręce mogła mieć spuchnięte, nie mogła tej obrączki zdjąć. Niemiec nie miał skrupułów. Przyniósł nóż. Mój ojciec musiał ją trzymać, a ten zbrodniarz obciął jej palec by tę obrączkę pozyskać. Straszny płacz kobiety jego nie wzruszył wcale. Nie pamiętam już co się zdarzyło z nią potem, ale zapamiętałem innego starego już Żyda, który nigdy nie był bogaty i złota nie miał. Jego wyjaśnienia nie zdały się na nic. Niemcy nie uwierzyli mu. Wyciągnęli go z szeregu i na miejscu go zastrzelili. Jego krew prysneła i na mnie. Czułem się wtedy bardzo przerażony, nieomal chory ze strachu, tym bardziej że miałem wtedy dopiero 15 lat. Niemcy ustawili nas w kolumnę marszową i wyszliśmy z getta, pozostawiając w mieszkaniach resztę dobytku, który służył nam w ciągu ostatnich miesięcy. Szliśmy pieszo drogą (przez Moszczankę, Żdżary , Irenę – red.) 12 km do stacji towarowej w Dęblinie.
Dęblin Stacja.
Kompletnie wyczerpany dowlokłem się do stacji w Dęblinie. Myśli obracały się wokół kwestii – co z nami będzie? Najbardziej obawialiśmy się zagazowania w pociągu, obok którego kręciło się sporo, tak mi się wydawało łotewskich żołnierzy. Zachowywali się agresywnie poganiając ludzi do szybkiego wchodzenia do towarowych wagonów. Biegaliśmy , bici i poganiani jak bydło. Tą swoją agresywnością spowodowali u naszych ludzi panikę. Teraz już nikt nie myślał o bliźnich. Każdy starał się uniknąć razów i wyjść z tej całej sytuacji żywy. Ludzie wzajemnie się tratowali, potrącali. Widziałem mężczyznę, który upadł i został na ziemi, bez czucia i oddechu. Gdy na chwilę to się uspokoiło, poczułem się potwornie zmęczony, głodny i spragniony. Płakałem i prosiłem swojego ojca o wodę. Wśród otaczających nas ludzi znalazł się ktoś znajomy. Nazywał się Gershon. On z moim bratem próbował odszukać naszą mamę, bo ojciec nie był w stanie ruszyć się z miejsca. Gdy oni przemieszczali się wśród tłumu, ja z ojcem siedziałem na klocu drzewa, oczekując na wynik tych poszukiwań. Pragnęliśmy przede wszystkim wody. Była w pewnej odległości na stacji studnia do zaopatrywania parowozów, ale tam podchodzić nie było wolno. Niemcy strzelali bez ostrzeżenia. Po pewnym czasie mój brat wrócił do nas. Niestety on nie znalazł naszej matki. Nigdy już jej nie zobaczyłem. Nie mogłem jej nawet uścisnąć i pocałować, mimo tego, że bardzo ją kochałem. Po trzech godzinach oficer SS zaczął wybierać ludzi do obozu w Dęblinie. Mnie skierował do jednej grupy, a mojego ojca do innej. Wtedy zorientowałem się gdzie poszedł mój ojciec, a gdzie pójdę ja. Zostałem rozdzielony także z Gersonem. Byłem tym ogromnie przestraszony. Próbowałem biec do mojego ojca, ale oni mnie brutalnie zatrzymali. Przez dwie godziny stałem jeszcze w grupie może 2000 Żydów, by po tym udać się do obozu w Dęblinie. Nie zobaczyłem już nigdy mojego ojca i Gersona. Choć byłem jeszcze dzieckiem, zostałem sam wśród wielu, mało mi znanych ludzi. Obóz w Dęblinie (Maj 1942 - wczesny r. 1944) Było już ciemno, gdy znaleźliśmy się w obozie. Byłem głodny i zrozpaczony rozdzieleniem z najbliższymi. Dostałem swoje lokum w szopie razem z dwudziestoma nieznanymi mi ludźmi. W całym obozie było nas około 2000. Słuchałem o czym rozmawiali obok mnie leżący więźniowie. Mówili oni, że Dęblin jest wojskowym portem lotniczym. Mówili, że Niemcy mordują naszych paląc w przystosowanych do tego piecach. Moje przerażenie jeszcze wzrosło. Myślałem o swoich rodzicach. Gdzie oni teraz są. Ktoś, tak jak ja młody, leżący obok mnie zaczął płakać. O świcie obudzono nas i popędzono do odgruzowywania okolicznego terenu. Od wczorajszego ranka, nie miałem nic w ustach. Dalej byłem głodny i spragniony. SS – mani, którzy nas pilnowali, bez żenady rzucali w nas gruzem, popędzając w ten sposób do roboty. Niektórzy z więźniów mieli z tego powodu zakrwawione twarze. Kto nie miał siły pracować był bezwzględnie eliminowany. Jeden strzał i człowiek padał martwy. Byliśmy tak tym sterroryzowani, że następnego dnia ze strachu staraliśmy się pracować jeszcze wydajniej. Wielu z nas miało pokiereszowane twarze i ręce. Po dwu dniach, nasz przełożony Żyd powiedział, że teraz będziemy chodzić pracować na Lotnisku w Dęblinie. Wybrano do tego celu 105 młodych przeważnie ludzi. Zamieszkaliśmy w jakimś domu, gdzie spaliśmy na drewnianych łóżkach, Trzech z nas miało nawet łóżka pojedyncze. Miałem dość sensowną pracę blisko lasu. Z nami pracowali też miejscowi Niemcy, tyle że oni byli opłacani i spali w swoich domach. Pracowaliśmy po 12 godzin dziennie. Próbowałem wypytywać tych ludzi, gdzie mogą być teraz moi rodzice. Dlaczego ja nie mogę być z nimi? Oni odpowiadali, że moi rodzice są tam, gdzie jest im dobrze, nie są głodni i mają się dobrze. Myślę że oni nie chcieli mi mówić prawdy. Nie powiedzieli mi co Niemcy robili z Żydami, gdy nie mogli ich wykorzystać do katorżniczej pracy. Kto był słaby ten odpadał. Był zastępowany przez innych, przeważnie młodych. Któregoś letniego dnia przez tydzień pozostawaliśmy w domu, a następnie wybrano z grupy najmłodszych, w wieku nie więcej niż 25 lat. Ich pozostawiono zaś pozostałych gdzieś zabrano. Liczba ludzi pozostawionych w obozie dęblińskim nie przekraczała 600. Mówiliśmy między sobą, że to są ostatni Żydzi pozostawieni na terenie Polski. Zacząłem pracować przy budowie cementowych pasów na lotnisku w Dęblinie. Praca ta trwała dość długo. W 1944 r. zauważyliśmy, że front wojenny przybliżył się. Rosjanie atakowali Niemców już w Polsce. Nie były to wieści zupełnie optymistyczne. Baliśmy się, że teraz Niemcy na pewno nas już zabiją. I pewnego dnia zostaliśmy zapędzeni na stację kolejową i załadowani jak bydło do wagonów towarowych. Wieziono nas przez tydzień, z minimalnymi dawkami jedzenia i picia, bez możliwości korzystania z jakiejkolwiek higieny osobistej. Myśleliśmy, że jedziemy do Oświęcimia, ale wyładowano nas w obozie w miejscowości Częstochowa. Zostaliśmy zatrudnieni w fabryce produkującej na potrzeby wojska. Konkretnie pracowaliśmy na trzy zmiany przy produkcji amunicji. Może to jest powiedziane za dużo. Zajmowałem się wybieraniem ze złomu materiałów przydatnych do określonej produkcji. Karmiono nas strasznie. Najczęściej były to ziemniaki i cebula, dobrze gdy były ugotowane. Często były surowe i niejadalne. Gdy Rosjanie szykowali się do ofensywy, nas przeniesiono dalej. Oni z nad Wisły do Częstochowy mogli dotrzeć nawet w jeden dzień. W nas rosła nadzieja na rychłe uwolnienie.
Niemcy 1944.
Zostaliśmy znowu załadowani do bydlęcych wagonów. Pojechaliśmy do Buchenwaldu w Niemczech. Pytaliśmy się wzajemnie czy to tu będziemy musieli umrzeć? Gdy otworzyły się drzwi wagonu, znaleźliśmy się w środku lasu. Myśli kręciły się ciągle wokół jednego. Czy to już tu? Rozglądaliśmy się czy widać kominy, bo wiedzieliśmy już że w Oświęcimiu ludzie umierają w komorach gazowych, a potem są spalani. Mieliśmy już obsesję na tym punkcie. Oddzielnie mężczyźni i kobiety, znów przechodziliśmy gęsiego przed naszymi prześladowcami, a ci sprawdzali czy mamy złote zęby i czy jesteśmy zdrowi. Znów myślałem czy zostanę pozytywnie zakwalifikowany do pracy, a nie do gazu lub na rozstrzelanie. Aby zostać w obozie, zostałem zdezynfekowany zabiegiem z pomocą węża, po którym moja skóra paliła jak ogień, potem ogolili mi włosy. Do mojego przyjaciela mówiłem wtedy, że to już chyba koniec. Oceniający nas zadawali kilka pytań, a następnie dali nam obozową odzież i drewniaki, które były bardzo niewygodne do noszenia. Gdy pytali o mój zawód odpowiadałem: jestem toolmakler. Dostaliśmy jeść i pić i przydział do baraków, które miały być naszym domem. Te baraki były trochę większe niż te w Dęblinie, ale było nas więcej, upchanych jak sardynki w puszce. W nocy, gdy ktoś wyszedł do toalety, tracił lepsze miejsce do spania. Musiał się zadowolić miejscem na podłodze, co na dłuższą metę, mogło się skończyć źle. Wszędzie panował głód. Nieustannie dochodzili nowi więźniowie, a to pogłębiało naszą i tak tragiczną sytuację. Każdego dnia wynosiliśmy z baraku ludzi zmarłych z głodu, lub z zimna. Jak trudna była nasza sytuacja niech świadczy fakt, że gdy pewnego dnia gdy chodziłem wokół baraku i na ziemi znalazłem kawałek chleba zanieczyszczonego krwią i ziemią bez namysłu zjadłem go. Byłem wtedy tak wynędzniały, że miałem na sobie tylko skórę pokrywającą kości. Zdarzyło się wtedy, że zostaliśmy skierowani do pracy przy usuwaniu gruzów po nalocie w Wajmarze, niezbyt daleko od Buchenwaldu. W czasie pracy zapragnąłem pójść do toalety. Zwróciłem się więc do strażnika o pozwolenie oddalenia się od grupy do bunkra gdzie zwykle chodziliśmy za potrzebą. Tam przy drogach wszędzie były takie miejsca. Obok bunkra był spalony budynek. Wszedłem do niego i o dziwo, znalazłem tam pół bochenka chleba. Nie mogłem uwierzyć własnym oczom. Zjadłem zaraz kilka jego kawałków. Doznałem cudownego uczucia sytości. Ale zauważył to już strażnik. Podszedł do mnie z krzykiem, uderzył kolbą i przewrócił na ziemię. Myślałem, że mnie zastrzeli, ale czy mój proszący wzrok, czy bliskość frontu sprawiła, że zostawił mnie w spokoju. Opr. Zbigniew Lipski

16. Widziałem na własne oczy wojnę

/wspomina Stanisław Ryszkowski/

Cz. 1
W r. 1939 byłem uczniem klasy IV-ej w Szkole Powszechnej w Dąbi Starej. Moje wtedy zainteresowania ograniczały się do zajęć szkolnych, zabawy z kolegami i do pasienia krów. Przysłuchiwałem się też rozmowom starszych gdy spierali się, będzie czy nie będzie wojny. W naszym domu czytało się takie gazety jak "Zielony Sztandar", "Wielkopolanin", "Przodownica", czasami inne. W tych gazetach pisano na temat niemieckich żądań zgody na budowę autostrady przez "korytarz" koło Gdańska i apelowano o dary i składki na dozbrojenie naszej armii. Modne było wtedy powiedzenie: powiedział Żyd Jojna, że będzie wojna, powiedzieli w kuźni, że wojna będzie późni, a powiedziały kowale, że wojny nie będzie wcale.
Mijały dni. Zakończył się rok szkolny. Dla mnie pomyślny, bo z bardzo dobrym wynikiem zdałem do klasy piątej. W domu wszyscy byli zajęci budową nowej obory z pustaków. Nie było czasu na zastanawianie się co będzie jutro. Ale rozmowy były, bo co i rusz kogoś z rezerwy powoływano do wojska. Z naszej małej wsi powołano wtedy Józefa Bełdygę, Jana i Ignacego Prządkę, Stanisława Szlendaka, Wacława Filipka, Stanisława Prządkę s. Władysława, braci Władysława i Stanisława Majków, Kacpra Kopcia i Władysława Żaczka.
Były ostatnie dni sierpnia. Ojciec pojechał z naszą piękną kasztanką na przegląd koni. Wrócił. tylko z kwitem, że konia pobrano na potrzeby wojska. To był dla rodziców cios. Jak prowadzić gospodarstwo bez konia. Niedługo okazać się miało, że to był wstęp do jeszcze większej tragedii. 1 września, jak i kilka dni wcześniej panowała piękna bo słoneczna i upalna pogoda. Jak co dzień moim obowiązkiem było pasienie krów. Było popołudnie. Stałem wtedy z krowami na górce, gdy od zachodu nadleciały samoloty. W oddali widać jak artyleria przeciwlotnicza w Dęblinie strzela do tych samolotów. Przyszedł do mnie brat Bolek i powiedział, że to niemieckie samoloty. Przebiegającą koło nas szosą z Warszawy do Lublina i Lwowa, początkowo ruch normalny, ale koło 3 września przybywa pojazdów. Od Dęblina słychać wybuchy bomb, widać dymy pożarów. W niedzielę 3.IX. Bolek wraca z kościoła i mówi, że spotkała go taka przyjemność iż został ojcem chrzestnym. Gdy wyszedł z kościoła podeszła do niego kobieta i prosiła go, aby został chrzestnym jej maleńkiego synka. Ojca tego dziecka zabrali na wojnę a ona z pięciorgiem dzieci uciekała z bombardowanego Dęblina. Szosą przejeżdżają samochody, wozy konne, ludzie jadą rowerami często ciągnąc za sobą wózki, idą pieszo. Ludzie różni z ubioru i wyrażania się. Jedni klną, inni płaczą, jeszcze inni idą spokojnie ale w oczach widać strach. U sąsiada Andrzeja Filipka było radio na słuchawki. Z niego dowiadujemy się, że Niemcy idą naprzód. Po 6-tym września ruch na szosie wyraźnie wzrasta. Pojazdy cywilne mieszają się z wojskowymi. Pokazują się małe oddziały wojska, maszerują składnie z bronią, hełmy niosą w rękach. W razie nalotu hełmy zakładają na głowy i rozpraszają się po polach. To samo każą robić nam, przekonują, że gdy się leży podczas bombardowania, zmniejsza się pole rażenia odłamkami. Do tej pory nie wiedzieliśmy tego, stawaliśmy z głowami do góry i liczyliśmy przelatujące samoloty.
Jakiś człowiek z rowerem zaszedł do nas napić się wody. Kupił trochę mleka i powiedział, że Niemcy są już pod Warszawą. To wydawało nam się niemożliwe. Tego dnia nie dane nam było spokojnie zjeść obiadu. Nie zdążyliśmy nawet wybiec z domu aby położyć się gdzieś w bruździe, pod drzewem, przy studni. W pobliżu, jak później policzyliśmy spadło siedem bomb. Jedna z nich blisko, 20 m od domu, inna w pobliżu szosy. Na szczęście nie było ofiar, ani rannych. Wieczorem zapada w domu decyzja, że mama z roczną siostrą Anną i ze mną udamy się do siostry Natalii w Babicach. Jeszcze w nocy zaprowadził nas tam brat Janek.
9 września od rana pogoda wspaniała. Na, północnym zachodzie była w nocy łuna, w dzień unosiła się z tej strony chmura dymu. Około południa przyjechał do nas tatuś, przywiózł najpotrzebniejsze rzeczy, których w pośpiechu nie zabraliśmy. Pobył trochę i gdy przeleciała fala samolotów pojechał do domu. Z naszego kierunku unosił się dym pożaru. Wtedy jeszcze tatuś nie wiedział, że płonie jego gospodarstwo, dorobek całego życia. Gdy tam dotarł domu ani gospodarstwa już nie było. Spłonęły jak pochodnia stodoła pełna zboża, sterta ze zbożem, rozerwany wybuchem bomby dom, wszystko. Na podwórzu leżeli zabici. Ciężko rannych zabrano już do szpitala w Garwolinie. Wśród nich był mój starszy brat Lucjan r.1925. Według informacji siostry szpitalnej, która go przyjmowała do szpitala, był jeszcze przytomny i powiedział jej jak się nazywa. Niestety, Lucjan nie przeżył. Brat Janek był ranny w obie nogi, Bolek dostał odłamkiem w piętę, był powierzchownie ranny w plecy. Jankowi wyjęto odłamek spod kolana. Wyglądał jak kawałek łupiny od orzecha włoskiego. Według opowiadania naocznego świadka tego zdarzenia - Jadwigi Filipek c. Andrzeja - wyglądało to okropnie. Gdy zobaczyła, że się u nas pali i przybiegła na ratunek, od bramy zobaczyła makabryczny widok.
Gospodarstwo płonęło, dom był w połowie zawalony, przy płocie pomiędzy domem a studnią leżeli trzej zabici mężczyźni. inni są ranni. Proszą o wodę. Z przewróconych uli wyleciały chyba wszystkie pszczoły i atakują ludzi. Samolot niemiecki jeszcze krążył nad głowami i strzelał z karabinów maszynowych. Jadwiga zastanawiała się krótko co ma wpierw robić. Opatrywać rannych, czy podawać pić pragnącym. Była przecież po kursie sanitarnym. Dobiegła do studni. Pomimo suszy było w niej trochę wody. Sięgnęła po wiadro i kołowrót. Próbowała spuścić wiadro do lustra wody. Pocięty odłamkami łańcuch spadł z wiadrem do studni. Dopiero posługując się zdjętym z płotu garnkiem i powiązanymi sznurkami wyciągnęła dla rannych potrzebną wodę. Zbiegli się inni mieszkańcy wsi, Bichtowa, Stefania Prządka, Stanisław Ostrzyżek, Jan Prządka, Jakub Ryszkowski, Edmund Zaborowski i dwóch żołnierzy. Zatrzymali jakiś wojskowy samochód, którym odesłali rannych do Garwolina. Z domu uratowali niewiele. Siła wybuchu była tak wielka, że zerwała z pobliskiego spichlerza blachę, uszkodziła ściany, rozsypała zboże. Uratowała się maciora z pięcioma prosiętami i bydło, które było na polu. Cztery duże świnie zabiło. Budowana dopiero co obora legła w gruzach. Dobrze, że nie była jeszcze nakryta, bo by spłonął i dach.
Tu chyba trzeba powiedzieć o przeznaczeniu. Tego krytycznego dnia ok. 9 - tej rano zaszli do wsi dwaj bracia idący z Warszawy do Kazimierza. Pieczywo mieli swoje, kupili trochę mleka i młodszy mówi do starszego: choć idziemy, może jeszcze dziś dojdziemy do domu. Odpoczywali na naszym podwórku. Zaszli znajomi i namawiali żeby iść. Starszy jednak twardo odpowiadał, że pójdzie bliżej wieczoru, gdy będzie chłodniej, a i samoloty będą mniej grasować. Młodszy poszedł. Starszy siedział koło domu pod rozłożystym drzewem. Około g.14 - tej zginął. Zginął też jakiś cywil spod Łodzi, z Radogoszczy i kapral 57 p.p. Tadeusz Błażejczyk. Zebrali się gospodarze ze wsi: Jakub Ryszkowski, Władysław Pudło, Stanisław Ostrzyżek i Edmund Zaborowski
W rowie przy szosie wykopali dla nich wspólny grób. Przejrzeli dokumenty poległych, pogrzebali Pudło wziął karabin tego żołnierza i niósł do domu. Zatrzymali go przechodzący żołnierze i pytali skąd ma karabin. Gdy odpowiedział wzięli go ze sobą. W. Pudło zrobił w domu krzyż i tabliczkę. Na niej napisał kto pod krzyżem leży. Na krzyżu umieścił hełm Tadeusza Błażejczyka. Na Wszystkich Świętych na mogiłę przyszła siostra Jadwigi Anna Filipek, powiesiła wianek z liści czereśniowych, odmówiła pacierz za poległych.
Władysław Pudło, ponieważ przeglądał dokumenty. pochowanych, napisał do rodziny w Kazimierzu. W połowie listopada przyjechali wozem konnym rodzice zabitego i zabrali zwłoki syna.. Pozostali dwaj zostali przeniesieni na miejscowy cmentarz. Rodzice tego z Kazimierza mówili wtedy, że ten młodszy tego dnia doszedł do domu. Razem czekali na syna i brata, ale okazało się, że tego dnia bracia rozeszli się na zawsze. Tak chyba miało być i taki koniec jego życia.
Cz.2
Dzień 10 września zaczynał się jak poprzednie, słonecznie, bezchmurnie i upalnie. Jakby to był środek lata. Od samego rana rozmowy i opowiadania uczestników wczorajszej rodzinnej tragedii. Najwięcej mówił brat Janek. Choć ranny, był przytomny i opanowany. W sposób zrozumiały i rzeczowy przedstawiał całe to zdarzenie. Brał czynny udział w ratowaniu tego, co można było jeszcze uratować. Zapewniał, że jest lekko ranny i nic mu nie będzie. Rzeczywistość była inna. Ojciec a szczególnie brat Bolek w strasznym szoku. Nie wiedział co robi. Gdy go po coś posłano nie przynosił, bo nie wiedział po co poszedł.
Ja nie zdawałem sobie sprawy z ogromu nieszczęścia, które nas dotknęło. Pamiętam rozpacz Matki po stracie syna i gospodarstwa. Zostaliśmy w tym co każdy ma na sobie. Bez środków do życia. Z żywności były tylko nie wykopane na polu kartofle. Ale ludzie w Babicach byli nam życzliwi. Przynosili chleb, kaszę, mąkę i inne rzeczy. Coś z odzieży albo bielizny.
Tymczasem na bezchmurnym niebie często pojawiały się złowrogie maszyny z czarnymi krzyżami na skrzydłach. Niosły strach, przerażenie, zniszczenia i śmierć. Na ich odgłos trzeba było uciekać z domu czy zagrody w pole. Tam leżąc w bruździe wyczuwam dygotanie ziemi wstrząsanej wybuchami bomb. Jeszcze bardziej przerażający był jazgot lotniczych karabinów maszynowych. W godzinach popołudniowych w kierunku Dąbia - Ryki widać olbrzymi pożar. Ktoś powiedział - to płoną Ryki. Powoli upływał czas. Codzienne zajęcia w gospodarstwie, posiłki, choć skromne ale były. Siostra Natalia starała się jak mogła i czym mogła, każdego nakarmić. Często o południowej porze trzeba było przerywać posiłek i na odgłos nadlatujących samolotów, wybiegać w pole lub przeważnie do naszej piwnicy, która spełniała rolę schronu. Piwnica wkopana w ziemię zasklepiona cegłą na kant, przysypana warstwą ziemi, na pewno była zabezpieczeniem przed kulami karabinów maszynowych, ale nie przed bombami. Czasami było w niej 20 a może 30 osób. W piwnicy odgłos nadlatujących samolotów docierał do uszu słabiej, ale patrząc na naszą małą psinę mogłem najwyraźniej dostrzec jakie zmiany w jej psychice spowodowało wydarzenie z 9 września. Gdy tylko usłyszała pomruk samolotów, bez względu gdzie akurat była, z przerażeniem w oczach pędziła ile sił do kotlinki brata Janka i tam tuląc się do niego drżała nerwowo. Gdy nalot przeszedł, uspokajała się. To nieme stworzenie po swojemu przeżywało wojnę.
Po pewnym czasie każdy przywykł do nalotów, wybuchów bomb czy grzechotu karabinów maszynowych. Ludzie schodzili się, przekazywali sobie różne, często wyolbrzymione wiadomości, dyskutowali. Opowiadali: tam zabiło ludzi, gdzie indziej pasące się na pastwisku krowy, przy szosie warszawskiej został zabity ksiądz, itd.
Nie wiem i nie pamiętam, która to, była noc września. Dopiero późniejsze opowiadania przypomniały, że 14/15 września obudził nas wszystkich straszny, bezustanny huk wybuchów, a następnie zobaczyliśmy pożar na kierunku płd. - wsch. na prawo od Ryk. Ten huk to się wzmagał to przycichał aby znowu wybuchnąć na nowo. Chyba tej nocy wszyscy ludzie w Babicach i okolicznych wsiach nie spali. Wsłuchiwano się w odgłos, chyba bitwy. Rano ktoś przyszedł do wsi i powiedział, że Niemcy w nocy forsowali Wisłę. Wybuchła panika. Bano się, że jak tu przyjdą to będą palić, rabować, gwałcić i mordować. Panika i strach mają wielkie oczy. Ludzie nie wiedzieli co robić. Niespodziewanie pojawił się oddział wojska. Żołnierze uspokajali ludzi.
Pamiętam jak mówiono, to jest daleko stąd, około 10 km, może to i bój, ale tu prędko nie przyjdą. Wam tu nic nie grozi. Ludzie powoli zaczęli się rozchodzić, bo i pożar jakby przygasł, było go mniej widać. Odgłosy wybuchów stały się rzadsze, wreszcie ucichły zupełnie i choć było blisko świtu, wszyscy poszli trochę się przespać.
Na śniadanie mnie nie budzono. Dopiero wybuchy bomb i jazgot karabinów maszynowych poderwał mnie z posłania umieszczonego na strychu pod strzechą. Dobrze tam było, ciepło i przytulnie choć ciemno. Nie wiem jak sfrunąłem stamtąd, aby wybiec z domu, bo już wołano - uciekajcie w pole. - To był chyba ostatni taki nalot. Tylko jak bardzo przerażający.
Cz.3
Niebo ciągle bezchmurne. A słońce już nie takie jasne. Można powiedzieć, że stronami chodzą burze grzmiące, choć to wrzesień to lato gorące, hej to nie chmury i nie burze, to armaty grają w dymów chmurze. W którą stronę spojrzeć, to wszędzie widać dymy pożarów. Płoną wsie, osiedla, pojedyncze zagrody, stogi siana, sterty ze zbożem, miejscami lasy. Z każdej strony dochodzi huk armat. Mijają godziny. Gdy na niebie spokojniej, Ludzie robią się jacyś raźniejsi. Nawet nasza psina radośnie merda ogonem i ugania się za kotem. Wiejska sielanka. Ale tą ciszę znowu przerywa jakiś przejmujący świst, po nim huk, drugi, kolejny. Ogień artylerii bije od strony północnej. Zrobił się ruch, popłoch. Uciekamy do piwnicy, ludzi przybywa, aż zrobiło się ciasno. Znowu świst i wybuch. Nie wiadomo skąd zjawiło się kilku żołnierzy. Jeden z nich przebiegając przez podwórze, zatrzymał się i zawołał: ludzie uciekajcie stąd, jak pocisk by trafił w piwnicę to wszyscy zginiecie. Uciekajcie w pola, w bruzdy, zagłębienia, rowy. Zrobił się lament. Ktoś powiedział na cały głos ,;Wola Boska". Wszyscy zaczynają się modlić w głos. Kilka osób, wśród nich i ja, wybiegamy z piwnicy i zaczynamy biec za żołnierzem. Obok nas z prawej, wyprzedza nas jakiś wojskowy. Słychać świst. On krzyczy padnij, szczupakiem skacze w dół po wybranym piachu, ja i kilku innych, za nim. Pocisk przeleciał i padł, ale wybuchu nie było. Ten wojskowy, z trzema paskami na pagonach więc plutonowy mówi nam, że jak strzelają z armat to należy biec "pod kule", a jak się trafi jakieś wgłębienie to trzeba się w nie skryć przed obserwatorem artyleryjskim. Tych pocisków padło może 7-8. Gdy później kopano kartofle to znaleziono ten pocisk niewypał. "Fachowcy" orzekli, że jego kaliber 105 mm. Strzelano od strony Żelechowa, ale do jakiego celu i gdzie miał swoje stanowisko obserwator, tego nie wiem. W Żelechowie tego dnia byli już Niemcy.
Wojna wciąż trwa. Wiadomo, że przegrana, że polska armia nie jest w stanie oprzeć się tej nawale. Dobrze wyszkolonemu żołnierzowi, bardzo dobrze wyposażonemu w środki techniczne. Ale w naszym żołnierzu widać wolę walki. Przychodzi kolejny ranek, bez nalotów i kanonady. Na drodze od zachodniej strony pojawia się samochód, w nim kilku oficerów. Dojechali do skrzyżowania dróg, popatrzyli i pojechali w kierunku na wschód, na Skrudę. Zaraz po tym pojawiła się kolumna samochodów ciągnąca armaty, wozów konnych z karabinami maszynowymi, wozów okrytych brezentem, załadowanych zaopatrzeniem wojennym i żywnością. Ludzie we wsi uradowani, że widzą polskie wojsko. Wylegają Przed domy, wynoszą mleko, jaja, słoninę, chleb. Ich najbardziej raduje chleb. Mówią: mamy konserwy, suszoną kiełbasę, smalec, masło, suchary, ale brakuje chleba. Pod drzewami na poboczu drogi zatrzymał się sztab. Jakiś przybyły żołnierz melduje: panie kapitanie, we wsi Skruda jest słaby most. Samochody z działami nie przejdą. Ten odpowiada: tzeba go wzmocnić. Co to we wsi nie ma desek, bali? Jak nie ma, to rozebrać płoty, zdjąć ze stodół wierzeje. Wykonać rozkaz - szybko. Zasalutował i pobiegł z powrotem. Prostują drogę przez pola aby ściąć ostry zakręt drogi.
Wszystko idzie sprawnie. Widać rękę dobrego dowódcy i sprawność dobrze wyszkolonych żołnierzy. Nagle rozmowy i dyskusje przerywa krzyk: lotnik kryj się. Wszyscy się poruszyli. Kawalerzyści galopem oddalają się do pobliskiego lasu. Żołnierze kryją się pod drzewa lub padają w zagłębieniach ziemi. Z karabinów otwierają ogień do nadlatującego pojedynczego samolotu. Odezwał się i karabin maszynowy. Samolot nadleciał, niespodziewanie od strony wschodniej. Widocznie powracał z patrolu.
Gdy przeleciał na zachód, jeden z oficerów, chyba w stopniu pułkownika: powiedział: ludzie dziękujemy wam za wszystko, ale zabierajcie kobiety, dzieci, dobytek i uchodźcie w las. Wiemy, że Niemcy są już po tej stronie Wisły. Gdy ruszą w naszą stronę, może tu rozegrać się bój. Zrobił się lament i ruch. Kobiety wołają dzieci, mężczyźni wiążą krowy, owce, najpotrzebniejsze rzeczy ładują na wozy, szybko choć bez popłochu kierują się do lasu. Odeszliśmy w las do brata stryjecznego Bronka. Około 1,5 km. W lesie zrobiło się rojno. Ludzie i wozy. Na wozach nierzadko świnie, przy wozach wiązane krowy, cielęta, owce. Dzień jak poprzednie. Piękna, słoneczna pogoda i to napięcie, nasłuchiwanie, samolotów, wystrzałów. Tylko nasza mądra psina nie poszła z nami. Początkowo dreptał, węszył, nasłuchiwał, aż gdzieś w połowie drogi, powęszył, podreptał w miejscu i powrócił do swojego ulubionego legowiska.
Gdy padł w oddali pojedynczy strzał, jakaś kobieta zawołała w głos: "o Jezu, już się zaczyna", ale nic się nie zaczęło. Dzień przeszedł spokojnie, bez nalotów. Na wieczór powróciliśmy do domów. Wojsko już oddaliło się. W tej masie wojska szedł brat szwagra Janek. Zachodził nawet do domu. Mówiono mu, zostań, wojna już przegrana. Ale on powiedział: pójdę, inaczej nie pozwala postąpić honor żołnierza. Jak wypadnie, to pójdę do niewoli, ale dezerterem nie będę. I poszedł. Dostał się do niewoli u Ruskich. Potem w ramach wymiany zabrali go Niemcy. Wywieźli do siebie. Pracował u baera całą wojnę. Powrócił w 1945 roku. Mówił, że było mu dobrze. Niemiec, u którego pracował, okazał się dobrym i wyrozumiałym człowiekiem.
Cz. 4
Któregoś dnia przychodzi stryjeczny - Bronek i mówi do ojca: stryju, nie macie gdzie paść krów. Rozmawiałem z chłopami ze wsi. Wszyscy wyrazili zgodę aby wasz chłopak, czyli ja, pasł krowy po wszystkich łąkach. Od tego dnia co rano, choć często było mi zimno, bo nie było w co się ubrać, goniłem krowy na te łąki.
Zamieszkaliśmy wtedy u Ostrzyżyków. Ostrzyżykowa to siostra matki. Dzięki życzliwości dąbińskich ludzi nasze grunty zostały zaorane i obsiane żytem. Kartofle zostały wykopane i zakopcowane na placu Władka Tomaszaka. Ludzie byli nadzwyczaj wyrozumiali i życzliwi. Na przykład przyszedł Antoni Bakiera. Przyniósł worek obroku dla konia i powiedział: Paweł ty pewno nie masz koniowi co dać jeść, a masz ciągłe wyjazdy. Takie postawy pokazywały się często. Ludzie przynosili siano, słomę, zboże na chleb, czy karmę dla świń. Życzliwość ludzi pomagała łatwiej przetrwać najtrudniejszy czas. Zaczęli powracać do wsi ci co byli dotąd na wojnie. Żaden z tych co poszli walczyć na szczęście nie zginął. Tylko dwaj bracia Majkowie: Władysław i Stanisław dostali się do niemieckiej niewoli po bitwie nad Bzurą. Ci powrócili do domu dopiero na jesieni 1945 roku. Powracający, byli przeważnie poprzebierani w cywilne ubrania. Na drodze w kierunku Warszawy ruch jakby w odwrotną stronę niż miesiąc temu. Przeważają piesi, czy rowerami jeszcze bardzo mało. Umundurowanych polskich żołnierzy zatrzymują Niemcy. Wszędzie cisza. Nie słychać odgłosu armat. Nie widać dymów pożarów. Wojna jakby zakończona.
Naraz 2 października w popołudniowych godzinach na wschodzie pojawił się dym. Dał się też słyszeć pomruk armat. Ludzie patrzyli po sobie. Pytali z niedowierzaniem. Czyżby jeszcze jakieś wojsko nie zostało rozbite i teraz toczy kolejny bój z Niemcami. Na noc przycichło, ale na drugi dzień już od samego rana wyraźnie słychać było huk armat.
Więc toczy się bój. Poczta pantoflowa donosi, że to jakiś polski generał zebrał żołnierzy na Polesiu i teraz bije się z Niemcami. Na horyzoncie przybywa pożarów. Wzmaga się huk. Trzeciego przyjechały do wsi niemieckie oddziały zmotoryzowane. Zakwaterowały się. Obstawiły wieś patrolami. U Ostrzyżyków co zajmowali pokój, a my kuchnię, zainstalował się sztab. Ich wyrzucili z pokoju do nas do kuchni. Co chwila gońcy na motorach przyjeżdżali i odjeżdżali z podwórka. Nas policzyli na noc i nie wolno było z podwórza gdziekolwiek wychodzić. Wszędzie warty z bronią gotową do strzału. A na wschodzie bój. W nocy na tle nieba widoczne łuny pożarów. Rano sztab wyprowadza się z mieszkania i przenosi się pod drzewa przy drodze. Niemcy z niepokojem spoglądają na wschód, wsłuchują się w odgłosy toczącej się bitwy. Huk armat jest coraz bliższy. My też patrzymy w tą stronę. Niektórzy cicho rozmawiają ze sobą. Mówią, że Nasi biją Niemców. Podjechały polowe kuchnie, wydają obiad. Po obiedzie oficerowie trochę porozmawiali pod drzewami, po spoglądali na wschód w kierunku toczącej się bitwy, która jakby przybierała na sile.
Szeregowi żołnierze w tym czasie posiadali na pojazdach. po rowach i grzali się w październikowym słońcu. Nagle przyjechał do sztabu goniec. Zahamował, że aż się zakurzyło. Przywiezioną kopertę oddał najwyższemu rangą w sztabie. Ten niecierpliwie ją rozerwał, przeczytał dostarczone pismo. Zaraz zrobił się ruch. Ściągnięto wysunięte placówki. Żołnierze zajęli miejsca w swoich pojazdach. Zawarczały motory i pełną ich mocą, z szybkością na jaką pozwalała polna droga pojechali w kierunku toczącej się ciągle bitwy. Na wieczór wszystko ucichło. Widać było jeszcze łuny pożarów, ale i one powoli zaczęły przygasać. Rano już było znowu wszędzie cicho. W oddali wznosiły się jeszcze dymy, które wiatr stopniowo rozwiewał.
Później dowiedzieliśmy się, że ten bój toczyli żołnierze Samodzielnej Grupy Operacyjnej „Polesie", a dowodził nią gen. Franciszek Kleeberg. Ze strony niemieckiej była to 13 DP Zmot. gen. Otto, a te oddziały co były u nas w Dąbi, to należały do 29 DP Zmot. gen. J. Lemelsena. Tak mówili ci co brali w tej bitwie czynny udział. Ci co nie poszli do niemieckiej niewoli, tylko ukrywając się wśród chłopskich stodół i zabudowań, powrócili do domów. Jednym z takich był Jan Eugeniusz Zaręba z Kazimierzyna, do ubiegłego roku zamieszkały w Rykach.
Jeszcze tylko 6 października szosą koło nas konwojowani przez niemieckich żołdaków szli polscy żołnierze do niemieckiej niewoli. Zaczęła się ciemna noc niemieckiej okupacji. Opr. autora /publikacja w „MR” nr 9, 11, 12/

17. Byliśmy w radzieckim łagrze

/wspomina Henryk Miłosz/

Pan Henryk Miłosz s. Stanisława i Marii urodził się 21.XI.1911 r. w Rykach. Tu mieszka i pracuje po dzień dzisiejszy. W chwili wybuchu wojny 1939 r. miał 28 lat. Dziś, tak oto wspomina tamten straszny czas.
We wrześniu dostałem kartę powołania do wojska i miałem się stawić przed Komisją w Puławach. Niestety, nie zastałem jej, ponieważ trafiłem właśnie na bombardowanie Puław. Powróciłem piechotą do domu i tak zostało. W okresie okupacji niemieckiej byłem w szeregach Batalionów Chłopskich, przez pewien czas jako dowódca plutonu w stopniu starszego sierżanta. Po wycofaniu się z naszych terenów wojsk niemieckich, Rosjanie rozpoczęli swoją śmiałą działalność. Zaczęły się masowe aresztowania członków Armii Krajowej. Na początku listopada 1944 roku na moim podwórku pojawiło się NKWD. Chociaż nie byłem członkiem AK, zabrali mnie i młodszego brata Edwarda. Osadzono nas w areszcie w Rykach i przetrzymywano do 11 listopada. Tego dnia załadowano nas na samochód i przewieziono do Gózdka k/Żelechowa. Dołączono do grupy aresztowanych z tej okolicy i umieszczono w ciasnej i zimnej ziemiance. W Gózdku znowu prowadzono przesłuchania. Po kilku dniach przewieziono nas do Sokołowa Podlaskiego i umieszczono w obozie, w którym wcześniej Niemcy więzili Żydów. Przebywaliśmy tam do 21 listopada, po czym samochodami przewieziono nas na stację kolejową i umieszczono po 40-tu w jednym wagonie towarowym. Nie było na czym usiąść ani się położyć, jedno małe okienko, podłoga wysypana miałem węglowym, chyba po to, żeby było jeszcze bardziej niewygodnie. W kącie wagonu stały duże piece, ale nie było ani zapałek ani opału. Wagon był szczelnie zamknięty cały dzień. Dopiero wieczorem go otwierano, przez jedenaście dni jechaliśmy głodni i wymęczeni. Czasem rzucono nam kilka sucharów. Ludzie spijali krople rosy ze ścian i okienka wagonu.
Dwunastego dnia dojechaliśmy do stacji Borowicze k/Niżnego Nowogrodu. Zarośniętych i brudnych wyładowano nas z wagonu i kazano czekać. Wieczorem około 2000 osób zaprowadzono szybkim marszem do odległego o ok 15 km zespołu obozów Nr 270 "Borowicze". Zespół tych obozów składał się z 5 podległych podobozów. Były to: Szebatów, Jagielsk, Obóz Leśny, Obóz Miejski i Kawanka. Cztery pierwsze były obozami pracy. Kawanka była obozem "wypoczynkowym", do którego kierowano osoby chore i wycieńczone ciężką pracą.
Zatrzymaliśmy się przed bramą obozu Jagielsk, na której wisiała duża gwiazda. Ona stała się dla nas symbolem męki, poniżenia godności ludzkiej i śmierci. Ulokowano nasz w czterech czy pięciu barakach po 500 w każdym. Baraki miały maleńkie okienka. Ściany ocieplone z zewnątrz grubą warstwą ziemi, sięgającą po dach. W trzech rzędach stały piętrowe, zbite z desek prycze. Przykrycia nie było, a za poduszkę służyła goła deska. Obóz był mocno strzeżony. Trzy linie drutu kolczastego, do którego nie wolno było się zbliżać i wieże strażnicze dookoła obozu.
Pracowaliśmy w kopalniach węgla i gliny, przy wyrębie drzewa i budowie nowej kopalni. Do najlżejszych należała praca w kołchozie. Szczególnie ciężka była praca w kopalni. Ludzie pracowali w błocie po kolana, a narzędziami pracy były łopaty i kilofy.
Naszym codziennym pożywieniem był ok. półkilogramowy kawałek chleba z pociętego grubo zboża oraz ok. pół litra zabielonej mąką lub kaszą wody. Nikt z nas nie miał ani talerzy ani łyżek. Miskę stanowiła puszka po konserwie zdobyta na śmietniku przy kuchni. Na zimę dostaliśmy waciaki i walonki. Letnim okryciem były ubrania zdobyte na jeńcach wojennych i poległych. Po pewnym czasie ciągle używane te same ubrania zaczęły się drzeć a my nie mieliśmy ani igły ani nici. Igły robiliśmy z miedzianego drutu, w którym łatwo było wydrążyć ucho. Nici wypruwaliśmy z lnianych koszul.
Do pracy chodziliśmy nawet po 10-15 km. Pewnego mroźnego dnia obudzono nas o godz. 5.00 rano i wyprowadzono poza teren obozu. Nikt nie wiedział dokąd i po co idziemy. Kiedy po wielu godzinach doszliśmy do lasu i wprowadzono nas na teren ogrodzony płotem, każdy z nas pomyślał jedno - to już koniec! Okazało się jednak, że przyszliśmy tu po drewno do kuchni. Każdy dostał ciężką, ważącą od 10 do 20 kg szczapę drewna i miał ją zanieść do obozu. Wielu nie miało siły i w drodze upadało na ziemię. Strażnicy widząc, że jeńcy nie dadzą rady dojść z tym drewnem do obozu sprowadzili sanie, na które załadowano drewno i część zmęczonych ludzi. Kiedy zobaczyliśmy światła w obozie, ten znienawidzony przez nas obóz wydawał się zbawieniem i końcem naszej całodziennej męki. Każdego dnia w obozie odbywały się apele. Jeśli nie zgadzała się liczba więźniów, bo byli chorzy lub poszli gdzieś do pracy, trzeba było stać nawet dwie godziny aż wyjaśni się przyczyna ich nieobecności. Głód, ciężka praca i wyczerpanie powodowały coraz częstsze choroby. Zaczęły atakować więźniów czerwonka i tyfus. Organizmy ludzkie z powodu braku odpowiednich składników pokarmowych i przemęczenia stawały się coraz słabsze. Ludzie chorowali na straszną chorobę obozową - zanik mięśni. Na kościach pozostawały tylko cienkie włókna. Powodowało to straszny ból przy każdym ruchu. Chorych kierowano do szpitala. Lekarzem był więzień z Lublina o nazwisku Zieliński. Dysponował on termometrem i tabletkami od bólu głowy. Jeśli ktoś miał gorączkę zostawał w szpitalu i dostawał pigułki od bólu głowy. Jeśli gorączki nie miał, musiał iść do pracy. Ze szpitala zazwyczaj nikt nie wychodził żywy. Zmarłych pozbawiano ubrań i nagich wrzucano do komórki. Po zgromadzeniu większej ilości zwłok, wywożono je na wzgórze, wykopywano dół i wrzucano je do niego. Żeby weszło do dołu więcej zwłok, więźniowie musieli je udeptywać. Polacy, aby upamiętnić miejsce pochówku robili krzyże ze splecionych gałązek wierzbowych i umieszczali je na mogiłach. Obliczono, że pierwszej zimy, przez około 3 miesiące, z powodu zimna, głodu i chorób zmarło 500 osób, czyli 1/4 więźniów tego obozu. Później śmiertelność nieco zmalała. Nadszedł upragniony koniec wojny.
Warunki w obozie uległy nieznacznej poprawie. Rozpoczęły się ponowne - przesłuchania odnośnie przynależności do Armii Krajowej. Tych, którym jej nie udowodniono przetransportowano do obozu w Kawance. Pozwolono nam odpocząć i ubrano nieco lepiej. Umieszczono następnie w wagonach towarowych i wieziono przez cztery dni. Jakaż była nasza radość, kiedy okazało się, że jesteśmy w Białej Podlaskiej. 1 marca 1946 r. przejął nas Urząd Repatriacyjny.
Po raz pierwszy od wielu miesięcy mogłem się najeść i napić do syta. Dano nam chleb i czarną kawę, której smak pamiętam do dzisiaj. Zrobiono nam zdjęcia i wydano maleńką legitymację stwierdzającą, że przebywaliśmy na terenie Związku Radzieckiego (nie w obozie) i że udajemy się do kraju w poszukiwaniu rodziny. 3 marca mogłem wracać do domu. Nie wiedziałem jednak co się dzieje z moimi najbliższymi, ponieważ przez cały okres pobytu w obozie nie mieliśmy żadnej łączności ze światem. Mój pobyt w łagrze trwał rok i cztery miesiące. Po powrocie ważyłem 38 kg.
Z naszej gminy w obozie przebywało 26 osób z czego 3 zmarły pierwszej zimy. Byli to: Rulak ze Swat, Buczek z Zalesia i Filipek z Dąbi (syn wójta). 23 osoby powróciły do swoich domów a 6 żyje do dziś. Są to: Bolesław Kuchnio i Józef Walasek z Brusowa, Gawriołek z Karczmisk, Głodek z Rososzy, Bolesław Walasek z Lasocina i ja. Inni więźniowie tego obozu, których zapamiętałem to: Wacław Słyk z Lasocina, później Ryk, Edward Miłosz i Stanisław Śmietanko z Ryk, Walasek z Brusowa, Czopek z Rososzy, dwóch braci Buczków z Zalesia, Józef Zaremba i Zaborowski z Kaźmierzyna oraz Jan Kuchnio z Oszczywilka. To co opowiedziałem, jest tylko malutką cząstką tego, co działo się wtedy na terenie Związku Radzieckiego. Ile istnień ludzkich pochłonęła polityka stalinowska do dziś nikt nie jest w stanie policzyć. W moim życiu były to lata, których nigdy nie da się wymazać z pamięci.
Opr.: Hanna Witek „MR” nr 10/1995

18. Obraz sowieckiego łagru

/wspomina Bolesław Walasek/

Było to już po północy 2 listopada 1944 r., kiedy usłyszałem jednoczesne pukanie do okien i drzwi. Wyjrzałem przez okno i ujrzałem żołnierzy rosyjskich. Gdy otworzyłem drzwi weszli do mieszkania, zapytali o imię i nazwisko i kazali się ubierać. Jeden został przy mnie a pozostali robili rewizję w mieszkaniu, oborze i stodole. Żołnierz kazał mi się ubierać ciepło, wziąć ze sobą sało i chleb. Gdy skończyli przeszukiwanie zabrali mnie do samochodu i pojechaliśmy razem w kierunku Kłoczewa. W samochodzie była kobieta pochodzenia żydowskiego, którą dobrze znałem. Ona powiedziała mi, że razem z nami jedzie Josek, Żyd z Leopoldowa, który teraz dużo może. Kiedy dojechaliśmy do Przykwy i zatrzymaliśmy się na dłuższy postój chciałem rozmawiać z tym Joskiem ale on nie odezwał się do mnie żadnym słowem, choć się znaliśmy sprzed wojny. Żołnierze wrócili do samochodu i pojechaliśmy dalej do Żelechowa. Tam zamknięto mnie w areszcie miejskim. W celi spotkałem już kilku znajomych z Leopoldowa i Karczmisk. W areszcie przesiedzieliśmy tydzień.
Potem przeniesiono mnie do jakiejś ziemianki, a później jeszcze do jakiegoś starego opuszczonego mieszkania, wypełnionego po brzegi ludźmi takimi jak ja i otoczonego przez strażników w wojskowych mundurach. Trzymali nas tam dwa dni i trzy noce. Na noc wiązali nam ręce i sprawdzali czy ktoś się nie rozwiązał. Na trzecią noc podjechały samochody, załadowano nas do nich po 40 na skrzynię i pojechaliśmy do Białej Podlaskiej. Tam był duży plac ogrodzony drutem kolczastym, wypełniony ludźmi. Nie staliśmy tam długo. Załadowano nas do transportu kolejowego i pojechaliśmy w stronę Brześcia. Wiedzieliśmy już że wiozą nas do Rosji. W wagonach towarowych były prycze, w pobliżu drzwi stał piecyk i leżało trochę miału węglowego. Za Brześciem jeden z nas Galiński z Okrzei otworzył zasuwane drzwi i wyskoczył w czasie jazdy. Za nim następny, ale eskorta już się zorientowała, zatrzymała pociąg i złapała uciekiniera. Dalej jechaliśmy lepiej pilnowani przez 10 długich dni i nocy. Pociąg niekiedy stał godzinami na bocznicy czekając na wolny przejazd. Gdy w pobliżu była woda przynoszono nam ją w brezentowych wiadrach. Jeść nie dawano nic. Do celu dotarliśmy o wschodzie słońca. Gdy wyprowadzono nas na drogę okazało się, że niektórzy nie mieli siły stać, a w wagonach pozostało kilkanaście osób, które nie wytrzymały trudu tej deportacji i zmarło w drodze.
Stanęliśmy w konwoju złożonym z 1200 osób, obok nas konwojenci z bronią i psami. Maszerowaliśmy do właściwego obozu prawie cały dzień. Gdy doszliśmy, przestraszył nas widok stojących tam lub leżących przed barakami ludzi. Byli skąpo odziani, wychudzeni, chorzy, po wymianie słów wiedzieliśmy, że to byli Niemcy.
Baraki słabo ogrzewane, na ścianach szron i śnieg, jeść dali dopiero na drugi dzień. Szukaliśmy puszek po konserwach aby podawaną zupę odebrać. Nie wszystkim to się udało, wokół królowała już rosyjska zima. Mnie i kilku znajomych ulokowali w podobozie, blisko miasta Borowicze. Odśnieżaliśmy drogi, nosiliśmy drzewo do kopalni. Po jakimś czasie dostałem się do grupy budowlanej, tam robota była lżejsza. Budowaliśmy następne baraki. Pracowali z nami cywile. Mówiliśmy na nich Kałmucy. Byli zastraszeni, nie chcieli wcale rozmawiać z nami. Głód w obozie był obok pracy ciągłą katorgą. Gdy przyszła wiosna i na mokradłach pojawiły się żaby, chwytaliśmy je wbijając na zaostrzone patyki i po opieczeniu nad ogniskiem zjadaliśmy. Po kilku dniach żab w tym rejonie już nie było. Trochę mi się poprawiło jak zostałem przydzielony do pogotowia mającego rozładowywać wagony z żywnością, przeważnie z USA. Najpierw pracowali przy tym Niemcy nadzorowani przez Rosjanki. Było im tam dobrze, bo nie przychodzili nawet do baraków nocować. Ale nadzór dopatrzył się, że Niemcy z Rosjankami są nie tylko w związkach służbowych. Niemców zabrali stamtąd, a Rosjankom ogolili głowy i też zabrali ich do innej pracy. Nasza dziesiątka musiała być zawsze gotowa do pracy. Od wagonu do magazynu było około 50 m. Nosiliśmy mąkę, cukier, kaszę, trafiała się słonina. Zanim się paczkę doniosło do magazynu był czas by otworzyć torbę i wysypać część zawartości do zawiązanej u dołu nogawicy spodni. Niestety wszystko co dobre nie trwa długo. Strażnicy nas wypatrzyli, zaczęli rewidować i po pewnym czasie przerzucono nas do innej roboty. Ja znalazłem się w odkrywkowej kopalni. Kopaliśmy studnie 2 na 2 metry, na dnie umieszczano motopompę do wypompowywania wody, my zaś ładowaliśmy ziemię do wyciąganych elektrycznie wiader. Tam pracowałem 4 miesiące. Później przerzucili mnie do właściwej kopalni węgla, w której pracowałem do końca mojej zsyłki. Od tamtego czasu minęło już 54 lata. W wieku 88 lat pamięć trochę niedomaga.
Pamiętam, że gdy na drugi dzień po przybyciu do Borowicz wyszliśmy z baraków na apel, brudni i nieogoleni, wyglądaliśmy jak stwory nie z tej ziemi. Przed barakiem była kałuża wody, jeden inżynier z Lublina wyszedł z szeregu aby się w niej obmyć. Padł strzał i ten człowiek skonał na miejscu postrzelony w brzuch. Zanim porobiliśmy studnie, po wodę trzeba było jeździć bardzo daleko. A była potrzebna do gotowania i do mycia. Pamiętam zdarzenie, gdy szliśmy do pracy w kopalni na wiosnę na polu leżały ziemniaki do sadzenia. Jeden z naszych poszedł po nie i został zastrzelony przez strażnika. Zdarzyło się później przy wykopkach, że kobieta z pobliskiego kołchozu wyorywała pługiem ziemniaki. Pokazałem jej jak to robić skuteczniej. Kołchoźnik kazał mi to robić dalej. W czasie pory obiadowej dostałem od tej kobiety dwa parowane kartofle, wyjęte zza pazuchy. Bardzo mi one smakowały. Widziałem wtedy, że i tubylcom było tam ciężko i cierpieli głód. Potem wielokrotnie chodziliśmy nocą na pobliskie pola, żeby zebrać trochę ziemniaków, upiec je w ognisku i zaspokoić ciągle nam towarzyszący głód. Takich zbieraczy ziemniaków było wielu.
Na wiosnę 1946 r. zaczęli nas przygotowywać do odjazdu. Przerzucili do innego obozu, gdzie już nie pracowaliśmy. Dali lepsze ubrania, wreszcie załadowali do wagonów towarowych i pojechaliśmy na Zachód, przez granicę do Polski i Białej Podlaski. Do końca eskortowali nas żołnierze radzieccy. Gdy na peronie otwarto wagony wszyscy wyszli na peron. Czekali tam na nas żołnierze polscy. Robili nam zdjęcia, wyrabiali dowody osobiste. Ja z Bukalskim z Leopoldowa nie czekaliśmy na nie. Wsiedliśmy do pociągu i pojechaliśmy do domu. Dopiero po dwóch dniach pojechaliśmy tam po dokumenty. Wydali je nam i 2 marca 1946 r. znalazłem się znowu w domu.
Opr. Zbigniew Lipski „MR’ nr 5/2000

19. Trzeba wiedzieć, trzeba przypominać

/wspomina Edward Miłosz/

Edward Miłosz syn Stanisława i Marii urodził się 25.02.1919 roku w Rykach. Mieszkał z rodzicami i rodzeństwem tj. siostrami: Wacławą, Reginą, Lucyną i Kazimierą oraz bratem Henrykiem na Kolonii Ryckiej.
Do roku 1939 ukończył szkołę podstawową ale do wojska jeszcze nie został powołany. Ustalenie czy i do jakiej należał organizacji podziemnej, też nie jest łatwe. Gdy zmarł w 1956 r. jego synowie: Tadeusz, Ryszard i Zbigniew mieli od 5 do 8 lat. Był więźniem radzieckiego łagru, podobnie jak jego brat Henryk. Syn Zbigniew dotarł do dokumentów przypominających kiedy, kto i dlaczego, żeby wiedzieć i domagać się zatarcia oskarżeń na podstawie których był więziony. Dla czytelników może to być lekcja historii. Prześledźmy ją razem.
Materiały zostały przetłumaczone przez biegłą tłumaczkę dr Walentynę Cieniewę i zawierają z nagłówkiem "Ściśle tajne" - Filtracyjne Akta Osobowe Repatrianta, wydane przez MSW - ZSRR Wydział MSW Obwodu Nowogrodzkiego.
1. Protokół zatrzymania: Dnia 20 listopada 1944 r. ja lejtnant Nikołajew w obecności st. sierżanta Abosturowa oraz szeregowego Trunowa w dniu dzisiejszym dokonałem czynności zatrzymania Edwarda Miłosza s. Stanisława ur. w 1919 r. w m. Ryki.. podejrzanego o przynależność do AK, przy zatrzymaniu usiłował odkupić się.
2. Protokół przeszukania: Przy rewizji stwierdzono posiadanie:
1. paszportu - dowodu tożsamości Nr 3500
2. pieniędzy 225 zł
3. Protokół przesłuchania:
Dnia 22 listopada 1944 r. Armia Czynna. Ja Pełnomocnik Operacyjny OKR /Oddział Kontrwywiadu/ "Smersz" kapitan Kozłow przesłuchiwałem zatrzymanego Edwarda Miłosza... Pytanie (a). Gdzie Pan mieszkał, czym się zajmował w czasie okupacji niemieckiej, czy był pan prześladowany w okupacji ze strony władz niemieckich, do jakich kierunków politycznych wtedy należał, przez kogo została odebrana i w jakich okolicznościach od Pana broń... -
Przesłuchiwany odpowiadał z własnej woli po rosyjsku, powiedział że: w czasie okupacji niemieckiej prowadził gospodarstwo rolne (11 ha), nie miał styczności z organami władzy niemieckiej, nie był przez nią prześladowany i powoływany, do żadnych partii politycznych i organizacji nie należał. Broni żadnej nie posiadał i "nikt ode mnie żadnej broni nie odbierał". Przesłuchanie trwało od 13.15 do 16.40 a zapis zawiera po cztery pytania i odpowiedzi. Razem 20 linijek maszynopisu i tłumaczenia. 4. Kopia protokółu przesłuchania świadka W.F. (skrót redakcji). Odpowiedź: Z członków AK znam braci Miłoszów, imion ich nie znam. Ja osobiście sam wiem, że oni mieszkali w odległości 2 km od Ryk na chutorze (kolonii), dom ich był położony w sadzie. Oni posiadali broń i walczyli z oddziałami partyzanckimi czł. PPR. Ostatnio ukrywali się przed prześladowaniem rządu i Armii Czerwonej. Oprócz Miłoszów jeszcze znam członków AK dwóch braci Buczków zamieszkałych we wsi Zalesie, którzy również prowadzili walkę przeciwko PPR i mieli kontakt z "Orlikiem". Pytanie: Skąd Pan wie, że bracia Buczkowie i Miłoszowie byli członkami AK. Odp. Wiadomo mi dlatego, że ja byłem w oddziale partyzanckim i miałem listę członków AK, z którymi my... prowadziliśmy walkę również z Niemcami AK prowadziła walkę przeciwko nam... Pytanie: Kto może potwierdzić Pańskie zeznanie? Odp. Moje zeznania mogą potwierdzić B., L., R., (skrót redakcji) mieszkańcy Lublina, Wcześniej zamieszkujący w Rykach. Za zgodność 24.11.1944 r. porucznik (podpis nieczytelny) Pełnomocnik Operacyjny OKR "Smersz" 5. Wypis z donosu ag. źródła D. (skr. red.) 5. Dnia 12 listopada 1944 r. w Lublinie rozmawiając z B. (skr. red.) wyjaśniłam, że dwaj bracia Miłoszowie mieszkańcy chutoru (kolonii) Oszczywilk prowadzili walkę przeciwko oddziałowi partyzanckiemu PPR "Dąbrowskiego", posiadali broń, która była zatrzymana przez partyzantów. Data 24.11.1944. podpis...
6. Wypis z protokółu przesłuchania świadka G.N. (skr. red.) córki Jana, urodzonej we wsi Moronika. Pytanie: Kogo Pani zna z członków AK. Odp. Z członków AK ja osobiście nie znam nikogo, ale w grudniu 1943 mój mąż rozmawiając ze mną powiedział, że do AK należał Marian Bernaczyk zamieszkały we wsi Zalesie, dwaj bracia Miłosze... Buczkowie... Dnia 24.11.1944 r. podpisany...
7. Informacja. Dotyczy zatrzymanego... Będąc przesłuchiwanym Miłosz zaprzecza swojej przynależności do AK.
Przesłuchiwany... W.F. (skr. red.) demaskuje Miłosza jako członka AK, który prowadził walkę przeciwko partyzantom i oddziałom PPR. W czasie zatrzymania próbował odkupić się wódką. W podpisach: Naczelnik Wydz. Kontrwywiadu "Smersz" 2 Armii Gwardii Busiew i Naczelnik 2 Wydz... major Worotnikow.
8. Dokument potwierdzający wydanie dokumentów i pieniędzy Edwardowi Miłoszowi 30.12.1945 r. 9. Protokół przesłuchania dn. 13.12.1945 r. w 3 Wydziale Obozu Nr 270 w miejscowości Jegły obwód nowogrodzki, prowadzonego przez lejt. Sudiłowskiego w stosunku do Edwarda Miłosza... Został uprzedzony o odpowiedzialności z art.95 K.K. RFSRR.
Pytań jest 12. tyleż odpowiedzi. Pytania o przynależność do AK, o broń, kto jeszcze należał do AK, za co został aresztowany itp. E. Miłosz odpowiada jak zapisano w dok. 3. Mówi że zna Śmietankę, z którym jest w obozie, brata Henryka, który jest w 2 wydziale obozu.
10. Wniosek. Borowicze, obwód nowogrodzki dn. 17 grudnia 1945. Ja śledczy Gr. Oper. Śled. Wydz. NKWD Obw. Nowogrodzkiego Mł. Lejtnant Sudiłowski po rozpatrzeniu materiałów/korespondencji śledczej dotyczącej przebywającego w Obozie Jeńców Wojennych Nr 270 NKWD ZSRR aresztowanego Edwarda Miłosza... niekarnego, służącego w Wojsku Polskim... Stwierdzam, że Miłosz... aresztowany i wcielony do obozu jeńców wojennych. Podstawą do aresztowania posłużyły doniesienia agenturalne... Przesłuchiwany w sprawie Miłosz zaprzecza swojej przynależności do AK. Uwzględniając to... wnoszę o: zaprzestanie kontroli materiałów i przekazanie do archiwum... Na podstawie dyrektywy NKWD ZSRR z dnia 29/VI - 45 r. Nr 103 wnoszę o zwolnienie aresztowanego Miłosza... ze skierowaniem do miejsca stałego zamieszkania. Zgodę wyraził Naczelnik... Krasnow.
II. Informacja. Internowany Polak Edward Miłosz s. Stanisława... dnia 13 lutego 1946 r. repatriowany do Polski. W podpisie: St. l-t Bielajew.
Otóż to. Gdy było potrzeba aresztować - aresztowano, posługując się oskarżeniami agentów. Bez konfrontacji i bez sądu wywieziono do obozu w Rosji. Trzymano od 20.11.1944 - 13.02.1946, 15 długich miesięcy w warunkach jak opowiedział to Henryk Miłosz (patrz: MR Nr 10/95 - ..Byliśmy w radzieckim łagrze") i Kazimierz Głodek (MR Nr 4/97 – Biografie regionalne). Wypuszczono, bo wyszła instrukcja, żeby część wypuścić.
Znaleziono ..pretekst", że nie przyznał się do przynależności do AK więc ..nie stwierdzono innych danych świadczących o jego aktywnej działalności przestępczej przeciwko Armii Czerwonej i Tymczasowemu Polskiemu Komitetowi wyzwolenia Narodowego".
Ale w tym obozie i innych było dziesiątki a może setki tysięcy ludzi. Wielu z nich nie wytrzymało trudu. Zmarło lub zostało rozstrzelanych pod byle pretekstem. Edward Miłosz stracił zdrowie, to pewne. Szczęście, że przeżył. Jego dokumenty świadczą o bezprawiu, o mechanizmie działania totalitarnego prześladowania i niegodziwości. Przez dziesiątki lat ludzie bali się mówić nawet do najbliższych członków rodziny.
Dopiero po r. 1990 rozwiązują się języki. Tyle, że niewielu już może tamten czas przypomnieć. W numerze 1/97 wart. ..Jak było - trzeba przypominać" dzięki dokumentom udostępnionym na przez Zbigniewa Świątkowskiego mogliśmy pokazać mechanizm skazania na śmierć 24-letniej Heleny Wardal, za to, że poświęciła swoje życie w służbie ojczyzny, w szeregach AK, dziś pokazujemy jak załatwiało to NKWD, naturalnie tylko w papierach. Wnioski z tego czytelnik musi wyciągać sam, bowiem podpowiadanie nawet w szkole jest zakazane.
opr. Zbigniew Lipski „MR” nr 5/1997

20. Jak było, trzeba przypominać

/ przypomnienie procesu Heleny Wardal/

Maria Turlejska wydała w 1989 r. książkę p.t. "Te pokolenia żałobami czarne...". Umieściła w niej eseje dotyczące skazanych na śmierć i ich sędziów w latach 1944-1954. We wstępie do rozdziału "0 prawach i bezprawiu w Polsce lat 1944-1948" wymienia liczbę "zapewnie 2,5 tysiąca" wyroków śmierci w sprawach politycznych w Polsce, z których ponad tysiąc wykonano tylko do końca 1946 r. Autorka zastanawia się, dlaczego oskarżenia kierowane początkowo przeciwko akowcom, później przeciw niektórym alowcom, wreszcie były kierowane przeciw wszystkim potencjalnym przeciwnikom, którzy mogli zagrozić monopolowi władzy PPR. Autorka napisała "Machina terroru skierowała się w okresie 1944-1948 najpierw przeciw Armii Krajowej, Narodowym Siłom Zbrojnym i Batalionom Chłopskim, później przeciw legalnej opozycji. Polskiemu Stronnictwu Ludowemu, a po jej likwidacji - przeciw tym działaczom Polskiej Partii Robotniczej, których określono jako przedstawicieli odchylenia prawicowonacjonalistycznego".
Poznanie mechanizmu działania masowego terroru jest sposobem na to aby w przyszłości było niemożliwe jego powtórzenie. Na straży bezpieczeństwa obywateli powinno stać państwo. To jego główne i najważniejsze zadanie.
Poszukiwałem w książce nazwisk Jana Filipka, Stefana Kamarka, Władysława Warownego i Adama Zdrojewskiego, skazanych na karę śmierci 15.1.1947 r. w przeprowadzonym w Rykach, doraźnym procesie 9 członków AK. Nie znalazłem, bo autorka skupiła się tylko na latach 1945-1946.
W rozdziale "Skazani na śmierć i ich sędziowie 1944-1946", autorka wylicza wyroki wydane przez sądy doraźne, wojskowe i specjalne karne, wymienione na łamach "Głosu Ludu": ...3.111.1946 r. - 5 wyroków śmierci (sąd doraźny w Puławach) z oskarżenia o udział w NSZ czy w "grupie Orlika": Feliks Czapla, Tadeusz Kruk, Kazimierz Osiecki, Klemens Rodzik, Szymalda. Wyrok został wykonany. 5.11.1946 r. - 4 wyroki śmierci (WSO w Lublinie na sesji wyjazdowej w Puławach): Aleksander Dębniak, Józef Kozak, Władysław Niezabitowski, Henryk Szyszko - za napady w okolicach Wąwolnicy" z oskarżenia o NSZ. 7.11.1946 r. – 3 wyroki śmierci - Jan Wójcik, Henryk Rusa z PUBP w Garwolinie, członek bandy" Jastrzębia" i Stefan Goliszek. - 6 wyroków śmierci (sąd doraźny w Dęblinie i w Garwolinie z oskarżenia o należenie do bandy "Orlika": Henryk Nosowski, Henryk Moryc, Stefan Proczek, Józef Flak, Jan Pawlik, Bogumił Mackula (członek PSL). O procesie m.in. Heleny Wardal z d. Bąk, sądzonej przez Wojskowy Sąd Okręgowy w Łodzi nie ma nic. Ale dotarł do tego materiału jej wnuk Robert Wardal. Jej córka zmarła w dzieciństwie. Syn Bernard uczęszczał do ZSZ w Rykach, mieszkając i wychowując się w rodzinie Jana i Marianny oraz Celiny i Piotra Wardalów zamieszkałych w Julinie. Helena była synową Jana i Marianny. Jej mąż Ignacy pracował na kolei, był aresztowany i zginął w Oświęcimiu. Brat męża Daniel był w AK. Jak zapisał Jerzy Ślaski w "Żołnierzach wyklętych" - Daniel Wardal, który pracując w " Armeemunitiionslager Stawy" zorganizował tam na dużą skalę wynoszenie z magazynów amunicji dla AK". Zginął 6.11.1944 r. w Kurowie, wśród 10 powieszonych i 40 rozstrzelanych publicznie przez Niemców. " O Helenie możemy przeczytać: 1.10.1945 r. w więzieniu w Łodzi oficer oddziału specjalnego ppor. Jan Wrona zastrzelił sanitariuszkę z oddziału "Zagona" 24-letnią Helenę Wardal ("Ramzesowa"), skazaną dwa dni przedtem na karę śmierci. Wdowa po żołnierzu AK, powieszonym przez Niemców w marcu 1944 w zbiorowej egzekucji w Kurowie (autor wyraźnie pomylił nie rozróżniając braci: Ignacego i Daniela), matka dwojga małych dzieci (pięć lat i rok), po zakończeniu "Burzy", w której wyróżniła się odwagą i ofiarnością w bitwie o Końskowolę, przeniosła się do Łodzi. Tam została aresztowana, dołączona do kilkuosobowej grupy żołnierzy AK i postawiona przed Najwyższym Sądem Wojskowym, orzekającym na sesji wyjazdowej w Łodzi. Akt oskarżenia stanowił całkowite materii poplątanie."
Przeglądam akta tej sprawy uzyskane z sądu przez Roberta Wardala. Uzmysławiam sobie jak w imię ówczesnego prawa rozprawiano się z przeciwnikami politycznymi. Na czym polegała "zbrodnia", której dopuściła się 24-letnia kobieta. Protokół przesłuchania z 4.09.1945 zawiera dane osobowe: Helena Wardal ur. 16.01.1921 r. w Mierźwiączce, córka Władysława i Antoniny, zam. w Irenie ul. Towarowa, obywatelstwo polskie, wyznanie rzym-kat., bez zawodu, wykształcenie7 kl. SP, mężatka, bez majątku. Swój życiorys streściła do słów: Mąż mój był buchalterem, ja zajmowałam się gospodarstwem domowym. Podczas okupacji mąż w 1942 r. został aresztowany przez Niemców, a następnie wywieziony do Oświęcimia. Po 2 tygodniach dostałam wiadomość że tam zmarł. Następnie wraz z dwojgiem dzieci wyprowadziłam się do matki swej zamieszkałej w Irenie. Tam przebyłam okres okupacji Do org. AK wstąpiłam w 1943 r. Byłam zwerbowana przez "Błyska", otrzymałam pseudonim "Ramzesowa". Miałam funkcję łączniczki Oficer śledczy WUBP w Łodzi E. Bocheński pisał dalej: Obecnie należę do org. NSZ. Zwerbowana zostałam w II połowie czerwca 1945 w Dęblinie przez "Trzaska", którego nazwiska nie znam... Dowódcą moim był "Orlik”, którego byłam łączniczką.
Mieszkając u matki swej w Irenie, Bąk Antoniny, przychodził do mnie "Trzaska" i wręczał mi gazetki bądź jakieś paczki, których zawartości nie znałam, a które dostarczałam pod wyznaczony punkt w Puławach. W wyznaczonym dniu (czwartek) na ul. Lubelskiej, człowiek o ps. "Mężny" odbierał przesyłki.. W piątek przychodził Trzaska i jeśli coś przywiozłam - zabierał. Z terenów Dęblina nie znam nikogo więcej. Gazetek było od 100-200 szt. Do Łodzi przyjechałam na początku sierpnia 1945 r. Pragnieniem moim było zacząć tu pracować w fabryce. Przyjechałam z siostrą Albiną i z dzieckiem... Do Łodzi przywiozłam 15 szt. gazetek "Żagiew" które otrzymałam od Trzaski, aby je wręczyć Grabskiemu. W Łodzi miałam być łączniczką Grabskiego. Z otoczenia Grabskiego znałam "Pawła", którego widziałam raz u Grabskiego. na tym przesłuchanie zakończono.
W protokóle z 18.09. spisanym przez H. Czarnego podkreślono: Przez cały czas mojej przynależności do organizacji utrzymywałam się jedynie z pensji miesięcznej, płaconej mi przez organizację. - Najwyższy Sąd Wojskowy 29.09.1945 r. w składzie: mjr Alfred Jankowski - przew. mjr Stanisław Gwizdowski - czł. ppor. Feliks Płoszajski - protokolant z udziałem Prokuratora Naczelnej Prokuratury mjra Antoniego Trelli i 5 obrońców rozpatrzyła sprawę przeciwko 10 oskarżonym z art. I Dekretu o Ochronie Państwa z 30.10.1944 r. i na przewodzie sądowym ustalił że: NSZ organizacja współpracująca za czasów okupacji z Niemcami, mając obecnie za zadanie walkę z Rządem Jedności Narodowej, obalenie demokratycznego ustroju Państwa Polskiego oraz walkę przeciwko sojuszowi polsko- radzieckiemu a w szczególności Armii Czerwonej... siłom zbrojnym Państwa Polskiego, Urzędowi Bezpieczeństwa i MO oraz działaczom demokratycznym, współdziałającym z organami państwowymi i samorządowymi a w szczególności przeciwko członkom PPR, Samopomocy Chłopskiej i nauczycielstwu demokratycznemu - posługuje się w walce tej środkami wybuchowymi o wielkiej sile wywołującymi niebezpieczeństwo powszechne, sądami kapturowymi, a ponadto, stosując terror, dąży do planowego wytępienia ludności żydowskiej... że w wykonaniu tych nieziszczalnych mrzonek oskarżeni jako członkowie tej organizacji.....
IV. Oskarżona Wardal Helena ps. Ramzesowa brała czynny udział w org. NSZ, pełniąc do końca lipca 1945 r. funkcję łączniczki pomiędzy "Orlikiem" a Trzaską i od sierpnia do 1.09.1945 pomiędzy Orlikiem a Grabskim Marianem "Specem", pobierając pensję w wys. 1000 zł miesięcznie. Przechowywała relacje o wykonywaniu wyroków śmierci w okręgu łódzkim przez grupę egzekucyjną "Błyskawica". Nadto jako łączniczka przewoziła gazetki NSZ w ilości 100-200 szt. tygodniowo, przez co udzielała pomocy związkowi NSZ mającemu na celu obalenie demokratycznego ustroju Państwa Polskiego. czem dopuściła się przestępstwa z art. I Dekretu o Ochronie Państwa...
Sąd postanowił... uznać każdego z nich za winnego popełnionych mu przestępstw i skazać na mocy art. I... Grabskiego Mariana, Maika Jerzego, Walaszczyka Jerzego, Wardal Helenę i Banasika Mieczysława, każdego z nich na karę śmierci przez rozstrzelanie... Wyrok jest ostateczny i zaskarżeniu nie podlega. Podpisy.
Spieszono się bardzo. Tego samego dnia pod wyrokiem zapisana jest odręcznym pismem notatka: "W stosunku do skazanych: Grabskiego Mariana, Maika Jerzego, Walaszczyka Jerzego i Wardal Heleny z prawa łaski nie skorzystam. Skazanemu Banasiakowi Mieczysławowi zamienić karę śmierci na 10 lat więzienia z pozbawieniem praw obywatelskich i honorowych na lat 5 po odbyciu kary". W podpisie: Bolesław Bierut. 29.IX.1945 .
Protokół o wykonaniu kary śmierci w dn. 1.10.1945 r. podpisali: kpt. Cz. Łapiński - prokurator, ppor. K. Kamiński - lekarz, dca Plutonu Egzekucyjnego J. Wrona. W obecności ks. Piotra Lisieckiego. Tak oto pozbyto się czworga przeciwników politycznych, z których dzięki powyższemu zapisowi, przynajmniej w przypadku Heleny Wardal wiemy dokładnie jakie dowody stanowiły o jej winie i jakie prawo posłużyło do wydania wyroku. Okrutnego, bezwzględnego i nieludzkiego. 23 marca 1992 r. Sąd Wojewódzki w Łodzi, IV Wydział Karny... po rozpatrzeniu sprawy Heleny Wardal... wniosku Roberta Wardala w przedmiocie stwierdzenia nieważności wyroku NSW na sesji wyjazdowej w Łodzi, na podstawie art. 1 ust. 1/2/ Ustawy z dn. 23.02.1992 r. o uznanie za nie ważne orzeczeń wydanych wobec osób represjonowanych za działalność na rzecz niepodległego bytu Państwa Polskiego (Dz.U. Nr 34, poz. 149) postanawia: stwierdzić w stosunku do Heleny Wardal nieważność wyroku Najwyższego Sądu Wojskowego w Warszawie na sesji wyjazdowej... Zważywszy, że zarówno opis czynu(ów) przypisanego(ych), jak i przyjętej kwalifikacji prawnej wskazują, iż czyn(y) popełniony(e) został(y) w związku z działalnością na rzecz niepodległego bytu Państwa Polskiego w czasie przewidywanym a art. 1 ust. 4 cyt. ustawy, a nie podlega(ją) wyłączeniom z art. 1 ust. 3 należało stwierdzić, że w mocy art. 1 ust. 1/2/ tejże ustawy opisany wyrok uznany został za nieważny." W r. 1959 rodziny dokonały ekshumacji zwłok M. Grabskiego, Heleny War dal, J. Walaszczyka i J., Maika, oddając im należny hołd. Czytelnikowi należy się chwila zadumy nad tym wyrokiem, nad tragiczną śmiercią ludzi, którzy w dzisiejszym rozumieniu przez ludzi prawa i obywatelskiego obowiązku, właśnie czynili dobrze. Maria Turlejska w rozdziale: "Prawne podstawy wyroków" udowadniała, że nawet ówczesne czyli z 1945 r. prawo nie zmuszało do takiej bezwzględności i okrucieństwa.
"Większość wyroków zatwierdzał B. Bierut: prezydent KRN, pełen nienawiści do "wrogów ustroju demokratycznego"... nieubłagany i bezwzględny, nie uwzględniający okoliczności łagodzących, nie liczący się ani z ich często młodym wiekiem, ani z cierpieniami w hitlerowskich obozach koncentracyjnych... jenieckich... z ich powojenną nędzą, ani z ewolucją ich przekonań, ani z ich poprzednią niekaralnością, ani z ich w większości niskim poziomem wykształcenia i słabym wyrobieniem politycznym. Drakońskie kary były sposobem na zduszenie oporu i ubezwłasnowolnienie obywateli. Oliwa wypłynęła choć życia już się nie wróci. Więc może niech pozostanie nauka i przestroga płynąca z tych jakże tragicznych doświadczeń. Publiczne potępienie i twardy osąd historii.
opr: Zbigniew Lipski „MR” nr 1/1997

21. Byłem żołnierzem Orlika

/wspomina Zygmunt Czerniejewski/

Czerwiec w środowisku Koła Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej w Rykach stanowi swoisty punkt zatrzymania dla wspomnień i refleksji. Kolejny już Zarząd Koła w składzie: Tadeusz Kalisz - prezes, Zygmunt Czemiejewski i Jan Gajek - wiceprezesi, Tomasz-Arkadiusz Olek - sekretarz, Henryk Gośniak - chorąży sztandaru, Stanisława Cholewińska i Michał Joński – członkowie zarządu, jest nośnikiem idei i pamięci, która powinna trwać wiecznie. Czas, niestety, zabiera na wieczną wartę kolejnych spośród ich grona.
W majowy dzień, gdy papież - Polak, Jan Paweł II ląduje po raz kolejny na polskiej ziemi, rozmawiam z jednym z żołnierzy "Orlika" - Mariana Bemaciaka, z "Drucikiem". W kwietniu minęła już 50 rocznica ujawnienia żołnierzy 15 p.p. "Wilków" AK w UB w Garwolinie. Dzieci szkolne przychodzą do nich i pytają - niech pan opowie - jak było. Ale pamięć ludzka jest krucha. Książka Jerzego Ślaskiego "Żołnierze Wyklęci" wydana w ub. roku wypełniła pewną lukę. Odpowiedziała na wiele z tych pytań, ale czy na wszystkie. Na temat ujawnienia J. Ślaski napisał: 25 marca 1947 r. "Spokojny" wraz ze swymi ludźmi ujawnił się w Garwolinie. W ciągu następnych dni grupowo ujawniali się jego podkomendni. Oddali sporo broni: dwa działka plot, z których tak byli dumni, choć ani razu z nich nie wystrzelili, 270 pocisków do nich, 8 rkm, 58 pistoletów maszynowych, 120 kb, 49 pistoletów, ok. 5 tys. sztuk amunicji, ok. 200 kg trotylu, maszynę do pisania, telefon wojskowy. Łącznie w PUBW w Garwolinie ujawniło się około 200 ludzi: partyzantów z oddziałów leśnych, członków drużyn dywersyjnych, członków placówek. W kilka dni później ujawnił się w Puławach "Żuk" wraz z południową częścią zgrupowania, nadal zwanego zgrupowaniem "Orlika". Liczba ujawnionych ludzi i zdanej broni (oczywiście bez działek) była podobna..."
Z Zygmuntem Czemiejewskim ps. "Drucik" rozmawiam o tych działkach i samym procesie ujawniania. On sam żołnierzem "Orlika" stał się w połowie 1943 r. To potwierdza dokument weryfikacyjny: V.1943 - VII.1944 ZWZ AK, od 1945 – do 02.1947 WiN.. Kapral AK. Podpisał Zygmunt Zebracki ps. "Zeliwa". Gdy wstępował do organizacji miał 18 lat (ur. w Niedźwiadce 1.05.1925 r.). Jego bezpośrednim dcą – plutonu III-go - był "Junacz" Jerzy Jurkiewicz.
... Na jesieni r. 1946 kilkanaście osób z oddziału "Orlika" zostało aresztowanych przez UB i MO. Stało się to w dużej mierze z inspiracji "Wulkana" - Ryszarda Grondkowskiego. Przyszedł on do oddziału z wojska. Kiedyś w 1945 r. został rozbrojony przez naszych ludzi, wśród których był "Sosna" Stanisław Królik. Wtedy partyzanci żołnierzy WP puścili wolno. Rysiek błąkał się w terenie i wreszcie przyłączył się do oddziału. Był dobrym i odważnym żołnierzem. Zaskarbił sobie sympatię pozostałych partyzantów, w tym i dowództwa. Wiedział
więcej niż wielu z nas. I po czerwcowym referendum 1946 r. - głośne 3 x tak (30.06) - zniknął. Przed planowanymi na 19.01.1947 r. wyborami, władza chciała zdusić podziemie. Z takimi jak "Wulkan" było jej znacznie łatwiej powybierać z "gniazd", "melin" i placówek naszych ludzi. Tak zdjęto z placówki m.in. Władysława Warownego, Jana Filipka, Adama Zdrojewskigo i Stefana Kamarka i skazano na śmierć w pokazowym, a jednocześnie doraźnym procesie 15 stycznia 1947 r. w Rykach. Staliśmy wtedy na Kolonii Zaleskiej u Mateuszowej Warownej. Wiedzieliśmy o procesie na bieżąco, wszystko. Ale było nas tylko ok. 30 ludzi. Ryki były obstawione wojskiem. Po kolacji odmówiliśmy modlitwę i ruszyliśmy w kierunku Woli Gułowskiej. Po przejściu 100-150 m, od Ryk usłyszeliśmy serie strzałów. "Żbik" - Bolesław Mikus, który nas prowadził dał komendę "stój". Powiedział: "Już s...y naszych rozwalają - czapki z głów". Na drodze od Kol. Zaleskiej do Rososzy uczciliśmy minutą ciszy naszych kolegów. Byliśmy bardzo przygnębieni.
Po wyborach, znowu głośno było o ujawnianiu. Sejm Ustawodawczy uchwalił ustawę o amnestii dla więźniów politycznych i członków podziemia (22.02). W marcu usłyszeliśmy, że niektóre grupy już się ujawniły. "Spokojny" - Wacław Kuchnio wysłał na Lotnisko w Dęblinie trójkę rozpoznawczą: "Krakusa" – Władysława Kisiela, "Wilka" - Walentego Olka i "Lisa" - Zygmunta Kultysa. Odbyli w dowództwie wstępne rozmowy i drezyną kolejową wrócili do Leopoldowa, gdzie oddział "Orlika" stał na kwaterach. Nie wszyscy, "Wilk" został jako swojego rodzaju "zastaw". Następnie do "Lisa" i "Krakusa" dołączył "Spokojny" i pojechali do Dęblina, na dalsze rozmowy. Była umowa, że będą 2-3 razy dziennie dzwonić linią telefoniczną kolejową aby potwierdzić, że rozmowy się toczą i nie zostali aresztowani. "Spokojnego" w oddziale zastępował "Żbik". Rozmowy trwały chyba kilka dni. Raz "Żbik" dzwoni i prosi - dajcie "Spokojnego". W odpowiedzi słyszy. że ten jest zajęty, bo rozmawia z generałem. "Żbik" nie ustąpił. Dajcie "Spokojnego", bo zaraz usłyszycie nas - chłopaki ognia -. Przerwali naradę. "Spokojny" podszedł do telefonu. Powiedział: Dajcie spokój, nie bałagańcie.
Ta delegacja z Dęblina, została przewieziona do Garwolina i ujawniła się w tamtejszym PBUW jako pierwsza. "Spokojnemu" pozostawiono jako dcy pistolet "15-kę" belgijkę. Przyjechał do nas i dał rozkaz. Ściągamy pod Ryki i będziemy się ujawniać grupami. Ty "Jastrząb" (Zygmunt Rusek), "Cezary" (Henryk Gośniak) i "Drucik", pojedziecie do Zalesia do dziadka Józefa Bieńczyka i powiecie, żeby wskazał wam gdzie jest ukryte działko plot, a później do Jana Kalbarczyka - nazywaliśmy go "Dętka", do Swat po drugie. Pierwsze było rzeczywiście zakopane w zagajniku k/Zalesia.
Drugie... no właśnie. Pan Jan nie spieszył się go oddać. Zaprosił na poczęstunek, a gdy ponaglaliśmy, że przecież zejdzie się nam z jego odkopywaniem i czyszczeniem powiedział – nie bójcie się - ono jest u mnie w domu. Ale to przecież nie pistolet - mówimy. Wypiliśmy po kieliszku i gospodarz prowadzi nas na podwórko. Na jego środku leży duża sterta choiny, chrustu, jak to na wsi. Odwalamy ją i wyciągamy dobrze zakonserwowane działko.
Wszyscy ujawniliśmy się w Garwolinie w budynku sławnym z więzienia, pod białym orłem. Ja byłem w środkowej grupie. Oddałem swój automat - górszczak - tak je nazywaliśmy. Milicjanci i ubowcy nie powiem, zachowywali się grzecznie i delikatnie. Ale wypytywali o wszystko. O akcje, kto kogo zabił, co kogo skłoniło do pójścia do oddziału itp. Nie wszyscy byli bardzo rozgadani ale w 1947 r. my o nich nie wiedzieliśmy tyle co obecnie, co robili do roku 1956.
Po opuszczeniu tego gmachu wielu chłopców porozjeżdżało się. Szybko się zorientowaliśmy, że pozostawanie w miejscu stałego zamieszkania to narażanie się na aresztowanie i więzienie. Zostaliśmy bez pracy, nikt się nami nie troszczył, a żyć chciało się. Nikt się nie troszczył? Chyba, że tak jak "Mścicielem" – Stanisławem Warownym, którego zastrzelono za kilka miesięcy pod Trojanowem, jak "Spokojnym", który zginął wraz z żoną Zosią w 1948 r. w Warszawie, jak "Zukiem" – Zygmuntem Wilczyńskim, "Świtem" - Zygmuntem Kęską...
W Rykach zostało trzech Owczarskich: Zbigniew, Zenon i Edmund, Walenty Olek, Henryk Gośniak, Zygmunt Rusek, Edmund Rodak, Tadeusz Kalisz, Zygmunt Kultys, Kazimierz Wojtaś, ja. Nie wszystkie nazwiska się już dziś pamięta.

opr. Zbigniew Lipski „MR” nr 6/1997

22. Strasenbaum Schalinger und Company Wien w Rykach

/wspomina Kazimierz Czerski/

Był luty 1941 r. Życie w Rykach jak w całej Generalnej Guberni zdawało się być ustabilizowane na długie lata. Oczywiście, na poziomie narzuconym przez okupanta. I wtedy, niespodziewanie dla mieszkańców, do Ryk zjechała i usadowiła się na kolejne trzy lata, austriacka firma "Strasenbaum Schalinger Und Company Wien" i współpracująca z nią niemiecka firma "Organisation Todt". Na najwyższych szczeblach władzy hitlerowskiej zapadła decyzja o ataku na Związek Radziecki. Potężna armia niemiecka wymagała odpowiedniego zaplecza, dobrych szlaków komunikacyjnych dla przemarszów i zaopatrzenia. Firma Schalinger miała tym się zająć, dostarczając wykwalifikowanych kadr, technologii i sprzętu. Na swoją bazę zajęła teren od skrzyżowania ulic Warszawskiej i Żytniej, wzdłuż tej ostatniej, aż po oborę dworską (obecnie teren PGKiM) i w głąb na północ od zabudowań dworskich. Po przeciwnej stronie ul. Warszawskiej były biura, w domu pp. Kontowiczów i Domańskich (nr 36 i 38). Tam znajdowały się również kuchnia i stołówka dla urzędników niemieckich. Pod budynkiem był magazyn żywności, broni i materiałów wybuchowych. Obok biura dyrekcji, trochę w głębi, stał drewniany budynek zamieniony na chlewnię.
Narożnik: Lubelska - Żytnia zajmowały warsztaty samochodowe, budynek stolarni, a na wzgórzu, gdzie obecnie mleczarnia, była piwnica na warzywa, od południa i od wschodu obudowana magazynami. Na północ od Żytniej były place i baraki mieszczące m.in. biura firmy Schalinger i Organisation Todt. Na miejscu obecnej rozlewni wód mieściła się kuchnia polska, a obok niej magazyn na mięso i masło dla kuchni niemieckiej i polskiej. Na samym narożniku po stronie ul. Warszawskiej i Żytniej stał barak, będący siedzibą kompanii Wermachtu, ogrodzony wysokim płotem z drutu kolczastego.
Na place przy ul. Żytniej zjechała się niewidziana tu nigdy przedtem duża ilość pojazdów. Samochody marek Magierus, Bissing, Skoda, walce parowe, cysterny na asfalt, beczkowozy itp. Nie wszystkie pojazdy tam się pomieściły więc część ich w nocy parkowało wzdłuż ul. Warszawskiej od Domu Ludowego do poczty. Zadaniem tego przedsiębiorstwa było poprawienie stanu dróg, głównie drogi Ryki - Garwolin - Kołbiel, naprawa pasów startowych na lotniskach w Dęblinie i Ułężu, a także budowa obozu na Majdanku. Firma Schalinger ożywiła środowisko ryckie. Dawała płatne zatrudnienie (minimalne) dla nawet kilkuset (w szczycie) osób z okolicy. Chroniła przed wywózką "na roboty" do Niemiec, odnawiała infrastrukturę w terenie.
Oddział Schalingera na Polskę miał dyrekcję w Krakowie. W Rykach najważniejszą osobą był Kibelberg - Austriak "ze szklanym okiem". Urzędnicy austriaccy nosili się po cywilnemu, tylko niektórzy z nich zakładali brunatne mundury z czerwonymi opaskami ze swastyką. Urzędnikami byli też Polacy. W dyrekcji pracował inżynier drogowy Henryk Krzywiec. W biurze zarządu firmy pracowali: Mirosław Leszek (tutejszy) oraz wysiedleńcy z poznańskiego: Stanisław Kłoda, Tadeusz Tomkowiak, pani Ada(?), Rogacz i Podlaski. Majstrami byli Austriacy, brygadzistami Austriacy i Polacy. Z majstrów zapamiętał Tenfela, który był diabłem w ludzkiej skórze i Hambauera, dobrze mówiącego po polsku, lubianego i szanowanego przez robotników. Austriacy byli przeważnie ludźmi starszymi i ze złym stanem zdrowia. Np. Hambauer był inwalidą z I wojny światowej, pociągał nogą. Chodził ubrany w szynel, cywilną czapkę z daszkiem i szyją okręconą szalikiem. Prawdopodobnie miał poglądy socjalistyczne. Robotnicy wiejscy przywozili mu jajka i masło, ale on zawsze płacił im po cenach rynkowych, nie chciał darmo. Kierownikiem warsztatów był w końcowej fazie - werkmajster - Polak - Janiak. Szoferami w większości byli Polacy, reszta Austriacy. Pochodzili z kieleckiego, krakowskiego i ze Śląska. Każdy szofer miał pomocnika. Tutejsi szoferzy (kierowcy) to: Bolesław Krupiński, Zygmunt Bieniak, Piwoński, pomocnicy to: Tadeusz Frycz, Kazimierz Wojtasik (do dziś pamiętający tamte czasy). Większość załogi stanowili robotnicy drogowi z Ryk i okolic. Byli wśród nich m.in. Pacek, Józef Ostrzyżek, Benedykt Stolarczyk, Tadeusz Łopaciński, Marciszek - senior, Henryk Marciszek, Witek. Każdy robotnik otrzymywał w pracy ubranie robocze, wojskowy płaszcz z demobilu, buty skórzane na drewnianych podeszwach, niektórzy wojskowe czapki bez emblematów, menażki, łyżki. Praca była płatna, ale pensja robotnika starczała dla przykładu na 1. kg słoniny kupionej na "czarnym" rynku. Wszyscy dostawali kartki żywnościowe na artykuły spożywcze od chleba po mięso. W warsztacie stolarskim pracował, jak sobie przypominam, cieśla Stanisław Romanowski i stolarz Rutkowski. W kuchni niemieckiej pracowali: Irena Domańska, Jadwiga Domańska, Witold Domański, Janina Rutkowska i inni. Dozór nocny nad obiektami firmy sprawowali stróże: m.in. Jan Jabłoński, Frycz.
Pan Kazimierz Czerski dostał z Arbaitsamtu nakaz pracy w charakterze hilfskraft - pomocy kuchennej. Trafił do kuchni polskiej. Prawą ręką szefa żywienia i magazyniera żywnościowego był Tadeusz Tomkowiak z poznańskiego, chłopak w wieku 16-17 lat. Świetnie znał niemiecki. W kuchni szefował dwudziestolatek Marian Grzelak ze Swatowskiej. Kucharzami byli: Stanisław Kołakowski z Młynarskiej, St. Samerdak, przedwojenny kelner z Hoteli Bristol w Warszawie i Zdzisław Szulik (późniejszy pułkownik - attache w Helsinkach). W okresie największego nasilenia robót pracowali w firmie młodszy brat Zdzisława - Edward Szulik i Kazimierz Czerski.
Kuchnia mieściła się w szopie z desek. Był tam kocioł o poj. ok. 1200 I. aluminiowy na zupę i trzy kotły żeliwne, wmurowane w kuchnię. Praca rozpoczynała się o g. 5.00 rano. Rozpalano ogień pod kotłem z ugotowaną wieczorem kawą zbożową, podgrzewano ją i słodzono sacharyną. Około 6.00 wydawano robotnikom na śniadanie kawę i razowy chleb z kostką wielkości paczki zapałek - marmolady, czasem mniejszą topionego sera lub sztucznego miodu. Po śniadaniu robotnicy wyjeżdżali do pracy na ok. 10 godzin. W kuchni przygotowywano obiad, który dowożono na stanowiska pracy.
Kazimierz Czerski jako młody pracownik dowoził wodę w beczce umieszczonej na drewnianej taczce. Pobierał ją ze studni usytuowanej obok polskiej łaźni na ul. Warszawskiej. Do wody dodawano gnaty wołowe i świńskie, łby cielęce lub wołowe, na zaprawę - mąkę. Kartoflanka z kapustą, krupnik z kaszy jęczmiennej, czasem zupa grochowa, rzadziej fasolowa z makaronem fabrycznym lub kluskami robionymi z mąki wyjeżdżała w termosach w teren. Z kolacją trzeba było czekać na przyjazd wszystkich grup robotników. Bywało, że ostatnia grupa zjeżdżała około północy. Na kolację podawaliśmy zupę albo kawę z chlebem. Po tym sprzątaliśmy kuchnię, myliśmy kotły i narzędzia kuchenne, szorowaliśmy podłogę stalowymi szczotkami.
Cz.2
Wyżywienie polskich robotników było skromne, ale byli tacy, których los był jeszcze gorszy. Okresowo pracowali w tej firmie jeńcy radzieccy. Nocowali w barakach. Kuchnię odgrodzono wtedy od reszty placu płotem z drutu kolczastego, zrobiono furtkę zamykaną na kłódkę. Rosjanie cierpieli z głodu. Jeden z jeńców dogadał się z młodym pracownikiem kucharzy. Zmówili się na konkretną porę wieczorową, Polak podawał Rosjaninowi przez furtkę, otwieraną dorobionym kluczem wiadro z zupą. Nie było to bezpieczne bo z boku 20 m od furtki chodził niemiecki wartownik. Za odruch współczucia można było drogo zapłacić. Najtragiczniejszy był los Żydów. Pewna ich liczba była zatrudniona na placach w obrębie firmy.
Pewnego dnia przyjechali SS-mani z Dęblina, wybrali 5 Żydów, kazali im zabrać ze sobą łopaty i wyprowadzili ich na tyły terenów firmy, w pobliże żelaznego krzyża przy ul. Żytniej. Świadkowie mówili później, że kazali im walczyć między sobą z pomocą tych łopat. Zwycięzcy obiecali darować życie. Nieszczęśnicy stoczyli ze sobą tę walkę. Widok pobojowiska był makabryczny. Inne nieszczęście spotkało młodą i piękną Żydówkę pracującą w kuchni niemieckiej, w której zakochał się 18-letni syn jednego z austriackich inżynierów. Oboje jechali kiedyś razem do Dęblina. W Moszczance zatrzymał ich patrol żandarmerii niemieckiej. Dziewczynę wywlekli z samochodu i na oczach zrozpaczonego kochanka zastrzelili.
W pewnym okresie na terenie firmy stacjonowało wojsko węgierskie, oficjalni sojusznicy Niemiec. Mieli własne zaopatrzenie, suszone mięso, wędliny, soloną słoninę, itp. Na placu urządzili sobie skład wina w beczkach i mniejszych antałkach. Niemcy zazdrościli im tego. Węgrzy byli przyjaźnie usposobieni do Polaków. Mieli własną żandarmerię odznaczającą się noszonymi przy czapkach kogucimi piórami. Paradowali często po mieście niezależnie od żołnierzy Wermachtu hauptmana Spitza. Zdarzało się, gdy zobaczyli rabujących polskim wieśniakom kury lub gęsi czy inne produkty rolnicze, stawali w ich obronie. Dochodziło nawet do bójek między nimi z użyciem kolb karabinów. Po jednym takim incydencie ustały niemieckie rabunki.
Z Węgrami szedł handel wymienny. Panu Kazimierzowi zostały dwa kożuszki i buty wojskowe, kupione za bimber. Wśród Węgrów byli też Żydzi, w mundurach bez dystynkcji, używani do pracy. Na stację w Rykach przychodziło kruszywo dla "Schalingera" i inne materiały. Żydzi węgierscy rozładowywali je z wagonów. Woził ich na stację młody węgierski kierowca - faszysta. Pewnego razu, ten kierowca szaleniec wiózł około 14 Żydów. Na zakręcie siła odśrodkowa wyrzuciła ich przez wyłamaną burtę. Wypadli wszyscy na ulicę. Materiał na którym siedzieli ich przygniótł. Siedmiu zginęło, reszta odniosła rany. Żandarmeria węgierska, badająca przyczyny wypadku skuła kierowcę kajdankami. U Węgrów cena życia była większa niż u Niemców.
Upływał czas. Codzienna, znojna praca przeplatała się z różnymi, często tragicznymi zdarzeniami. W któryś z czerwcowych dni roku 1944 na plac składowy zajechała wojskowa ciężarówka. Niemieccy żołnierze załadowali na skrzynię ckm, kilka karabinów i inny sprzęt wojskowy. Samochód ruszył w stronę Warszawy, zapewne na jakąś akcję. Po upływie dwu lub trzech godzin powrócił. Po opuszczeniu klapy samochodu Niemcy zdjęli na ziemię zwłoki człowieka. Miał roztrzaskaną głowę, ubrany był w kombinezon. Otoczyła go grupa ciekawskich. Traf chciał, że był wśród nich p. Łysakowski - właściciel małego sklepiku usytuowanego po przeciwnej stronie ul. Warszawskiej. Z Dęblina przybył samochód wypełniony żandarmami. Trupa zabrano. Później wyszło na jaw, że był to Witold Łysakowski - partyzant z oddziału "Orlika" AK, który zginął w zasadzce pod Trojanowem. Syn właściciela sklepiku, którego wówczas on nie rozpoznał.
Wraz z przesuwającym się frontem niemiecko - radzieckim zmieniał się stan osobowy firmy. Kuchnia polska opustoszała. Szef kucharzy p. Grzelak pojechał z firmą na wschód do Rosji, Samerdak na własną prośbę został pomocnikiem kierowcy, odszedł Kołakowski, bracia Szulikowie zostali powołani do Baudienstu (darmowa junacka służba budowlana). Kazimierzowi Czerskiemu przydzielono do pomocy Edmunda Rodaka ze Swatowskiej. Front był coraz bliżej. Dnia 22 lipca 1944 r. rankiem partyzanci otoczyli biuro dyrekcji, rozbroili urzędników i ich ochronę, zabrali broń i żywność z piwnicy. Firma "Schalinger" wycofała się z Ryk na stację do Dęblina. Ostatnie samochody znikły z naszego miasta, na dwie godziny przed pojawieniem się pierwszego pancernego patrolu Sowietów.
Czas zaczął zacierać ślady. Ulica Żytnia zmieniła się od tamtego czasu nie do poznania, tylko zraniona pamięć przechowuje obrazy z tamtych lat.
Opr.: Wojciech Głodek „MR” nr 8, 9,

23. Ostatnie strzały artylerii niemieckiej

/wspomina Kazimierz Czerski/

Ten drewniany dom w Rykach jeszcze stoi. Jego oszklony ganek wychodzi na ulicę Łukowską. Właśnie przy nim, w upalny letni dzień pracowaliśmy razem z ojcem. Otoczenie jego było podobne do dzisiejszego, ale jednak inne, bo to już minęła epoka od tamtego czasu. Gdyby były wtedy w sprzedaży kalendarze, widniałaby na nich data 1944 r. Pytanie, kto miałby je wydać: Niemcy, którzy do niedawna byli tu władcami, czy Rosjanie, co w lipcu ich przepędzili i stali frontem na nie tak odległej Wiśle? W każdym razie życie naokoło toczyło leniwie swój wojenny byt, nie bacząc na zawiłości polityki. Na prawo, na niewielkim wywyższeniu terenu stał budynek pożydowskiej łaźni, który otaczały z dwóch stron miejskie ulice. Były właściciel kuźni - Żyd Motek był postacią znaną w miasteczku, ze względu na swój wyjątkowo wysoki wzrost. Ale jego już nie było, tak jak i jego trzech tysięcy współbraci w wierze mojżeszowej.
Rozdział o ich martyrologii na drodze do stacji kolejowej w Dęblinie i dalej w niemieckich krematoriach został już zamknięty. Ulica Łukowska powyżej kuźni skręcała, tak jak dzisiaj, pod kątem prostym, do centrum Ryk, a ta druga, obecnie Cicha, a wtedy Kapitulna, biegła prosto jak strzelił. Za pierzeją kamieniczek przy Łukowskiej skrywał się Stary Rynek, przy którym królowała bożnica. Na lewo od nas, ulica przebiegała przez most na rzece Zalesiance i potem wąską groblą, brukowaną "kocimi łbami", przeciskała się między stawami Skalskiego i Buksa. Grobla obsadzona była po obydwu stronach wierzbami. Za mniejszym stawem stał budynek - młyn "Skalskiego", w którym przed wojną działała elektrownia, a teraz stanowił on ważny obiekt, potrzebny do zaopatrywania frontu i ludności cywilnej. Po okolicy kręciło się trochę ludzi za swoimi sprawami, albo w poszukiwaniu takowych, bo deficyt przyfrontowy obejmował wszelkie ludzkie potrzeby. Do normalności było jeszcze daleko. Najgłośniejsze były dzieci bawiące się w pobliżu grobli. Największe zaś zainteresowanie wzbudzała grupka radzieckich kawalerzystów, kiepsko umundurowanych, ale przy szablach. Wystawiali oni na sprzedaż kucyka, który z jakiegoś względu mógł "zejść" ze stanu posiadania oddziału. Targ został w końcu "dobity". Konik przeszedł w polskie, cywilne ręce za flaszkę bimbru i połeć słoniny. Żołnierze usatysfakcjonowani, udali się nieco w górę Kapitulnej, usiedli na schodkach jednej z kamieniczek i w ciepłym słońcu konsumowali swoją zapłatę. Rozgrywająca się scena miała jeszcze jednego "aktora" skrytego w oddali na polach Jankowszczyzny. O nim nikt wtedy nie wiedział. Został ujawniony później przez wojskowe patrole.
Tymczasem w tą letnią sielankę wkradł się, nadchodzący górą, niepokojący odgłos. Działania wojenne nauczyły ludzkie uszy rozróżniać wiele złowieszczych dźwięków więc i tym razem nikt nie mógł mieć wątpliwości, że zbliża się niebezpieczeństwo. Nasilający się gwizd wskazywał, że tu gdzieś blisko ma się wydarzyć katastrofa, choć rozumem człowiek nie pojmował skąd był wymierzony cios. Potężna eksplozja w południowej części miasteczka przerwała wszelkie wątki myśli (to wybuchł pocisk na granicy dworskiego sadu, gdzie obecnie jest deptak "Spacerowa"). Kilka minut dane było ludziom na postawienie sobie pytań bez odpowiedzi. A na niebie zbliżał się powtórny, taki sam dźwięk. Słuchem śledziłem jego trajektorię zakończoną wybuchem, tym razem zupełnie bliskim, w okolicy Rynku (to część bożnicy legła w gruzach). Ludzkie umysły a zaraz potem i ciała zaczęła ogarniać panika. Wszystko rozegrało się jakby na filmie w zwolnionym tempie. Bardzo trudno w takiej chwili podjąć jakiekolwiek działania. Ziemia nie chciała się rozstąpić, żeby dać upragnione schronienie. Potworny ryk poprzedził wybuch, gdzieś na grobli przy stawie, na prawo od mostka. Kilka chwil później leżąc widzę mężczyznę niosącego bezwładne ciało dziewczynki. Rozgrywającym się scenom ciągle przygrywają dźwięki na niebie, powtarzające się cyklicznie, od dalekich, wysokich, do basowych coraz bliższych, trudnych do wytrzymania.
Teraz na moich oczach zapalił się dach budynku, pod którym "Ruscy" odbywali swoją biesiadę, a za moment nastąpiła eksplozja. Instynkt podpowiadał mi, że trzeba koniecznie uciekać. Gdzie? W stronę rodzinnego domu, tam może będzie bezpieczniej. Biegłem Łukowską, potem Szkolną, gdzie poczułem krew w moim bucie. Jakiś mały odłamek skaleczył skórę na nodze. Na szczęście tylko tyle. Za plecami zostawiłem kilka kolejnych wybuchów, gdzieś w tamtym rejonie. Nad ulicą Łąkową wzniósł się dym z zawalonego domu (w piwnicy zasypało ludzi, których szczęśliwie sąsiedzi odkopali łopatami). Dobiegłem do domu na Jarmołówce, a ponieważ i tu kilka minut latały odłamki, schowaliśmy się z mamą i rodzeństwem w bruzdach ogrodu. Wszystko to trwało kilka godzin, aż do wieczora. Następne godziny spokoju przynosiły coraz nowsze informacje o sytuacji. Okazało się, że jedyny ślad po radzieckich kawalerzystach (pogięta szabla) znaleziono wiele metrów dalej, pod pożydowską bożnicą. Nabywcy konika też nie dane było przeżyć. Odłamek podciął mu gardło. Wyglądało to jakby nad tamtą transakcją handlową zawisło jakieś fatum. Cel niemieckiego, artyleryjskiego ataku - młyn "Skalskiego" nie został osiągnięty. Wyszło to na jaw w zeznaniach schwytanego niemieckiego dywersanta, który przez radiostację naprowadzał ogień z działa kolejowego, potężnego kalibru. Działo to strzelało zza Wisły, z Brzeźnicy, gdzie Niemcy korzystali z rokadowej linii kolejowej, zbudowanej jeszcze przez ich poprzedników do obsługi frontu w I wojnie światowej. Były to bodajże ostatnie ciosy zadane Rykom przez Niemców. Choć zamierzonego efektu nie przyniosły, to kto wtedy był obecny w miasteczku, zapamiętał to wydarzenie na zawsze.
Opr. Wojciech Głodek „MM” nr 4/2005

24. Wspomnienia żołnierza

/ wsp. Jan Jeżewski ps. „Zagrodny”

6. Wojna
W pierwszym dniu pokazały się co prawda samoloty, ale latały wysoko, czując respekt przed ogniem artylerii przeciwlotniczej. Jednak drugiego dnia zbombardowane zostało lotnisko w Dęblinie. Nasze samoloty zdążyły przebazować się na lotniska polowe. Sam widziałem kilka samolotów pościgowych czy szkolnych na prowizorycznym lądowisku w majątku Rososz. Walk powietrznych nie widziałem. Trzeciego dnia wojny w rejonie naszej stacji trafiony został pociąg z amunicją. Przez kilka godzin trwało groźne dzieło zniszczenia. Pierwszy nalot bodajże w czwartym dniu spowodował straty, głównie wśród ludności żydowskiej od ognia działek i karabinów maszynowych. Następnego dnia sytuacja się powtórzyła, tyle tylko że nieprzyjaciel użył bomb zapalających, zrzucanych w kasetach, które na pewnej wysokości otwierały się i wysypywały niszczący ładunek. Pożoga i dzieło zniszczenia było ogromne. Przeżyłem to z bliska bo wtedy przybiegliśmy ze stodoły położonej na kolonii, gdzie z wujem Henrykiem przenieśliśmy się w przeddzień, dla ratowania pozostawionego tam inwentarza żywego. Szalejący ogień nie strawił tylko domu babki i dwu sąsiednich.
Gdy o zmroku wracałem do stodoły spotkałem kilku zmęczonych żołnierzy, pytających o drogę w kierunku Lublina. W czasie którejś z kolejnych nocy w pobliżu słychać było gęstą strzelaninę, na szczęście bez przykrych skutków. Po spaleniu miasteczka naloty trwały nadal, a użyto w nich bomb burzących w tym bodajże cztery ciężkie. Jedna z nich wybuchła w odległości bodaj pół kilometra, ale wrażenie miałem jakby leciała na głowę. Pozostał po niej kilkumetrowy dół koło szkoły. Zginęła wtedy nauczycielka z poznańskiego. Przykre wrażenie sprawiali liczni uchodźcy. Szli miedzami, ścieżkami i dróżkami z zachodu na wschód, a po niedługim czasie wędrówka ta odbywała się w odwrotnym kierunku. Rodzina moja mimo, że u nas się nie przelewało dzieliła się z uciekinierami chlebem i mlekiem, to samo robili nasi sąsiedzi. W początkach października oglądałem naszych żołnierzy idących do niewoli. Niemców wtedy właściwie nie widziałem. Pamiętam tylko stojący na poboczu drogi czołg i szwadron kawalerii zdążający w kierunku Zalesia. Po powrocie z wojny ojczyma trzeba się było zająć gospodarką, zwłaszcza siewami oziminy.
7. Okupacja
Niemcy wprowadzając swoje rządy, na początek likwidowali tzw. element aspołeczny – takim zaś mógł być każdy. Jedną z ofiar był starszy ode mnie o rok chłopak; znałem go. Równocześnie pojawiły się ogłoszenia o obowiązku zdawania broni. Nakaz nie był przez wszystkich przestrzegany. Ojczym przyniesiony z wojny karabin ukrył dobrze.
Dla Żydów utworzono grupy pracy przymusowej tzw. „arbeitkomanda”. Pamiętam jak maszerowały czwórkami z prymitywnymi narzędziami na ramieniu, śpiewając. Śpiewali przeważnie tę samą piosenkę zaczynającą się słowami: Marszałek Śmigły Rydz/ nie nauczył nas nic/ a Hitler złoty/ nauczył nas roboty/. Ludność żydowska musiała nosić opaski lub naszywki z Gwiazdą Dawida oraz przebywać w określonym czworoboku ulic zw. Gettem. Perfidią ze strony Niemców było utworzenie organu samorządowego zw. „Judenratem” i żydowskiej policji. Słyszałem nie mało krytyki pod adresem tej ostatniej za gnębienie swoich współziomków. Niedługo i to się skończyło. Ryccy Żydzi ograbieni z kosztowności w maju 1942 r. zostali wypędzeni do Dęblina na stację i powiezieni na zagładę.
Na początku okupacji zimą 1939/40 przeżyliśmy szokujące zjawisko. Transportem kolejowym z poznańskiego przyjechali tzw. przesiedleńcy. Rodziny wyrzucone z ojcowizny, z rodzinnych miejscowości, znalazły się u nas prawie bez środków do życia. Zajęli się nimi przedstawiciele Polskiej Rady Opiekuńczej, w Rykach przeważnie personel Spółdzielni Rolnik. Pamiętam, że jedna z moich koleżanek w spółdzielni wyszła za mąż za takiego właśnie „przesiedleńca”.
Dużo wtedy czytałem. Coraz częściej byłem tez zatrudniany w gospodarstwie. Poznałem wtedy także murarstwo. Wyrosłem z używanych ubrań i z konieczności pojechałem na zakupy do Warszawy z panią, która trudniła się handlem. Stacja Dęblin cieszyła się wtedy złą sławą z powodu rewizji więc poszliśmy pieszo do Życzyna i stamtąd dojechaliśmy do celu. Zakupu uniformu kolejarskiego dokonaliśmy na mocno zatłoczonym placu za Żelazną Bramą. Niemcy często celowo, a czasami dla rozrywki zatrzymywali na ulicy przechodniów. Trafiło to i na mnie. Ale po otrzymaniu ciosu gumową pałką, innych reperkusji to nie pociągnęło. Zdarzyło mi się też w czasie pobytu w jednej z okolicznych wsi trafić na uzbrojoną bandę( może to były początki ukrywających się Rosjan i Żydów), która przetrzymała mnie i Kazika Siwka przez cały dzień i wypuściła do domu dopiero wieczorem, kiedy poruszanie się po terenie było jeszcze bardziej niebezpieczne. Do domu wróciliśmy więc dopiero nazajutrz. Chwilę grozy przeżyłem gdy raz wracając wozem do domu na podwórku zastałem kilku odpoczywających Niemców, żołnierzy Wermachtu. Poczułem się swobodniej gdy jeden z nich na osobności zagadnął mnie po polsku. Przed wieczorem grupa powędrowała pieszo dalej w kierunku północno – wschodnim. Niebawem rozeszła się pogłoska o tym, że Niemcy szykują się do wojny z Rosją. Niedługo pogłoska się sprawdziła, a z nią przyszła nowa. Niemcy w Dęblinie głodem i zimnem dziesiątkują jeńców rosyjskich. Widziałem kiedyś takiego nieszczęśnika, który uciekł z obozu i leżał bez sił pod stodołą gdy jechaliśmy z ojczymem do młyna. Po latach żona mi opowiadała, że jej wuj Czapski zaopiekował się takim właśnie jeńcem, lwowiakiem. Dla zaopatrzenia domu brakowało wszystkiego, chyba z wyjątkiem wódki, bo okupantowi zależało aby rozpijać Polaków. Szerzyły się choroby, głównie tyfus. W szkole zorganizowano nawet szpital zakaźny.
Opuszczony od początku niepodległości stary kościół niszczał. Niemcy kazali go rozebrać. W niedługim czasie pozostały tylko fundamenty. W miejscu przed głównym ołtarzem w podłodze była tablica, która teraz widnieje wmurowana w ścianę nowego kościoła. Postrzegając ją dowiedziałem się, że tu był pochowany ojciec ostatniego Króla Polski. Bardzo tego żałuję, że ten kościół nie został zachowany dla potomności jako zabytek kultury.
8. Praktyka w Kasie Stefczyka
W drugiej połowie lata 1941 r. niespodziewanie przyszedł do nas p. Szyszko i powiedział do matki: czas już zastanowić się nad dalszym losem syna. A zwracając się do mnie zapytał czy bym chciał pójść na praktykę do pracy w Kasie Stefczyka, która mieściła się w drewnianym budynku naprzeciwko kościoła. Chętnie się zgodziłem. Zaraz tam poszliśmy i rozpocząłem „urzędowanie”. Nauczyłem się księgowania. Po roku prawie p. Szyszko oznajmił mi, że moja praktyka dobiega końca i od września pójdę do Spółdzielczej Szkoły w Nałęczowie. Zostałem tam skierowany przez Zarząd Ryckiej Spółdzielni, a on zobowiązał się do pokrywania części opłaty za moją naukę w tej szkole. Gdy tam pojechałem szkoła bardzo mi się spodobała. Nosiła imię inż. Zygmu
nta Chmielewskiego. Była położona w wąwozie, w otoczeniu zieleni, z daleka od centrum. Ze mną przyjęty został też mój kolega z Ryk Rysiek. Dyrektorem był wówczas p. Stefan Paczos. Niedługo musiał się ukrywać przed Niemcami i wtedy zastąpił go p. Franciszek Szombara. Ważnego przedmiotu o spółdzielczości uczył nas p. Stanisław Barański. Mężczyzna średniego wzrostu i wieku, przejęty tym co robił. Miał chyba sześcioro dzieci. Najstarsza córka, była już prawie podlotkiem, najmłodszą piastowała p. Barańska. Pan Napoleon Nawrocki uczył nas matematyki. Z zaokrąglonym brzuszkiem, w średnim wieku, łysiejący, kawaler. Nazywaliśmy go Napoleonem. W połowie roku wstrząsnął nami fakt zastrzelenia przez nieznanych sprawców innego nauczyciela p. Wińskiego. Szkoła miała status „dla dorosłych”. My z Ryśkiem byliśmy prawie najmłodszymi. Życie biegło spokojnie. Raz pojawili się w szkole dwaj żandarmi, ale postali, pooglądali i poszli sobie. Niebezpieczeństwa pojawiały się gdy trzeba było pojechać do domu i przejść stację Nałęczów a potem Dęblin. Poznałem tam wielu kolegów jak Bocheński, Zaleski późniejszy redaktor redakcji rolnej w TV, Pietruszka, który poległ w walce z Niemcami, Małecki, który później emigrował do Nowej Zelandii, czy Kulik, późniejszy śpiewak Opery w Łodzi, zżyłem się z nimi, niektórych spotkałem po wojnie, jak Mazurkiewicza, prezesa Spółdzielni w Lublinie czy Boratyńskiego płka WP. W czerwcu 1943 r. po egzaminach otrzymaliśmy świadectwa ukończenia szkoły. Wracając do domu z Ryśkiem kupiliśmy gazetę „gadzinówkę” w Dęblinie. Wtedy dowiedzieliśmy się o mordzie na oficerach WP w lesie katyńskim.
10. Konspiracja.
W czwartym miesiącu pracy skończyłem 18 lat i zostałem zaangażowany do pracy konspiracyjnej. Stało się to po tym jak w czasie jednej z rozmów z naszym pracownikiem p. Edwardem Kapustą padło od niego ni to stwierdzenie ni to propozycja: panie Janie czas by już wstąpić do B.CH. Przyznałem, że rzeczywiście czas i zapytałem czy razem ze mną mógłby wstąpić mój kolega Rysiek Świątkowski. Za kilka dni złożyliśmy przysięgę i zostaliśmy członkami Batalionów Chłopskich, Rysiek jako „Wyrwa”, ja jako „Zagrodny”. Takie obraliśmy sobie pseudonimy. Zaraz potem rozpoczęła się działalność. Przyszedł do mnie p. Popiołek i poprosił abym poszedł z nim do jego biura. Gdy wszyscy wyszli do domu on polecił mi pisać na maszynie rozkaz czy meldunek. Okazało się że w spółdzielni zakonspirowana jest komenda podobwodu, a on jest jej komendantem o ps. „Konrad” i ma stopień kapitana. Popiołek z nikim nie utrzymywał stosunków przyjacielskich ani towarzyskich. Przesiedzieliśmy z nim w biurze nie jeden wieczór zimą 1943/44. On jako referent i redaktor ja w charakterze maszynistki. Zajmowałem się głównie rozmnażaniem regulaminów i instrukcji. Spośród ludzi konspiracji znałem poza wymienionymi tylko p. Bichtę z Ułęża jako komendanta rejonu Ułęż. Pamiętam, że rozkazy nadchodzące do komendanta podobwodu BCH (oddziały B.CH. były wtedy podporządkowane AK) podpisywali „Żeliwa” i „Sawa”. W tym czasie w żadnej akcji nie uczestniczyłem. Raz z udziałem pp. Ćwiklaka i Miłosza brałem udział w szkoleniu ze znajomości broni, raz w zarządzonej zbiórce i marszu treningowym. Ciekawym i wielkim wydarzeniem była uroczystość Święta Ludowego w warunkach konspiracji. Tak licznego zgromadzenia do tej pory jeszcze nie widziałem Pod względem organizacyjnym było doskonale przygotowane. Świadczył o tym wybór terenu, ubezpieczenie uczestników, transport ludzi i sama uroczystość. Święto to zapadło jego uczestnikom głęboko w pamięć.
Zaraz po tym święcie zostałem skierowany do leśnej podchorążówki BCH. Rozkaz otrzymałem od „Konrada”. W domu pożegnałem się z mamą, zgłosiłem się na punkt zbiórki u p. Zaręby. Doszło tam jeszcze dwóch jak ja amatorów przygody Zenek Lejwoda „Stary” i Bolek Tarka „Wolność”. Łącznik poprowadził nas gdzieś na północny wschód od Trojanowa. W zabudowaniach pod lasem zebrała się już spora grupa. Na zarządzonej zbiórce nastąpił podział na drużyny, zapisano nasze pseudonimy, podano regulamin. Komendantem podchorążówki był kpt. „Rafał”. Pewnego razu pojawili się w pobliżu Turkmeni w mundurach Wermachtu. Dowodził nimi młody lejtnant. Okazało się, że zdezerterowali od Niemców. Liczyli na pomoc swoich. Zostali przekazani do oddziału „Serafina”, a tam jak się dowiedziałem, ich rozstrzelano. Wcześniej poszukujący ich Niemcy weszli tyralierą do lasu odległego jakieś 1000 m od naszego obozowiska. Doszło do wymiany ognia z naszymi ubezpieczeniami. Zginął wtedy Lucjan Zaręba ps. „Grzywacz”.
Zastępcą „Rafała” był por. „Jerzy”. Szefem podchorążówki był przedwojenny plutonowy Bronisław Wielgomas ps. „Czamara”. Okazał się nim mój niedaleki sąsiad, którego żona mieszkała w Rykach. Prowadzone przez niego zajęcia z musztry, wychowania fizycznego i regulaminów wskazywały, że on sam przeszedł dobrą szkołę i potrafił to przekazać. Stosunki między nami i oficerami były poprawne, a nawet zażyłe, choć chwilami czuło się pozostałość po barierach z przed wojny pomiędzy korpusem oficerskim a podoficerskim.
W podchorążówce obowiązywała ostra dyscyplina wojskowa. Z reguły co dwa dni zmienialiśmy miejsce stacjonowania. Przemarsze odbywały się najczęściej późnym wieczorem i nieraz trwały całą noc. Jako przejściowe bazy bytowo – szkoleniowe służyły nam zagrody rolników, stojące na uboczu i z reguły pod lasem z dala od dróg i osiedli. Spaliśmy w stodołach i pamiętam, że niejednej nocy porządnie zmarzłem. Za uzbrojenie służyły nam przeważnie karabiny typu Mauzer, ostrych strzelań nie było. Spośród kolegów zapamiętałem Bolesława Tarkę, nieco starszego ode mnie, dobrego kolegę pochodzącego z Rososzy. Bolek później potwierdzał swoim podpisem moją przynależność do BCH, gdy wstępowałem do ZBoWiD. Był wtedy prezesem Zarządu GS „SCH” w Rykach. Zenek Lejwoda był najmłodszy z nas. Poszedł do podchorążówki bo Niemcy zamordowali mu ojca. Koleżeński i uczynny, wyrośnięty jak na swój wiek, należał do czołówki szkoły. Palił się do działania. Nadarzyła się okazja gdy jeden z naszych będąc na przepustce wszedł do sklepu w Łaskarzewie i zabrał ekspedientce niewielką ilość gotówki. W ślad za nim poszedł ktoś z miejscowych BCH- wców i zanim delikwent się spostrzegł został aresztowany i osadzony w piwnicy. Czyn wywołał zrozumiałe oburzenie, a kara mogła wtedy być jedna, najwyższa. Uratował go młody wiek i wstawienie się za nim działaczy z Łaskarzewa. Karę śmierci zastąpiono mu karą chłosty, a wykonawcą kary był właśnie Zenek. Siły nie żałował. Potem ukończył Wyższą Szkołę Morską i z dyplomem inżyniera mechanika pływał na statkach handlowych. Zmarł w połowie lat osiemdziesiątych, mówiono że na zawał serca, choć rodzina twierdziła, że został zamordowany przez szajkę handlarzy narkotyków, bo jak twierdziła jego żona Iza, Zenek nie uznawał kompromisów ani ciemnych interesów.
Aby nam zapewnić spokój w pobliżu zawsze przebywał oddział partyzancki BCH „Boruty”. W tym oddziale znałem tylko Tadka Kołodziejczyka ps. „Puma”.
11. W akcji
W akcjach bojowych w podchorążówce poza jednym przypadkiem, udziału nie braliśmy. W tym jednym przypadku akcja przygotowana była w tajemnicy, a dowiedzieliśmy się o niej tuż przed wymarszem. Komendant „Rafał” na niespodziewanej zbiórce oznajmił nam, że ma być przeprowadzona akcja, ale udział w niej jest nieobowiązkowy. Kto chce pójść ma wystąpić 3 kroki z szeregu. Naturalnie wystąpili wszyscy. Celem akcji plutonu Turkmenów(przebywali w pobliżu) była likwidacja placówki żandarmerii niemieckiej, oddział „Boruty” miał opanować i rozbroić policjantów, my mieliśmy opanować stację w Sobolewie i uszkodzić urządzenia ruchu kolejowego. Wchodziłem w skład grupy ubezpieczającej akcję na stację. Sama akcja trwała ok. godziny, natomiast podejście i odejście prawie dobę. Akcja przyniosła połowiczny sukces. Niemcy nie dali się zaskoczyć Turkmenom, zaś rozbrojeni policjanci po oddaniu broni puszczeni zostali do domów.
Czas w szkole biegł szybko. Przybliżał się też front wschodni. Słyszeliśmy jego odgłosy. Wreszcie około 20 lipca komendant zarządził zbiórkę i oznajmił, że rozwiązuje szkołę, zwalnia nas z przysięgi i poleca udać się do domów. Z szefem „Czamarą” wróciliśmy do domu w Rykach.
12. Wyzwolenie
W rodzinnej miejscowości zastałem „bezkrólewie”. Nie było już Niemców i nie było jeszcze Rosjan. Do miasteczka wkroczył z oddziałem „Orlik” i objął władzę. Ujawniła się też Ludowa Straż Bezpieczeństwa – organ porządkowy BCH i zorganizowała ochronę niektórych obiektów, w tym Spółdzielni Mleczarskiej. Pamiętam ten fakt, bo w czasie nalotu niemieckich samolotów zginął jeden z ochraniających. Wróciłem do pracy w Spółdzielni, która wtedy polegała na zabezpieczeniu cenniejszych towarów. Część z nich została wywieziona do filii w Kłoczewie, resztę zamknęliśmy w pokaźnych rozmiarów piwnicy zamurowując jej wejście. W tym czasie wezwał mnie „Konrad” i oznajmił, że wyjeżdża do Ułęża, a ja mam mu towarzyszyć. Podczas drogi zobaczyliśmy pierwszych Rosjan. Było ich kilku i kręcili się kołu ugrzęźniętego czołgu. Byli zmęczeni, brudni i zapewne głodni. Celem wyjazdu „Konrada” było prawdopodobnie przekazanie obowiązków komendanta podobwodu BCH Janowi Bichcie.
Po powrocie ostatnią moją robotą konspiracyjną było doręczenie „Orlikowi” jakiegoś dokumentu. Za kilka dni wojskowy komendant miasteczka zarządził ewakuację ludności gdyż Ryki zaliczone zostały do strefy przyfrontowej. Wyjechałem wtedy z rodziną do kuzynów w Rososzy. Zanim to nastąpiło poznałem się z żołnierzami polskimi z I Armii WP gen. Berlinga. Byli to przeciwlotnicy obsługujący działko przeciwlotnicze. Bardzo mnie zdziwiło to, że dowodził nimi oficer radziecki. Zapytani o to odpowiedzieli, że obecnie oficerów Polaków brakuje, ale przyjdą po zakończeniu szkoły. Efektem rozmowy było pójście razem do sadu na jabłka.
W połowie września front na Wiśle się ustalił, a wysiedlenie skończyło. Wróciłem do pracy. Zajmowaliśmy się zaopatrzeniem kolejarzy dęblińskich w produkty żywnościowe. Po przydziały wyjeżdżałem z p. Edwardem Kapustą do starostwa w Łukowie. Jadąc koleją w budce hamulcowej wagonu towarowego przeziębiłem się i zachorowałem na zapalenie płuc. Przeleżałem w łóżku 3 tygodnie. Było to w okresie Świąt Bożego Narodzenia. W jednej z gazet przeczytałem wtedy, że nie matura lecz chęć szczera... i że prowadzona jest rekrutacja do szkoły oficerskiej piechoty. Wiedziałem, że prędzej czy później będę musiał odbyć służbę wojskową. Do RKU pojechaliśmy ze Stachem Przybylskim. Zamiar zaaprobował też p. Rodak, kiedyś żołnierz z 1920 roku. Tak się zaczęła moja przygoda z wojskiem na dłużej.
/Tekst we fragmentach opublikowany w „MM” 6/2004/

25. Wspomnienie

/wspomnienie Michała Jońskiego/

W 1997 r. pytam o przeżycia wojenne Michała Jońskiego r.1922 ps. "Bystry" zamieszkałego w Sędowicach. Akurat przed wojną ukończył klasę siódmą. Uczył się dobrze więc miał szansę pójść kształcić się dalej na koszt państwa. Pierwszego września ojciec zaprzągł konia i wiózł go do stacji. Koło Kleszczówki zorientowali się, że wybuchła wojna.
W 1940 r. pochwycili go w łapance Niemcy i zawieźli do Lublina. Miał stanąć przed komisją, kierującą takich jak on, na roboty do Niemiec Siedmiu z ich wsi m.in. Kazik Szlendak, Bogdan Łukasik, Zygmunt Czaplicki. Ten ostatni ps. "Żubr" zmarł w ubiegłym roku. To była jego pierwsza ucieczka. Ponieważ trzymali ich na placu ogrodzonym metalową siatką bez podmurówki, wykorzystali to i w trójkę z pomocą pozostałych pod siatką wyszli za płot. - Za płotem wstałem jak gdyby nic i poszedłem do domu. Do Sędowic dotarłem na drugi dzień w południe. - Nikt go nie szukał. Któregoś dnia koledzy wciągnęli go do organizacji. Tworzyli placówkę. Dowódcą był Zygmunt Filipek, później Józef Szczepański. - Był jeszcze jego brat Aleksander. Szczepan Walasek przeziębił się gdy przyjmowaliśmy zrzut broni pod Bałtowem i zmarł. Zostawił żonę i trójkę dzieci. Piotr Łukasik, Bogdan Łukasik, Zygmunt Czaplicki, Antoni Włodarczyk...trudno tak z zaskoczenia przypomnieć wszystkich.- Przyjmowali i przekazywali korespondencję do Baranowa za pośrednictwem niejakiego Mięsiurki. Czy to było nazwisko czy pseudonim, nie pamięta. Mieszkał w sąsiedztwie Łukasików, a do Janki Łukasikówny przychodził "Orlik". Przypomina sobie taki epizod, chyba z wiosny 1946 r. Przyjechało do wsi NKWD, przeszukiwać za partyzantami. Janka, "Orlika" schowała na strychu, przyrzucając go cienką warstwą słomy. Ja schowałem się za kominem. Złapała wiadro i postawiła pod krowę żeby doić mleko. NKWD-zista zajrzał do niej i na strych. Uznał, że wszystko jest w porządku.
Inny obrazek. - Pod Młynkami przy moście pochwyciliśmy kilku Rosjan. Trzymaliśmy ich jakiś czas i dowódca polecił ich przekazać swoim. Zaprowadziliśmy ich w kierunku szosy warszawskiej. Jechało dwóch żołnierzy radzieckich. Przekazaliśmy ich. Ci kazali im wejść do rzeki. Gdy ,jeńcy" to zrobili ich rodacy pociągnęli po nich z automatów. Nikt nie przeżył. Dla nich życie ludzkie było wtedy niewiele warte. Obowiązywała, widać, dalej zasada, że kto się poddał wrogowi ten nie jest godzien żyć. - Na trzy dni przed ślubem z Wandą, robili akurat bimber na wesele, aresztowali ich z Bogdanem Łukasikiem UB-owcy. Zawieźli do Twierdzy w Dęblinie. Trzymali w lochu. - Patrzę przez dziurkę od klucza, a naprzeciwko na leżance, leży kuzyn Heniek Krupiński. Jakoś go przywołałem. On mnie poznał i mówi: I co, nie dali ci się ożenić. - Za nami już dojechał ojciec z matką wozem. Przywieźli wódki. Zdołaliśmy śledczych przekonać, że zostaliśmy z Bogdanem zatrzymani podczas pędzenia bimbru. Oni mówią, że tu trzyma się tylko "bandytów z AK", a "takie sprawy" podlegają Rykom. Heniek powiedział: Zbieraj się i żeń się. I tak się stało. Zapowiedzi wychodziły na nazwisko Jan Szlendak z Gdyni, jak miałem napisane w podrobionym dowodzie. Wesele odbyło się w terminie. Mamy z Wandą z d. Walaszek córkę Halinę i syna Stefana.
W styczniu 1944 byłem aresztowany przez NKWD. Wracaliśmy ze zbiórki w Bobrownikach. Na drodze obskoczyli nas NKWD-yści. Zapędzili na Goździk, potem do Oszczywilka, do Ryk i do Garwolina. W śledztwie kopali gdzie popadło. Do dziś mam na głowie blizny. Ale i z garwolińskiego UB udało nam się uciec. Trzymali nas na podwórzu. Wartownik jakby przysnął. Zaryzykowaliśmy. Wyszliśmy przez bramę. Nie obudził się. To było po wykryciu magazynu broni. Od wyjazdu na "białe niedźwiedzie" bym się nie wywinął. Akurat ruszyła ofensywa na Wiśle. Uciekaliśmy w trójkę. Ja, Zygmunt Czaplicki i Henryk Szlendak, który niedługo po tym zginął.
Patrzę na ręce mojego rozmówcy. Dziesięć palców, jakby krótszych, bez paznokci. A to dlaczego - pytam. To też pamiątka z wojny. Znalazłem kiedyś spłonkę. Próbowałem oczyścić ją z ziemi. Wybuchła w rękach. Janka Łukasikówna udzielała mi pierwszej pomocy. "Orlik" kazał zawieźć do szpitala w Rykach. Mieścił się w domu Konarzewskich przy stacji. Pomocy udzielał mi dr Jakubik. Wpadli raz z UB. Szukali ludzi z podziemia. Siostra zdołała mnie ukryć w trupiarni. Położyła obok "umarlaka", pod tym samym prześcieradłem. Ubowiec zaglądał do pomieszczenia ale pod prześcieradło nie patrzył. Znowu mi się udało.-
Opr. Z. Lipski „MR” nr 9/1997

26. Bratobójczą krew trudno zmyć

/wspomina Jerzy Głowienka/

Jerzy Głowienka r. 1933 dziś mieszkaniec Os. XXX-lecia PRL swoje lata aktywnej pracy zawodowej spędził pełniąc m.in. obowiązki inspektora d/s samorządu w d. PZGS, prezesa GS "SCH" w Stężycy, prezesa PSPUW, pełnomocnika Zarządu GS "SCH" d/s produkcji i usług w Rykach, prezesa GS "SCH" w Życzynie i w latach 1979-90 naczelnika gminy Trojanów. Pochodzi z tego terenu. Jego ojciec Jan gospodarował w Skrudzie, a bracia ojca Józef i Stanisław w Zadybiu Starym. Stanisław miał niewiele ziemi, był właściwie cieślą. Jerzy Głowienka do Szkoły Podstawowej chodził do Owni (kl. 1), Wylezina (kl. 2-3) i Trojanowa (kl. 4-7). Gdy Józef Pudło wspominał o swoich przeżyciach powojennych (patrz nr 8/99), Jerzemu zawirowały w oczach łzy. Zapytałem wówczas, dlaczego jest tak wzruszony. Odpowiedział: po prostu, przypomniałem sobie okoliczności śmierci mego ojca Jana. Tak doszło do zapisania tego wspomnienia.
To było 5 czerwca 1945 roku. Stanisław, brat mego ojca poprosił go aby wykonał u niego jakieś prące polowe, bo sam nie miał konia. Ojciec pojechał tego dnia do Starego Zadybia i wykonał te prace. Po ich ukończeniu wracał od Zadybia polnymi drogami przez Kurzelaty do Skrudy. Zapadał już zmrok. Właśnie w Kurzelatach padł ten tragiczny w skutkach strzał. Jak się później dowiedziałem, u tamtejszych gospodarzy Gruzy i Głodka, a może tylko jednego z nich stacjonowała grupa, już chyba wtedy byłych partyzantów z B.CH. dowodzona przez innego niż brat Józefa Bronisława Pudło ps. "Wiluś" i Henryka Stonia ps. "Rębacz". Obaj później zginęli zastrzeleni przez WiN-owców. W czasie okupacji niemieckiej zapisali się pozytywnie, po wkroczeniu wojsk radzieckich, mieli w okolicy złą opinię. Kto strzelił i dlaczego, do dziś nie wiadomo. Ktoś kto stał przy drodze ubezpieczając ten oddział. Najpewniej był jak i pozostali jego koledzy pijany. Gdy ojciec minął wspomniane zabudowania Gruzy i Głodka i zbliżał się do skrzyżowania dróg prowadzących do Wylezina i Trojanowa, ubezpieczający nie wiadomo czemu strzelił w kierunku ojca. Trafił go w plecy. Koń ciągnący wóz po bruku może trochę przyspieszył, a mając wolne lejce i znając drogę do domu przeszedł jeszcze ok. 1,5 km i stanął za stodołą, w której ja już spałem. Przestał tak całą noc. Rano nasza sąsiadka Bronisława Cabaj, zainteresowała się obserwując ze swojego podwórka, dlaczego to Głowienki koń, nie wyprzęgnięty, bez obroku stoi za stodołą.
Ojciec już nie żył. Zostało nas w domu ośmioro rodzeństwa z matką. Siostra Krystyna (9 lat), ja - 12 letni wówczas chłopak, brat Antoni (14l.), Roman (16l.). Były wtedy dwie starsze siostry: Marianna i Helena. Dwaj starsi bracia Julian i Jan przebywali poza domem. Jan robił u młynarza Majka na Olszyniaku. Ojciec był wtedy sołtysem w Skrudzie. W 1920 r. wojował u Piłsudskiego, był pod Kijowem. Znał trochę rosyjski, był przydatny w czasie kiedy Rosjanie stacjonowali na naszych terenach. Do organizacji podziemnych nie należał, zatargów z ludźmi nie miał. Dlaczego zginął? Byłem za młody, żeby prowadzić wtedy śledztwo. Takie zdarzenia w tym czasie miały miejsce nie jeden raz. Jak ludzie mają w ręku broń, używają jej do różnych celów.
Tu przerwałem opowiadającemu. Takie zdarzenia! Przypomniało mi się, że mam w swoich zbiorach dłuższy fragment kroniki szkoły podstawowej w Trojanowie. Na jego końcu jest taki zapis: Rok 1945/46. Tu kronika została przerwana, bo kula skrytobójcza reakcyjnego podziemia przerwała życie kierownika szkoły w Trojanowie Stanisława Stasiaka. Koniec, kropka. Przyznaję, że ten zapis mnie intrygował. Słyszałem kiedyś o takiej akcji odwetowej. Zginął człowiek z AK. W odwecie wyprowadzono ze szkoły nauczyciela o lewicujących poglądach i przed budynkiem go zastrzelono. Czy to mogło chodzić o Stasiaka?
Jerzy zna sprawę bliżej niż mogłem się tego spodziewać. Chodził wtedy bodaj do klasy piątej w Trojanowie. Jak sobie przypomina - To było podstępne uprowadzenie. Stasiak był też trochę sanitariuszem. Miał w domu leki i ludzie przychodzili do niego w sprawach związanych z udzielaniem pomocy. Gdy więc zniknął ze szkoły pod koniec czerwca w czwartek wieczorem, pani nam mówiła: nic takiego, wróci. Ale w niedzielę rano, któryś z braci Głowienków wziął konia, aby go popaść w takiej zalesionej kępie drzew, znajdującej się między Babicami i Skrudą. Prowadząc konia zauważył tam wygniecione zboże, to go zainteresowało. Poszedł śladem. Na swojej drodze zauważył już w tym lasku nałamaną stertą gałęzi. Rozgarnął je i zobaczył leżącego człowieka. Przybiegł do wsi i rozgłosił kogo znalazł. Pobiegliśmy tam. Stasiak leżał twarzą do ziemi, w zagłębieniu terenu. Był w krótkich spodenkach, bez koszuli. Po tym był jego pogrzeb na cmentarzu w Korytnicy. Pozostawił syna Leszka, żonę. Każdy kto zginął kogoś pozostawia. Oni tworzą armię przeciwników. W pamięci ludzkiej pozostają zadry. Jak choćby wspomnę tu o rodzinie Majków z Kolonii Babice. To było w listopadzie 1944 r. Na cmentarzu w Korytnicy, blisko "naszego" grobu ojca leżą pochowani: Ludwik Majek - ojciec, Marianna - matka, córka Aniela, synowie Józef i Bronisław i córka Kazimiera. uratował się maleńki (ok. 1,5 r.) Wacuś, pokrwawiony leżał w pierzynie i Julian, który uczył się za krawca u Żaczka w Rudzie. Wrócił później do domu. W oknach świeciło się światło. W domu panowała cisza. Gdy otworzył drzwi do sieni z kuchni przez drzwi padła seria. Został ranny i upadł. Na niego spadło z haka chomonto. Sprawcy tego potwornego morderstwa wyszli z mieszkania na podwórze. Julian wtedy wyczołgał się z sieni na ogród i przybiegł do Skrudy. Opowiedział co się stało. Byłem tam gdy pomordowani leżeli tak jak dosięgły ich kule. Dlaczego zginęli. Do dziś tego nie wiemy.
Pamięć wysupłuje kolejną informację. W Babicach we wsi na łące rozstrzelano trzech ludzi. Oni byli z Niwy. Znowu ktoś, kogoś zabił, pewnie przekonany, że tak było trzeba. Dziś, w zupełnie innych warunkach spotykamy właściwie to samo. Samosądy, morderstwa na zamówienie, morderstwa przypadkowe, morderstwa i zabójstwa dla kilkuset złotych, dla przejechania się samochodem, dla ukarania pijaka, że pije i jest nieporządnie ubrany, dla pokazania jak bardzo nienawidzę tych z drugiej strony rzeki, żółtych, czerwonych, z garbatym nosem, z lepszym autem itp. To już paranoja. Jeśli nie będziemy kształcić ludzi, zatrudniać ich w zawodach służących ogółowi, problem będzie narastał. Po wojnie większość tych partyzantów i policjantów miała ledwie kilka klas szkoły podstawowej. Dla nich życie ludzkie miało wartość kuli, chwilowego bezpieczeństwa lub bułki chleba z kiełbasą. Ale historia lubi się powtarzać. Właśnie dlatego trzeba przypominać wydarzenia sprzed lat. Bo to tak jakby uczyć się i wiedzieć nie doświadczając bezpośrednio.
opr.: Zbigniew Lipski „MR” nr 9/1999

27. Wspomnienie na Dzień Zaduszny

/wspomina Helena Przybysz/

Trzy razy grzebano mojego brata Edwarda Przybysza ps. "Nowina". Dlaczego, opowiem. Rodzeństwo: Edward, Helena, Feliks, Adolf i Jadwiga wychowywali się razem w Bazanowie Starym, gdzie Jan i Marianna Przybyszowie prowadzili małe gospodarstwo rolne. Żyją jeszcze siostry. Z Heleną, obecnie Deres, urodzoną 28.02.1925 r. rozmawiam w sierpniu tego roku w Rykach, choć ona teraz częściej u synów Marka i Andrzeja. Pierwszy pracuje w Łowiczu, drugi w Warszawie. - Ja z wnukami 'Tomkiem i Marcinem oraz prawnuczką Dominiką. Babcia zawsze się komuś przyda.- Pani Helena dzieciństwo spędziła w Bazanowie. Wspomina październik 1939 r. i żołnierzy S.G. "Polesie" gen. F. Kleeberga, gdy długą kolumną szli drogą kocką do niewoli w kierunku Dęblina. - Kopaliśmy na pobliskim polu ziemniaki. Wszyscy wylegliśmy na pobocze drogi, wypatrując brata mamy Antoniego Jędrzejczaka, który znalazł się później u gen. Andersa i do kraju wrócił dopiero po 1947 roku. To jednak osobny rozdział. Helena wspomina, że brat Edward, już w 1942 r. przynosił do domu prasę podziemną. Ojciec na niego pokrzykiwał, ale i ja z zaciekawieniem ją czytałam, bo wieści z frontów i tego co się dzieje w kraju byliśmy bardzo spragnieni.
Edward pierwszy wstąpił do AK. Czasami posługiwał się mną w sprawach konspiracyjnych więc w 1943 r. zostałam zaprzysiężona w mieszkaniu komendanta placówki w Bazanowie Jana Jałochy ps. "Piechota", w obecności Genowefy Przybysz (później Wojtasiowej).
Nosiłam meldunki i rozkazy do Jana Kuchnio ps. "Skiba" i Zofii Gągałowej w Oszczywilku, do Stanisława Grzechnika i Jana Suleja w Sobieszynie. Chodziłam po prasę konspiracyjną do "czarnej Marylki" w Bobrownikach. Byłam łączniczką.
Wojnę przeżyliśmy. Tragedia stała się dopiero wtedy gdy przyszedł pokój i nowy porządek oparty o "przyjaźń i pomoc Związku Radzieckiego". Janowi Jałosze "Orlik" nakazał opuszczenie Bazanowa, aby nie został aresztowany. Komendantem placówki został mój brat Edward. W lutym 1946 r. Edwarda aresztowano. Pamiętam taki fakt. Po może dwu lub trzech dniach przyjechało do wsi UB. Mieli ze sobą brata. Zaszli do Juliana Przybysza i do nas.- Pytali o mnie. Mama nieświadoma sprawy, odpowiedziała szczerze. - A poszła do wójta Stanisława Rybaka. Byłam tam. W pewnej chwili jego żona spoglądając w okno powiedziała - oj, resort we wsi. Stanisław nakazał mnie wyprowadzić przez komorę, nie głównym wejściem. Poszłam do swojej koleżanki Helenki Rybak. U niej niespodziewanie zastałam podporucznika UB, nieświadomego kto ja jestem. Za chwilę weszła tam moja bratowa Janina Przybysz. Ja je pytam - czy jest Józia, bo chciałam umówić się do przymiarki. Szybko się stamtąd wycofałam, gdy one zagadywały podporucznika. Na zewnątrz spotkałam ich sąsiada, który wystraszony już, mówił do mnie - uciekaj, uciekaj, bo i ciebie zabiorą. Byłam zrezygnowana. Gdzie mam uciekać. Poszłam w kierunku "Pragi" (gdzie obecnie kościół i szkoła). Zaszłam do Stanisława Rybaka (innego niż wójt Ryk). On się nie bał. Powiedział do mnie - jakby tu szli to cię schowam w skrytce, gdzie przez wojnę chowały się moje dzieci. Po tym zaraz wyjechałam do Wrocławia. Tam mieszkali znajomi z Bazanowa Wacław Poterek i Stanisław Kulik. U nich zatrzymałam się około tygodnia. Przypadkowo, jadąc pociągiem spotkałam Mariana Puzio z Nowego Bazanowa. Od niego dowiedziałam się, że Edek został w Rykach osądzony i skazany na karę śmierci. Wróciłam do domu. Ponieważ znałam ludzi poszłam od razu do Józefa Góraja w Janiszach. Zapytałam go - co z Edkiem? Odpowiedział: nie wiem, ale przyjdź w czwartek, przed wieczorem, dowiem się. Gdy przyszłam, zaprosił mnie do pokoju. Tam byli "Orlik" i "Spokojny". Oni też jeszcze nie wiedzieli jak zginął mój brat. Dopiero po jakimś czasie. Sąd był w Rykach. Sądzili jego i drugiego (nazwiska nie znam) z Puław. Zatrzymanego z. bronią w ręku. Po procesie Edwarda i tego drugiego, wywieźli skazanych do Kleszczówki i tam w lasku rozstrzelali. Niedługo, chłopcy z placówki w Bobrownikach przenieśli ich na cmentarz w Bobrownikach. Byłam narażona na aresztowanie w każdej chwili. "Orlik" powiedział: Pani musi pójść do oddziału. Tak też zdecydowałam. Zostałam z powrotem łączniczką, tyle że teraz w WiN-e. Po śmierci "Orlika" oddział powoli roztapiał się w codzienności. Nastąpiła amnestia i ujawnienie się. Rodzice zmarli na początku lat pięćdziesiątych. W 1952 r. wyszłam za mąż, za Stanisława Oeresa z Garwolina.
Pyta pan, o co był oskarżony mój brat, że otrzymał tak surowy wyrok. Do akt procesowych nie dotarłam. Warszawa i Lublin odpowiadały negatywnie. Siedlce też, ale tam poradzono mi szukać świadków procesu. Znalazłam panią, która była na tym procesie, ale jej zeznania w Sądzie w Puławach niewiele wniosły. Dopiero po tym, zgłosił się p. Styś. Wówczas, w 1946 r. młody chłopak. Z detalami opisał gdzie, kto i co postanowił. Sąd mógł podjąć sprawę i ją rozpatrzyć. Brat pośmiertnie, w r. 1993 został zrehabilitowany. Z wyjaśnień złożonych na procesie wynikało, że Edwarda powiązano ze sprawą jakiejś strzelaniny w Rykach, w wyniku której zginęły 3 lub 4 osoby.
Przesłuchania były takie, że Edek przyznał się do tego czego nie zrobił. Gdy go chowano drugi raz, koledzy stwierdzili, że palce u rąk miał zmiażdżone. Ja z Janiną Pawelec (ob. Piotrowską) przewieźliśmy ciało Edka ps. "Nowina" i Ryszarda Pawelca ps. "Spłonka", w sierpniu 1946 r. z cmentarza w Bobrownikach na cmentarz rycki. Później, przeniesiono do tego grobu innych i tak powstała wspólna mogiła.
Co do zdarzeń sprzed aresztowania Edka, to przypominam sobie jak w pewien czwartek jechaliśmy furmanką przed posterunkiem MO w Rykach. Stał tam niejaki Kardas i pokazywał ręką na mojego brata. Kardas był naszym znajomym. Należał w czasie okupacji do B.CH. Zalecał się do mojej siostry. Za chwilę podszedł do nas na rynku milicjant i zabrał Edka na posterunek. Później ten nasz znajomy przyszedł do mnie i mówił, że Edka aresztowało UB. Powiedziałam mu wtedy - przecież widziałam jak pokazywałeś na Edka. Na ulicy jego kolega też milicjant, mówił mi o Sulejczaku, którego za grabież zlikwidował oddział "Orlika" i o tym, że "sympatia" mojej siostry "wsadził" naszego brata. Bojąc się aresztowań, to już było po trzecim pochówku brata, wyjechałam do Gdańska. Wróciłam dopiero na święta Bożego Narodzenia. Dostałam zapalenia stawów. Doktór Jakubek przestraszył się. Po coś przyjeżdżała - powiedział. Tu się szykuje nowy proces. Ale jak mnie zbadał, umieścił zaraz w szpitaliku na Boguszach, gdzie musiałam przeleżeć dwa tygodnie. Później jakoś uniknęłam aresztowań. Żyję.
Opr.: Zbigniew Lipski „MR” nr 10/1999

28. SZP, ZWZ i AK w okresie XI.1939 – VIII.1944 w Starym Bazanowie

/wspomina Wacław Kamiński ps. „Kalina”

Stary Bazanów to wieś we wschodniej części Gminy Ryki w odległości 5 km od Ryk, zamieszkała przez ok. 600 mieszkańców na ok. 170 gospodarstwach rolnych. Komórka Organizacyjna Służby Zwycięstwu Polski powstała w Starym Bazanowie w listopadzie 1939 roku po utworzeniu placówki tej organizacji w Rykach. Jej założycielami byli: Włodzimierz Salamin ps. "Włos" - nauczyciel, jego żona Bronisława ps. "Sowa" i Jan Jałocha ps. "Piechota" - kierownik szkoły, zam. w Nowym Bazanowie. Komendantem komórki został Włodzimierz Salamin, a zastępcą Jan Jałocha. Włodzimierz Salamin był nie tylko organizatorem i kierownikiem organizacji – w jego mieszkaniu odbywały się spotkania i narady oraz była przechowywana broń. W czerwcu 1943 roku usiłowano zlikwidować Włodzimierza Salamina (po otworzeniu drzwi mieszkania oddany strzał zranił lekko jego skroń) i to zmusiło go do ukrywania się oraz przekazania jesienią 1943 r. funkcji komendanta Janowi Jałocha, który te obowiązki pełnił do jesieni 1944 r.
Po wkroczeniu Armii Radzieckiej i rozpoczęciu działalności przez Urząd Bezpieczeństwa, w obawie przed aresztowaniem jesienią 1944 r. Jan Jałocha musiał się ukrywać i przekazał obowiązki Komendanta Komórki Edwardowi Przybyszowi ps. "Nowina", który za działalność w AK i WiN został skazany na karę śmierci i rozstrzelany 20.11.1946 r. Wyrok ten został unieważniony 16.VI.1993 r. przez Sąd Wojewódzki w Siedlcach.
Pierwszym najważniejszym zadaniem Komórki w roku 1939, było zgromadzenie, zakonserwowanie i zmagazynowanie jak największej ilości broni z terenów bitwy w rejonie Woli Gułowskiej, zakończonej na początku października 1939 r. Zajęli się tym Włodzimierz Salamin, Jan Jałocha i Aleksander Wojtaś ps. "Zawrata". Według jego relacji dwukrotnie jeździli wozem konnym do Lipin, skąd przy pomocy miejscowej ludności przywieźli około 100 kbk, l rkm, amunicję i granaty. Całość zmagazynowano w gospodarstwie Aleksandra Wojtasia z Nowego Bazanowa. Pewną ilość broni (także krótkiej) przywieźli i przekazali do przechowania Włodzimierzowi Salaminowi - por. Zygmunt Zyłka - Zebracki i kpt. Piotr Ignacak, którzy po bitwie pod Wolą Gułowską nie poszli do niewoli. W broń zmagazynowaną w gospodarstwie Aleksandra Wojtasia przez Włodzimierza Salamina zaopatrzono członków AK w Starym Bazanowie, a pozostałą częścią dysponował Komendant Placówki Ryki. Nie wykluczam, że także inni mieszkańcy ze Starego Bazanowa w tym okresie jeździli w rejon Woli Gułowskiej po broń. W roku 1940 do ZWZ wstąpili: Stanisław Góra ps. "Stogór", Wacław Kamiński ps. "Kalina", Aleksander Wojtaś ps. "Rogala" z Nowego Bazanowa.
Bieżąca działalność ZWZ i AK na terenie w roku 1940 i w dalszych latach (przewóz i rozpowszechnianie prasy, werbowanie członków, akcje przeciw kontyngentowe, konserwacja broni, łączność) była podobna do tej jaką prowadziły komórki AK obwodu Puławy wg wytycznych Kierownictwa organizacji a ponieważ jest na ogół znana w środowisku pomijam ją w treści opracowania.
Dodać należy, że nasza Komórka uczestniczyła z bronią także w wielu innych akcjach jak np.: - likwidacja policjanta granatowego Drożyńskiego i jego żony w Rykach w czerwcu 1942 r., który wyjątkowo brutalnie traktował mieszkańców gminy i mordował Żydów, - zabezpieczanie zrzutów lotniczych w rejonie Kłoczewa jesienią 1942 r. - dowódca J. Jałocha, - zajęcie konwoju niemieckiego w grudniu 1943 r. na szosie kockiej - 3,5 km na wschód od Moszczanki, - likwidacja posterunku kolejowego na trasie Leopoldów - Ryki w czerwcu 1944 roku - dowódca Wł. Gruza. Na wiosnę 1941 r. Placówka Ryki zorganizowała szkołę podoficerską, na którą zostali wydelegowani Stanisław Góra, Wacław Kamiński i Stanisław Wojtaś. Nasza grupa była szkolona w domu Andrzeja Filipka w Starej Dąbi i w domu Stanisława Kucharskiego na kolonii Ryki. Poza przedmiotami wojskowymi uczestnicy zostali przeszkoleni w obsłudze motocykla Sokół.
Pod koniec lata 1941 r. uczestnicy szkolenia z całej Placówki Ryki zostali zakwaterowani w Starej Dąbi w gospodarstwie Andrzeja Filipka, gdzie odbywały się egzaminy połączone z ćwiczeniami terenowymi, po których otrzymaliśmy awanse na stopień kaprala. W roku 1941 roku organizacja liczyła 13, w połowie 1944 roku 24 członków - lista w załączeniu. Z objętych listą obecnie żyje 11 osób.
W roku 1942 najważniejszym zadaniem komórki było przeszkolenie wojskowe w zakresie podstawowym członków organizacji. Prowadzili je: Stanisław Góra (wyszkolenie bojowe, musztra), Władysław Gruza (nauka o broni, władanie, konserwacja, kbk, rkm, pm, granat), Wacław Kamiński (regulamin wewnętrzny, terenoznawstwo).
W celu podwyższenia kwalifikacji wojskowych, a także z innych względów w Oddziale Mariana Bernaciaka ps. "Orlik" uczestniczyli i brali udział w akcjach bojowych: Stanisław Kulik ps. "Salwa" (po ucieczce z Baudinstu ścigany przez Niemców), Tadeusz Gołąbek ps. "Głos", Wacław Kamiński ps. "Kalina", Edward Przybysz ps. "Nowina", Helena Przybysz (obecnie Deres) ps. "Helenka" (ścigana przez UB po aresztowaniu brata w lutym 1946 r.). Oddział Mariana Bernaciaka ps. "Orlik", działający od jesieni 1943 r., w czasie pobytu na terenie Starego Bazanowa korzystał z kwater oraz z innej pomocy jak np. jesienią 1943 r. wypożyczył od Piotra Wojtasia część pościeli w celu przewiezienia rannego do szpitala. Pościel została zwrócona na wiosnę 1944 r. przez okres zimy rodzina Wojtasiów była pozbawiona tej pościeli. Mój ojciec Jakub Kamiński jesienią 1943 r. udzielił schronienia spalonemu Romualdowi Dolińskiemu z Ryk. Ponadto przez kilka tygodni przechowywał konia zabranego Niemcom przez Oddział i samochód ciężarowy zabrany UB pod Garwolinem jesienią 1945 r. Udzielających kwater i pomocy Oddziałowi "Orlika" było b. wielu gospodarzy - nie pamiętam ich nazwisk poza rodziną Fr. Filipka i Serglów z Brusowa. Za uczestnictwo w Oddziale "Orlika" – Krzyżami Partyzanckimi odznaczeni zostali żyjący: Stanisław Kulik, Wacław Kamiński, Helena Przybysz (Deres). W roku 1944 Komórka uczestniczyła w "Akcji Burza".
Organizatorem mobilizacji w lipcu był ówczesny Komendant Komórki Jan Jałocha. Miejscem zbiórki był plac przed szkołą w Starym Bazanowie. Stawiło się około 16 żołnierzy z opaskami i z kbk. Dowódcą drużyny był Stanisław Wojtaś. Odchodzących żegnała matka Wacława Kapusta (była również matką Jana Zaniewskiego - wybitnego akowca z obwodu Garwolin, zamordowanego w 1943 roku w Leopoldowie). Koncentracja 15 PP "Wilków" AK miała miejsce w gospodarstwie p. Jurkiewicza pod Nowodworem. W czasie pobytu tam zrobiłem kilka zdjęć, z których zachowały się tylko dwa – są bardzo słabe, ale dla uczestników bardzo ważne - zainteresowani otrzymali kserokopie. Jako pierwsza w szyku w czasie Mszy Świętej - w czasie koncentracji - stała drużyna ze Starego Bazanowa.
Na przełomie lipca i sierpnia 1944 r. zgrupowanie rozwiązano - wróciliśmy z bronią do miejsc zamieszkania w oczekiwaniu na dalsze rozkazy. Na początku sierpnia 1944 roku odwiedził mnie mjr AK Henryk Piątkowski ps. "Kotlina" - Z-ca Komendanta Podobwodu Dęblin - i przekazał rozkaz, aby członkowie organizacji nie zgłaszali się do wojska. Niniejszą informację opracowałem w oparciu o posiadane obecne rozeznanie i to, co pozostało w mojej pamięci wykorzystując niektóre dane uzyskane od Stanisława Góry, Stanisława Kulika oraz od Aleksandra i Stanisława Wojtasiów. Informacja obejmuje okres do 31.VIII.1944 r. ponieważ wyjechałem wówczas ze Starego Bazanowa i nie czuję się kompetentny do zabierania głosu na temat działalności AK na tym terenie w okresie późniejszym. Poza komórką AK w Starym Bazanowie w okresie okupacji niemieckiej prowadziła aktywną działalność kilkunastoosobowa Komórka Batalionów Chłopskich - jej Komendantem był Jakub Przybysz s. Antoniego ps. "Grom". Wacław Kamiński "Kalina" członek ŚZŻAK Środowisko 15 PP » Wilków" AK Koło Nr 5
Zestawienie członków AK - Komórki w Starym Bazanowie - stan na dzień 30.06.1944 r. (wg alfabetu) : Edward Cuch ps. Druch; Władysław Filipek ps. Wolny; Tadeusz Gołąbek ps. Głos; Stanisław Góra ps. Stogór; Zygmunt Góra ps. Lis; Władysław Gruza ps. Wyrwa; Jan Jałocha ps. Piechota; Wacław Kamiński s. Jakuba ps. Kalina; Wacław Kamiński s. Piotra; Stanisław Kulik ps. Salwa; Feliks Przybysz ps. Hipek; Helena Przybysz ps. Helenka; Jan Przybysz; Julian Przybysz; Wacław Poterek; Czesław Rybak ps. Sokół; Bronisława Salamin ps. Sowa; Włodzimierz Salamin ps. Włos; Józef Wąsik ps. Jagoda; Aleksander Wojtaś ps. Zawrata; Genowefa Wojtaś ps. Witka; Stanisław Wojtaś ps. Rogala.
Opr. autora „MR” nr 9/1999

29. Czas wielkiej próby charakterów

/wspomina Józef Pudło/

Cz. 1
Ze Stanisławem Pudło i Jerzym Głowienko wybrałem się w jesieni 1999 r. do Wylezina gdzie mieszka Józef Pudło ojciec Stanisława, który jawił mi się jako człowiek, co już trochę przeżył. Urodzony 21.01.1922 r. przez 31 lat był sołtysem, przeżył wojnę i trudny czas powojenny. Ma dobrą pamięć i lubi wspominać. Moi towarzysze podróży te opowieści już pewnie słyszeli ale co świadek naoczny to nie kopia. Gdy zbliżaliśmy się do celu nie wytrzymali. Wskazując na opuszczoną łąkę, gdzie ślady dawnego zabudowania, wyjaśnili - tu mieszkała rodzina Siwków. Rozstrzelana przez Niemców. Miałem więc pierwsze pytanie do p. Józefa. Jak to było z Siwkami. Gdy znaleźliśmy się za stołem i rozłożyłem swój notes p. Józef już zaczął opowiadać. Rodzina Siwków była tu z nami bliskimi sąsiadami. Na skróty dzieli nas może 150 metrów. Ot tu w lewo za polem na wzniesieniu, gdzie zaczyna się las. W naszych lasach i we wsi, w okresie okupacji niemieckiej częstymi gośćmi byli partyzanci. Różni. Z AK, z BCh i od Serafima. Jego zastępca Czarny Wołodko był kilka razy w moim domu, a po wojnie przyjeżdżał tu do nas w odwiedziny.
Stanisław Siwek był przed wojną ludowym działaczem - wiciowcem. Partyzantom pomagał jak wszyscy. W 1943 roku musiał ktoś oskarżyć. My tu wiemy nawet kto. Faktem jest, że 3 grudnia wczesnym rankiem, duża grupa niemieckich żandarmów i granatowych policjantów, z Petersonem z Dęblina na czele, podjechała od szosy lubelskiej do Rudy. Tam przy moście się zatrzymali. Most nie wytrzymał samochodu ciężarowego więc dalej szli pieszo. Doszli do Julka Sieraja w Babicach. Jego wzięli za przewodnika. Miał ich prowadzić do wsi Kurzelaty. Gdy tam się znaleźli pytali o Stanisława Siwka i Kazimierza Głodka - kawalera. Dowiedzieli się, że Siwek mieszka na kolonii pod Wylezinem zaś Kazimierz Głodek tutejszy, to chłop z rodziną więc nie ten którego szukają.
Gdy zbliżali się tutaj, rozwinęli się w tyralierę i podeszli w pobliże naszych zabudowań. Była godzina ósma. Ja z braćmi Bronisławem i Aleksandrem jedliśmy śniadanie. Ojciec wyszedł poić krowy. Gdy owce z obory przez uchyloną furtkę, wypadły w kierunku pobliskich pól, ojciec, zaganiając je zauważył uzbrojonych ludzi na skłonie i przybiegł zaraz nas ostrzec. Bronisław był podporucznikiem sprzed wojny, przeszedł kampanię wrześniową, wrócił i podobnie jak Olek należał do AK. W domu były dwa karabiny, 6 granatów, pistolet i mapy. Gdyby Niemcy weszli do domu i zrobili rewizję, nikt by tego dnia już nie przeżył.
Zaczęliśmy się przygotowywać na najgorsze. Bronek stanął w sieni za drzwiami z bronią. My z Olkiem i rodzice zostaliśmy w izbie. Co będzie. Jeśli do nas wejdą, Bronek liczył, że jego nie zauważą i wejdą dalej. Wtedy on zaatakuje ich od tyłu, tyle było planu. Ale to nie była obława na nas. Niemcy otoczyli obejście Siwków. Weszli tam i przebywali kilkanaście minut, długich jak wieczność. Wreszcie usłyszeliśmy pojedyncze strzały i serię. Gdy odjechali pobiegliśmy tam. Wszyscy czworo leżeli zabici na drodze. Stanisław Siwek lat 56, jego żona Marianna lat 48, córka Maria lat 20 i syn Jarek lat 19. To Jarek dostał serię po pIecach, gdy prawdopodobnie zaczął uciekać. Odbiegł od tego miejsca ze 30 metrów. Jeszcze kilka i byłby się skrył między drzewami. Byłby może uratowany. Później w rozmowach z ludźmi odtwarzaliśmy zdarzenia tego fatalnego ranka krok po kroku. Jan Kieliszek ur. 1924 z Kurzalat był naocznym świadkiem. Przebywał wtedy w Skrudzie w olejarni Józefa i Mikołaja Głowienków. Sąsiad Józefa Pudło - Borkowski, tego ranka wybrał się ze swoją służącą do swego brata Piotra, pomóc mu wymłócić zboże. Niemcy zastali ich u kowala Sieraja i pytali o wieś Kurzalaty. Gdy odeszli, Borkowski wysłał na skróty dziewczynę aby powiadomiła ludzi i schowała nieokolczykowaną krowę bo za to mogli poważnie odpowiadać. Ludzie zdążyli pochować co mieli "trefnego". Rodzina Siwków mieszkała z boku. Siedzieli przy śniadaniu i nikt nie kręcił się na podwórzu aby usłyszeć ostrzeżenie.
Gdy Niemcy weszli do nich zrobili rewizję. Znaleźli płaszcz żołnierski, a w sianie schowane bandaże. Wiedzieli po co idą. Kilka dni temu pod Korytnicą była akcja partyzancka na Niemców. Zginęło ich tam trzech. Jeden z atakujących partyzantów - Gruzin dostał w kolano. Trzeba było amputować nogę. Ale sprowadzona z Kłoczewa doktorka operacji nie zrobiła. Wdała się gangrena i człowiek zginął. Niemcy mieli pretensje, że nie dostali ze wsi informacji o przechowywanym rannym. Mieli pewne informacje, że był on kwaterowany u Siwków. Za to ich rozstrzelali.
Odjeżdżając zabrali z ich gospodarstwa 3 świnie, klacz ze źrebakiem, mąkę, słoninę i wóz. Krowy zostawili. Kieliszek był ich furmanem aż do Dęblina. W Kurzelatach zatrzymali się i tamtejszemu sołtysowi Józefowi Kwasowi kazali pochować zamordowanych.
Śmierć rodziny Siwków głęboko wryła się w pamięć mieszkańców Wylezina, Kurzelat i całej okolicy. Janka Kieliszka Niemcy chcieli zabrać do Junaków ale wybronił go sołtys J. Kwas, który oświadczył że to jego goniec. Sołtys miał prawo mieć gońca, a u Niemców miał zaufanie bo kiedyś odniósł im znaleziony w lesie spadochron.
Cz.2
Wspominając czasy minione trzeba by wiele miejsca tu poświęcić, przede wszystkim tym dawniejszym. Czasom swojej młodości. Gdy miałem 14 lat, w 1936 r. - pamiętam - ciężko zachorował ojciec. Przeziębił szczękę, musiał się poddać operacji. Jego leczenie w lubelskim szpitalu kosztowało 1200 zł. Za taką sumę można było kupić dwie morgi ziemi albo pięć czy sześć krów, 11 lub 12 tuczników. Jeden kilogram tucznika kosztował 1 zł. Jedna dniówka w szpitalu osiem złotych, tyle co metr żyta. Zapamiętałem ten rok bo akurat ukończyłem szkołę podstawową u kierownika Jana Jurczyka w Owni. Moja rodzina była, można powiedzieć, bardzo liczna. Rodzice Jan i Jadwiga z domu Kieliszek w Kurzelatach mieli pięciu synów i trzy córki. Najstarszy Bronisław T. 1909, potem Aleksander r. 1911, Bolesław r. 1914, Stanisława r. 1917, Helena r. 1920, ja r. 1922, jeszcze Władysław 1924 i Marianna r.1927. Żyje jeszcze czwórka.
Spośród ludzi tamtego okresu należy zapamiętać m.in. Emilię Chojecką, Bronisława Majka i Stanisława Jacaka - nauczyciela w Wylezinie, który za swoją krnąbrną postawę wobec ludzi wówczas wpływowych odsiedział 1,5 roku, z 2,5 letniego wyroku. Dziś może taka sytuacja by się nie zdarzyła, ale wtedy tak. Stanisław z bratem stali przed kościołem w Kłoczewie. Ksiądz Stefan Kosmólski - kapelan na parafii, wyszedł do wiernych zgromadzonych przed kościołem i zachęcał ich do wejścia do jego wnętrza. A ponieważ, nie lubił lewicujących upodobań niektórych ze swoich "owieczek" więc zachętę poparł słowami, które nie mieszczą się w konwencji tego opowiadania. No i wyszła awantura, bo brat Stanisława, który miał już wtedy przeszłość więzienną, odpowiedział równie złośliwie, coś o gospodyniach swego adwersarza. Ten jako kapelan nosił za pasem pistolet, wyrwał go wtedy wzburzony słowami Jacaka. Stanisław w obronie brata krzyknął: na kogoś ten pistolet wyjął ... i obaj bracia wylądowali na posterunku u komisarza Bystrzyckiego w Rykach. Dalszy ciąg to sprawa karna i wspomniany wyżej wyrok. Do wojny Stanisław z więzienia wyszedł ale na początku okupacji niemieckiej na skutek czyjegoś pomówienia. razem z Romanem Żaczkiem i (?) Cichockim znalazł się na Majdanku, a później w Oświęcimiu. Żaczka z Majdanka zwolniono, Cichocki ponieważ znał niemiecki i był tłumaczem u Niemców przeżył, Stanisław Jacak zmarł w obozie w r. 1944. Innym zajściem, które tu długo pamiętano była sprawa Jana (r. 1915) i Mariana (r. 1921) Majków. Jan służył w 21 pułku ułanów w Równym Wołyńskim, później w czasie wojny dostał się do niewoli niemieckiej i przebywał w obozie pracy. W 1942 r. udało mu się z tego obozu uciec. Pracowali wówczas w fabryce. Dyscyplina była luźniejsza. Trochę zarabiali. Za te pieniądze on i jego kolega kupili sobie cywilne ubrania. W niedzielę ubrali się w nie, zaopatrzyli się w gazety i udając podróżnych, z ważnymi biletami przyjechali pociągiem z Niemiec do Generalnej Guberni. Wrócili do domu. Jan po powrocie był komendantem tutejszej placówki B.CH. To on wciągnął do partyzantki mojego brata Bronka.
28 marca 1944 r., Petersom przyjechał do Kłoczewa w sile ponad 20 żandarmów i granatowych policjantów. Przyszli na Przesmyk (obecnie JanopoI). Pytali u Jana Konopki, którędy najbliżej do Wylezina. Kazali się prowadzić do Majków. Obstawili mieszkanie i "zapukali". Jan i Marian Majkowie przed dwiema godzinami wrócili z terenu. Była godzina 5 rano, spali. Niemcy ich zupełnie zaskoczyli. Konopkę zwolnili. Peterson przesłuchiwał Jana. Pytał go - kiedyś uciekł z niewoli, kto ci pomagał. Ile zreperowałeś tu karabinów jako kowal? W mieszkaniu był ojciec Majków, jego córka z synkiem Bogdanem i mężem Aleksandrem Pudło. Wszystkim sprawdzili kenkarty. Janowi kazali się ubrać, wziąć klucze do kuźni. Peterson pytał go gdzie ma ukrytą broń, ale on wszystkiemu zaprzeczał. Niemiec szczuł go psem. Ten psa kopnął, aż ten wywinął kozła. Przywiązali więc Jana do imadła. Pies szarpał go już swobodnie. Wreszcie, gdy dalej "szedł w zaparte", Peterson go zastrzelił. Mariana Niemcy zaprowadzili do obory. Kazali mu wyciągnąć spod żłobu karabin. Tam go zastrzelili. Śmierć Jana i Mariana Majków była w tych stronach żywo komentowana. Kto doniósł Niemcom o tym, że Jan Majek ukrywa się w domu. Jak to się stało, że Niemcy zastali braci w domu, wiedzieli o zaangażowaniu się ich w konspirację? Pytań było więcej.
Cz.3
Zanim w 1949 r. na 31 lat zostałem sołtysem, później też radnym, naczelnikiem Straży (18 lat), prezesem Kółka Rolniczego (12 lat), 10 września 1944 r. poszedłem z poboru do wojska. Odwoził nas furmanką do Gończyc Roman Konopka. Miał do Garwolina ale właśnie w Gończycach powiedział: co ja będę gonił konia, macie tu wódkę, zatrzymacie jakiś samochód wojskowy i każdy kierowca za ten towar podrzuci was do celu.
W garwolińskich koszarach przesłuchiwał nas, to znaczy mnie i brata Olka, jakiś kapitan. Do partyzantki tośmy się nie przyznawali, ale powiedzieliśmy, że znamy się na ciesielce. Skierował nas do saperów. .Okrężną drogą z Garwolina, przez Sobolew, Życzyn, Łuków do Lubartowa, Łęcznej i wreszcie do Firleja. Tam w lasku nad jeziorem mieszkaliśmy w ziemiankach. Kto był przebiegły i dobrze oczyścił ze starej słomy swoje lokum ten ustrzegł się przed oblezieniem przez wszy. Kto zaś był leniwy, po pierwszej nocy był obleziony nimi jak szczeniak pchłami. Dostaliśmy umundurowanie, broń - po 72 naboje na pepeszkę. Naszymi dowódcami byli Rosjanie, trochę niezdarnie mówiący po polsku. 15.01.1945 r. przeprawialiśmy się przez Wieprz. Przed przysięgą awansowałem na kaprala. Przysięgę składaliśmy w Międzyrzeczu przed gen. K. Świerczewskim. Z Firleja zapamiętałem takie zdarzenie. Dwóch chłopaków rodem z Żelechowa uciekło z wojska. Jeden wziął ze sobą broń. Złapało ich NKWD. Ten bez broni poszedł do karnej kompanii. Ten z bronią dostał wyrok śmierci. Koledzy mieli go wykonać. Ustawiono pluton egzekucyjny, padł rozkaz: pojedynczym ognia. Padły strzały. Skazany nie został trafiony. Kolejna komenda i wynik taki sam. Zdenerwowany przełożony - Rosjanin - sam podbiegł do skazanego i z bliskiej odległości zastrzelił go.
16.10.1945 r. byliśmy w Warszawie. Mieliśmy zadanie rozminowywania wału nad Wisłą. Tam były miny przeciwczołgowe i niewypały różnych pocisków. Edek Majek z Wylezina jak policzył, zdjął ponad 800 min. Eugeniuszowi Konopce mina oberwała piętę. Ja też byłem kontuzjowany, na szczęście lekko. Po 3 tygodniach szpitala wróciłem do batalionu. Z bratem Olkiem, Kulikiem i Sadrzakiem dostaliśmy przydział do Przemyśla. Byliśmy blisko Bieszczad, a tam wszędzie UPA-wcy. Chodziliśmy przeciwko nim. Ale ludzie nie mieli ochoty walczyć.
Kiedyś ruszyliśmy na zadanie czterema samochodami. Po kilku kilometrach ten prowadzący konwój zatrzymał się. Jego kierowca stwierdził, że jest awaria. Mjr Lewkowicz nie chciał uwierzyć. Podejrzewał symulację. Wezwał innego kierowcę, ale i ten nie uruchomił silnika. Poszliśmy dalej pieszo. W chałupach najbliższej wsi na podłogach rozłożona słoma. Obok chałup okopy. Ludzie zdążyli uciec.
Po jakimś czasie wysłano mnie do Radomia na podchorążówkę. Pełniliśmy służbę i uczyliśmy się. Miałem akurat służbę w sztabie. Patrol zwinął dwu NKWD-zistów będących ze Skarżyska w Radomiu na "gościnnych występach". Rozrabiali w mieście. Oficer inspekcyjny ich kazał wypuścić. Tego dnia o 18-ej zdałem służbę i poszedłem do kina. Broń miałem ze sobą. W trakcie seansu wbiegła panienka poszukując polskiego żołnierza. Wyszedłem z nią po patrol bo jacyś żołnierze rosyjscy napadli na jej koleżankę. Na dyżurce był wtedy brat Olek. Pobiegł na miejsce z czterema żołnierzami. Poszedłem za nimi zobaczyć co się dzieje. Poznałem jednego z wypuszczonych nie tak dawno NKWD-zistów. Był pijany. Podszedłem do niego. Bez ostrzeżenia strzelił do mnie. Dwie kule dostałem w rękę, cztery w biodro. Cztery utkwiły w brzuchu. W płaszczu przestrzelin naliczono 15. Na szczęście byłem przed kolacją więc głodny. Kule nie poszatkowały wnętrzności. Dyrektor szpitala dr Węglewicz i jego zastępca Wasilewski dokonali cudu. Uratowali mnie. Po trzech miesiącach uczyłem się chodzić. Ci Rosjanie co do mnie strzelali, wtedy uciekli ale za kilka dni jeden z nich zginął. W Łodzi na Komisji Wojskowej dostałem 5 mcy urlopu zdrowotnego. Moja jednostka przeniosła się do Kazunia k/Modlina. Powtórne badania zwolniły mnie do cywila. Miałem iść do pracy w Pionkach, ale w pociągu poznałem mjra Zarębę z Dęblina. Jemu był potrzebny ktoś do ochrony obiektów wojskowych. Przepracowałem 0,5 roku. Ze względu na powtarzające się kradzieże zwolniłem się. Nie chciałem odpowiadać za innych. Wróciłem do domu. Mamusia powiedziała wtedy. Słuchaj synu, wybierz sobie dziewczynę i ożeń się. Ślub z Gabrielą Filipek z Przykwy braliśmy w kłoczewskim kościele 28.09.1947 r. Gabriela była w wojnę łączniczką w AK. Po wojnie 6 tygodni siedziała w Garwolinie "pod orłem". Kombatantką się nie czuje. Dochowaliśmy się siedmiorga dzieci. Po kolei Stanisław, Kazimierz, Tadeusz. Jerzy, Zofia, Henryka, Zbigniew. Teraz mamy z żoną 22 wnucząt w tym 15 chłopców. Najstarszy ma 16 lat. Teraz, może niech opowie Jurek, jak zginął jego ojciec, jego kierownik szkoły...
Czasy powojenne obfitowały w takie tragiczne momenty. Dziś trzeba mówić o tamtych czasach bez owijania w bawełnę. To może być nauka dla następnych pokoleń, które wielu rzeczy nie rozumieją. Opr. Zbigniew Lipski „MR” nr 6, 7, 8/1999

30. Zostałem ranny w ostatnim dniu wojny

/wspomina Władysław Żmuda/

Władysława Żmudę r. 1923 z Karczmisk, a od 1953 r z Brusowa, zagadnąłem w czasie spotkania opłatkowego Związku Inwalidów Wojennych RP, jakie odbywało się w pałacu, o to jak doszło do tej poważnej dolegliwości ruchowej, którą widać gołym okiem.
Wtedy popłynęła opowieść o zdarzeniach z wojny, która dla młodego pokolenia jest na szczęście i oby pozostała tylko historią.
Wojnę przeżywałem jako 16-o a później 17-22 letni młodzieniec w Karczmiskach z rodzicami Piotrem i Antoniną oraz braćmi Stanisławem, Józefem i Bolkiem. Do organizacji podziemnych nie należałem, ale w 1943 Niemcy wcielili mnie do junaków i pracowałem 6 tygodni przy naprawach w wagonowni na dworcu towarowym w Dęblinie jako pomocnik cieśli. Później wymienialiśmy tłuczeń na torach trasy kolejowej Dęblin - Bąkowiec. Mieszkaliśmy w 4- ech barakach ogrodzonych drutem kolczastym, stojących obok wieży ciśnień, naprzeciwko wspomnianej wagonowni i parowozowni. Na noc strażnicy zabierali nam okrycia dzienne, aby ktoś nie uciekł.
Gdy zaczęły się stamtąd ucieczki postanowiłem zrobić to i ja. Do Bąkowca dowożono nas koleją. W czasie przejazdu koło twierdzy w Dęblinie, przed mostem na Wiśle wyskoczyłem w czasie biegu pociągu. Za mną jeszcze dwaj koledzy. Łęcki z Budek Edwardowskich, w czasie skoku zaczepił się o hak kieszenią spodni i zawisł. Gdy spodnie się rozerwały spadł obok toru. W pobliżu toru szła inna grupa junaków z ochroną. Ci zobaczyli nas i zaczęli gonić. Ukrainiec stojący w ochronie mostu, wskazał nam kierunek wzdłuż brzegu Wisły na most drewniany. Tamtędy we dwóch z Marianem Antolakiem przez Michalików, stację kolejową do Staw i pociągiem do Leopoldowa. Udało się. Jakiś czas przechowywał mnie stryjek w Kawęczyńskiej Kolonii. Łęckiemu się nie udało. Dopędził go prowadzący grupę junaków. Został skierowany do obozu pracy w Kazimierzu i tam kuł skałę w karnej kompanii jeszcze 6 miesięcy.
Gdy nastąpiło wyzwolenie roczniki 1921-24 zostały powołane do wojska. 12.09.1944 r. zostałem wezwany do WKR w Garwolinie i zmobilizowany. Przez Dęblin, Łuków, przewieziono nas do Leszczanki koło Trzebieszowa, gdzie stacjonował 15 PP 5 Armii WP. Początkowo przydzielono mnie do 9 kompanii, a po 3 tygodniach musztry, zostałem dowódcą drużyny i niedługo po tym dostałem skierowanie na szkołę podoficerską. Atmosfera dla wojska w terenie nie była przychylna. Rodzice odradzali i zrezygnowałem z tego. Wcielono mnie do obsługi działonu przeciwpancernego artylerii lekkiej kal. 45. Działo z jaszczem wagi 780 kg ciągaliśmy siłą mięśni na odległy 3 km plac ćwiczeń. 11.11.1944 r. złożyliśmy przysięgę i do 11.01.1945 r. przebywaliśmy dalej w Leszczance, kwaterując w ziemiankach. Po dwie obsługi baterii, czyli 16 osób w jednej. Tego dnia przyszedł rozkaz przemieścić się do koszar 30 PP stacjonującego przed wojną na ul. 11 listopada w Warszawie - Pradze. Tam około 10 dni przygotowań i kolejne przemieszczenie się na przedmieście Sikawa w Łodzi. Rozkwaterowano nas w prywatnych, poniemieckich budynkach.
Stanowiliśmy wtedy jednostkę wspomagającą, wartowniczą przy obozie zbieranych w terenie folksdojczy, którzy stąd odsyłani byli w głąb Z.R. Tę służbę pełniliśmy do 5 kwietnia. Następnego dnia przyszedł rozkaz, aby przez Kutno, Konin stawić się w rejonie Gorzowa Wielkopolskiego, a następnie Wrocławia, gdzie nastąpiło ześrodkowanie dywizji i przemarsz w kierunku Nysy Łużyckiej. Od Kutna maszerowaliśmy za końmi, które stanowiły siłę pociągową naszych dział. Byliśmy Samodzielnym Dywizjonem Artylerii Lekkiej, w 3 batalionie jako osłona artyleryjska kompanii.
Nad Nysą przygotowanie do ofensywy, która rozpoczęła się 16.04. o godz. 5.00. Huraganowy ogień artylerii i katiusz, a po nim forsowanie Nysy i zdobywanie terenu za nią. Niemcy na tym odcinku się nie bronili. Bez oporu z ich strony zajęliśmy tego dnia około 15 km w głąb i zajęliśmy pozycje obronne. Następnie przeważnie nocą przemarsze w głąb Niemiec, w dzień pozostawanie w obronie. Niemcy nie stawiali oporu. Pierwsze z nimi bezpośrednie zetknięcie mieliśmy dopiero nad Sprewą. Po jej drugiej stronie byli oni umocnieni. Stały bunkry i skomasowana obrona. Rzeka uregulowana więc trudniejsza do forsowania.
30.04.1945 r. otrzymaliśmy rozkaz do forsowania Sprewy. Po otwarciu ognia i przygotowaniu ogniowym z naszej strony, Niemcy odpowiedzieli również ogniem, stawiając znaczny opór. Dlatego pewnie dostaliśmy rozkaz wycofania się. Na lewym skrzydle naszych umocnień oni właśnie sforsowali rzekę i wyparli naszych na około 3 km od niej. Dowódca zarządził sformowanie szyku zwartego. Gdy przygotowywaliśmy się do kolejnego manewru Niemcy ostrzelali nasze zgrupowanie sześcioma pociskami. Ponieśliśmy straty kilkunastu zabitych, kilku rannych. Zabito też kilka naszych koni. Wtedy doszło do rozproszenia naszego zgrupowania. W nieładzie uciekaliśmy z miejsca widać dobrze namierzonego przez nieprzyjaciela. Dopiero po godzinie nasz dowódca zatrzymał oddziały i sformował regularny pododdział. Zarządził przemarsz w kierunku, na którym nie spodziewał się spotkać nieprzyjaciela. Po 15-20 km marszu piechota, która szła na czele została ostrzelana przez Niemców. Ich grupa wypadowa, trafiła na nasze dowództwo, czyniąc w nim trochę zamieszania. Niektórzy zostali ranni. Do akcji weszliśmy my artylerzyści. Oddaliśmy w ich kierunku kilka strzałów i zmusiliśmy do wycofania, a w pościgu schwytano kilku jeńców, którzy zostali odstawieni do sztabu dywizji.
Kontynuowaliśmy marsz w kierunku Drezna, zdobywając w zasadzie bez walki kolejne tereny. Dopiero w górzystym terenie wokół tego miasta natknęliśmy się na kolejny opór. Zajęliśmy stanowiska w obronie. Meldunek z samolotu dał nam do zrozumienia, że znajdujemy się w okrążeniu. Niemcy zaatakowali sztab dywizji i wzięli do niewoli dowódcę. Nasz dowódca pułku płk Stanisław Kupsza przejął dowodzenie dywizją. Rozkazał przerwać pierścień okrążenia, w którym, jak się okazało były 4 dywizje, dwie polskie (5 i 8) i dwie radzieckie. Sformowaliśmy szyk zwarty i przygotowywaliśmy się do uderzenia, w celu wyjścia z tego pierścienia. Piąta dywizja przeszła linię Niemców bez trudu, ale następne zostały ostrzelane ogniem krzyżowym, który spowodował znaczne straty w 8 dywizji naszej i wspomnianych dywizjach radzieckich. Pierścień został przerwany. Nasza jednostka została skierowana w rejon Budziszyna. Tam przygotowywaliśmy się do kolejnej ofensywy na pozostałe w tym rejonie zdziesiątkowane ale ciągle groźne dywizje nieprzyjaciela.
W dniu 8 maja w czasie ostrzału artyleryjskiego naszych stanowisk zostałem ranny w prawą nogę. Kontuzja stawu kolanowego po trafieniu odłamkiem okazała się groźna. Odwieziono mnie do ambulansu naszej jednostki i przebywałem w nim, w taborze 10 dni. W kolanie zrobiło się zakażenie. Dowódca polecił szukać najbliższego szpitala i tam mnie umieścić. Zawieziono mnie do szpitala radzieckiego w Bautzen. Zrobiono mi tam zabieg chirurgiczny i po ok. 1.5 tygodniu przeniesiono do szpitala w Gerlitz. Tam po kolejnym 1.5 tygodniu przewieziono mnie do Szpitala Maltańskiego w Częstochowie, gdzie przebywałem jeszcze 6 tygodni, a następnie w Szpitalu Wojskowym w Częstochowie do 30 listopada 1945 r. Dopiero wtedy Komisja Lekarska podjęła decyzję o moim zwolnieniu do cywila. Ożeniłem się w 1952 r. Z żoną Marią mamy jedną córkę Halinkę. Przez te lata byłem w Bazanowie rolnikiem na 5.2 ha. Udział w wojnie p. Władysława Żmudy zakończył się nie tak tragicznie jak dla wielu żołnierzy, którym nie było dane dożyć zwycięstwa i wolności. Ale na całe życie wojna pozostawiła po sobie u niego "pamiątkę", którą nie mógł nigdy ukryć. Jest ona jak wyrzut i przestroga dla innych, że pokoju trzeba strzec jak domu, rodziny, ojczyzny. Bo to nasze największe dobro.
Opr. Zbigniew Lipski „MM” nr 2/2001

31. Taką miałem młodość

/wspomina Marian Cieloch/

Marian Cieloch z Brusowa ma dziś 83 lata. Syn Jana i Anny z Gągałów, z żoną Janiną (zmarła w 2001 r.) dochowali się trzech synów i córki (Tadeusza r. 1951; Janiny r. 1954; Jerzego r. 1958( zginął tragicznie w 1987 r.) i Witolda r. 1971. Pierworodna córka Henryka r. 1949 niestety, zmarła po 4 miesiącach. Napracował się w swoim życiu tyle, że nie ma mu czego zazdrościć. W albumie, zawierającym zdjęcia z dzieciństwa i czasu młodości, który teraz ogląda z najmłodszym synem Witkiem, jest zdjęcie z zakończenia r. szk. 1935/36 zrobione 20.06. przed szkołą w Bazanowie. Za 3 lata był już po I klasie gimnazjum w Dęblinie. Przyszła wojna. Na tym skończył swoją edukację. Pomagał ojcu w gospodarce. Należał do Batalionów Chłopskich. Był uczestnikiem "Święta Ludowego" zorganizowanego przez BCH w Suchym Borze. Nosili tajne gazetki, ćwiczyli się w posługiwaniu bronią. Czasem trzeba było pieszo przejść nocą kilkadziesiąt kilometrów i wrócić na rano do domu, a skoro świt ojciec przychodził do łóżka, trącał i mówił - wstawaj, trzeba orać.
Gdy front wojenny zbliżył się do Wisły, chłopcy tacy jak on 21letni, najlepiej nadawali się do wojska. I Armia krwawiła na przyczółkach w Dęblinie, Magnuszewie, niosąc pomoc upadającemu powstaniu w Warszawie. Tworzono naprędce II Armię. Jak na całej Lubelszczyźnie tak i w Rykach zmobilizowano do wojska setki i tysiące młodych ludzi. Każda prawie wieś oddawała swoich synów, aby bili Niemców. Oddawała z rozpaczą, niechętnie, bo nie szli na zabawę. Szli do armii, która nie cieszyła się wielką estymą. Las był wypełniony takimi jak oni. Może tylko trochę starszymi. Werbunek odbywał się bez zbędnych procedur. Zdrowy - zdrowy, no to już. Krótkie zapoznanie z bronią w Węglinku k/Lublina. 12.09.1944 r. złożyli przysięgę i w drogę, w kierunku frontu, który 17 stycznia 1945 r. przeszedł Wisłę i parł dalej, aby do Berlina. 21 stycznia przejeżdżaliśmy przez zburzoną Warszawę. Wszędzie gruzy. Tylko przejazd pomiędzy nimi - wspomina.
Byłem kierowcą w 3 samodzielnym dywizjonie artylerii przeciwlotniczej 75 pułku. Po zakończeniu wojny 75 pułk został przekształcony w 86 pułk łużycki, 3 dywizji łużyckiej. Prowadziłem Sztudebakera ciągnącego działo. Bzurę w Sochaczewie przejechaliśmy po lodzie. Most był zburzony. Dopiero w Łodzi dostaliśmy trochę lepsze wyposażenie. Dotąd byliśmy bez wojskowej bielizny, karmieni byle jak. O higienie nikt nie myślał poważnie. Piechurzy aby pozbyć się wesz, na postojach zakopywali do ziemi swoje ubrania, wbijając w kopczyk kawałek kija. Po pewnym czasie insekty opuszczały ubranie wychodząc po kiju na zewnątrz... Ten sposób musiał zastępować pralnię i łaźnię. Jechaliśmy za frontem, który szybko posuwał się w kierunku Berlina. W pewnej chwili byliśmy 40 km od Berlina. Ale cofnięto nas do Poznania, a potem pociągiem do Oleśnicy i pod Wrocław.
Szykowaliśmy się do forsowania Nysy. 16.04. o godz. 4.55 zagrała artyleria. Pod jej ogniem saperzy budowali mosty dla środków transportowych. Piechurzy przeszli rzekę wpław. Był piękny wiosenny dzień. Świeciło słońce. Ale po pewnym czasie niebo przesłonił wszędobylski dym od wystrzałów. Rzeka była czerwona od krwi. Ci co nie umieli pływać i zachwiali się, w nurtach rzeki znaleźli swoją śmierć. Za Nysą, lej obok leja. Nie było metra kwadratowego równego, terenu. Poszliśmy daleko w głąb Niemiec, za daleko z punktu widzenia wojskowego. Pod miejscowością Nyski ranny został szwagier Bolek Ostrzyżek. Dla niego wojna tu się skończyła. Nie doczekał zakończenia wojny szwagier Józef Ostrzyżek. Postrzelił go snajper. Zginął na miejscu. Nad Odrą w Zgorzelcu jest jego grób. Na froncie był jeszcze ze mną Henryk Kornas z Brusowa, Henryk Warowny spod Postoły, drugiego Warownego imienia nie pamiętam, Miłosz też chyba Henryk z Ogonowa. Warowniaki byli w zwiadzie. Gdy byli na stanowisku obserwacyjnym przelatujący pocisk czołgowy uderzył w drzewo pod którym leżeli. Miłosz zginął na miejscu, jeden z Warownych został ranny. Był jeszcze Kazik Pilzak, Regiel Mietek z Julina, który cudem uniknął śmierci gdy siedział na dziale "zenitówce" i pocisk rozerwał się tuż obok.
Pod Budziszynem dostaliśmy się w okrążenie. My z Niemcami nie mieliśmy kontaktu, ale jak słyszałem inni zostali dobrze posiekani. Niemcy wymordowali cały polowy szpital. Wybawili nas Rosjanie. Skierowano nas znowu na Berlin. Ale już inni wcześniej zrobili porządek z hitlerowcami. Niedobitki wojsk niemieckich zagrażały Pradze Czeskiej więc znów skierowano nas na południe. Ale tam też inni byli wcześniej. Wojnę zakończyłem 8 maja 1945 r. Czas do marca 1947 roku spędziłem w Lesznie Wielkopolskim. Razem ze mną służyli wtedy w wojsku Henryk Walasek, Henryk Cieloch, Roman Jędrych z Przykwy... Po zakończeniu działań wojennych nie zostałem zwolniony do domu. Kierowcy byli ciągle potrzebni w wojsku. Z Jarnickim, Pilzakiem i Walaskiem dostaliśmy urlop, aby odwiedzić w domu bliskich. Ten urlop pamiętam szczególnie bo dla Kazika Pilzaka okazał się on zabójczy.
Szedłem z domu z butem do szewca w prywatnych ciuchach. Kazik był na polu w mundurze. Pomagał przy kopaniu ziemniaków. Zza stodoły wyszło trzech uzbrojonych ludzi z AK . Dwóch z nich dobrze znałem. Tego trzeciego nie. Kazik wyszedł do nich. Nieznajomy właśnie próbował przeładować broń, którą posiadał, być może aby postraszyć żołnierza. Padł strzał. Kula trafiła Kazika. Okazało się, że sprawca postrzału był pijany. Partyzanci uciekli. Ranny, zanim go dowieziono do szpitala w Puławach zmarł. Jak się później dowiedziałem, sprawca postrzału zginął niedługo podczas czyszczenia broni. Potem P. Marian Cieloch pracował na roli, niechętnie był traktowany przez władze PRL bo kułak. A teraz przyszła starość. Chętnie więc powraca do czasów młodości. Przegląda zdjęcia. Pokazuje nam dowody udziału w wojnie w postaci książeczki wojskowej ze stopniem bombardiera, Medale "Za udział w walkach o Berlin", "Za Odrę, Nysę i Bałtyk", Odznakę Grunwaldzką, Odznakę Weterana Walk o Niepodległość. Ostatnio otrzymał honorowy awans na podporucznika od prezydenta RP.
Choć ma już sporo lat, zachował dobrą pamięć, sprawność fizyczną, może cieszyć się z wnuków, być ciągle aktywnym i służyć radą młodszym, gdy o to zapytają.
Z pomocą Mariana Cielocha
opr. Zbigniew Lipski „MM” nr 4/2006..

32. jeśli komuś robisz dobrze, robisz sobie..

/wspomina Krystyna Wojewoda/

Pani Krystyna Wojewodowa z d. Rybak, zamieszkała od urodzenia w Moszczance, jest nieprzebranym źródłem wspomnień z czasów, które dla pokolenia obecnych nastolatków, brzmieć mogą jak legendy lub opowieści science fiction.
Lekarz dentysta, od 4.11.1953 r. poświęciła się służeniu ludziom wśród których wyrosła i ukształtowała swoją osobowość. Praca w Dęblinie, Rykach, Nowodworze, wypełniła jej prawie całe dotychczasowe życie. Opowieść, którą niżej przytaczam ma swój morał, aktualny na każdą porę. Posłuchajcie!
Było to przed czerwcem 1946 r. - opowiada Pani Krystyna - mój ojciec Antoni Rybak miał coś do załatwienia w Wymysłowie i udał się w tamtą stronę. Dochodząc do celu, nagie został zatrzymany przez placówkę WiN-u i doprowadzony do pobliskiej gajówki, gdzie akurat "Orlik" - Marian Bernaciak ze swoimi partyzantami przesłuchiwali Leona Miernika - v-przew. PRN z Garwolina i Jana Migdala Inspektora Szkolnego tejże. Zatrzymani siedzieli w izbie skrępowani, przywiązani do kijów włożonych pod kolana. Ojciec znał dobrze p. Mariana jeszcze sprzed wojny. W październiku 1939 ochronił go przed aresztowaniem przez Niemców, gdy ten wracał z wojny. Na krzyżówkach dróg Lublin – Warszawa i Dęblin - Kock stał posterunek żandarmerii wojskowej i wszystkich przechodzących nie tylko legitymował ale i wielu aresztował, gdy wydawali się podejrzani. Oficer WP w mundurze nie miał szans obok nich przejść niezauważony. Dlatego ojciec przebrał p. Mariana w swoje ubranie, dał mu na ramię widły i radził przejść opłotkami przez Chrustne i Oszczywilk do Zalesia. Później obok siebie handlowali w Rykach. Pan Bernaciak prowadził sklep z artykułami piśmiennymi a ojciec podobnie tylko w branży łokciowej czyli włókienniczej.
Gdy więc Orlik zapytał ojca po koleżeńsku - No panie Antoni. Co radzi pan żeby z nimi zrobić? - Ojciec nie namyślając się odpowiedział. - Ta krew dodatkowa nikomu już nie jest potrzebna. Radzę ich puścić wolno. Oni też wypełniają tylko czyjeś rozkazy i polecenia, chcą po prostu żyć. - Orlik posłuchał rady i zwolnił zatrzymanych. Ale nie minęło kilka dni a UB przyszło po ojca. Zdążył tylko ubrać się, wziąć z sobą starannie ukrywane w garderobie 6000 zł i pojechał pod eskortą do Dęblina - Ireny, gdzie poddany został przesłuchaniom. Oficer śledczy chciał koniecznie wiedzieć czy był w czasie okupacji w AK i z kim działał. Tymczasem ojciec choć współpracował z organizacją to nigdy nie włączył się w jej bezpośrednią działalność, bo po prostu miał "większe" sprawy na głowie. Dom był duży, kilkanaście osób tj. my, stryjostwo, wujowie z Kujaw i z Białej, w okolicy rodzina. Przynależność do AK i aktywna działalność to jednoczesne narażanie wszystkich na aresztowanie i śmierć z ręki okupanta. Gdy więc śledztwo nie dawało pożądanego dla prowadzącego rezultatu a ojciec zorientował się, że śledczy nie jest wyjątkowym służbistą, zaproponował mu - Panie mam przy sobie 6000 zł. Bierz je i mnie puść. Co pan będziesz mnie tu męczył. - Oficer UB zdziwił się, że ojciec pomimo rewizji zdołał przechować pieniądze, ale podczas kolejnego przesłuchania wziął je i ojca puścił wolno.
Niestety po kilku tygodniach UB po raz kolejny aresztowało ojca. Tym razem zawieziono go koleją do Garwolina. Ze stacji do miasta było ze 4 km i w momencie kiedy mój tatuś dochodził z eskortą "pod orła" (o złej sławie więzienie UB), wtedy szedł do pracy Pan Miernik. I nastąpiło spotkanie, zupełnie przypadkowe. Ten poznał tatusia i pyta: Panie Rybak co pan tu robi. - A widzi pan co ja tu robię. - Odpowiedział tatuś. Dalszą wymianę zdań uniemożliwiła eskorta, ale po śniadaniu (kubek kawy i kromka chleba) w celi i wypaleniu papierosa, strażnik wzywa ojca do wyjścia. Siedząc z nim, zdziwieni mówili nawet: a to ma pan szczęście. Dopiero co przyszedł, już wychodzi. Okazało się, że był telefon z Urzędu, ojca zaprowadzono tam i uwolniono za osobistym poręczeniem p. Miernika. Poszli na wódkę, ojciec przyjechał późnym wieczorem okazyjnym samochodem, odprowadzony przez w.w. Tam przy wódce powiedzieli do siebie, że spłacili sobie dług. Jeden żyje dzięki drugiemu. Dlatego jest to właśnie powiedzenie: "Co komu robisz dobrze, dobrze robisz sobie". Ojciec często powtarzał dodając: to są przypadki, które ludźmi kierują. W Wymysłowi i Garwolinie role obu były bardzo różne, ale postępowanie jednakie.
opr. Zbigniew Lipski „MR” nr 1/1995

33. Wyjątki wspomnień

/wspominali uczestnicy zdarzeń j.n./

Materiał tu prezentowany wzięty jest z opracowania Jerzego Kołodziejka „Powstanie i działalność PPR, GL i AL w Dzielnicy Nr 6 Dęblin – Ryki – Baranów Okręgu Warszawa Prawa – Podmiejska w latach 1942-44” - kronika. Autor cytuje bezpośrednio relacje m.in. Juliana Gransztofa, Mariana Ekszteina, Serafima Aleksiejewa, Stanisława Kowalczyka, którzy przekazali mu następujące informacje: 1939 – W październiku na targowisku w Rykach odbyło się spotkanie Jana Celińskiego, Henryka Stachurskiego i Juliana Gransztofa…Henryk Stachurski zaproponował utworzenie podziemnej organizacji, która mogłaby skupić b. członków KPP.* W grudniu w Kol. Czernic odbyło się drugie spotkanie byłych czł. KPP. Udział brali: Henryk Stachurski, Stanisław Skowroński – nauczyciel z Białek, Jan Celiński – listonosz z Ryk, Aleksander Kamela z Białek, Tadeusz Maciejewski z Niedźwiedzia, Marian Mioduchowski z Lipin, Julian Gransztof z Rososzy oraz Stanisław Jacak z Wylezina…Stanisław Skowroński zobowiązał się nawiązać kontakt ze swoim bratem Władysławem zamieszkałym w Warszawie, który w okresie międzywojennym był członkiem Komitetu Okręgowego KPP.* W grudniu powstała w Dęblinie konspiracyjna organizacja lewicowa p.n. „ Rewolucyjne Rady Robotniczo – Chłopskie „Młot i Sierp”. Założycielem jej był Stanisław Szczepański z Dęblina, a należeli do niej m.in. Jan Filipek, Łukowicz, Mięsiak ps. Wąsaty”, wszyscy pracownicy PKP.
1940 – W lutym w mieszkaniu Henryka Stachurskiego w Kol. Czernic odbyło się organizacyjne zebranie Stowarzyszenia przyjaciół ZSRR. W zebraniu uczestniczyli: J. Celiński, S. Skowroński, H. Stachurski, A. Kamela J. Gransztof, T. Maciejewski, H. Cichecka, S. Jacak i S. Grudzień. Na polecenie H. Stachurskiego zebrani mieli nawiązać kontakt z b. czł. KPP we wsiach: Niedźwiedź, Żelechów, Wola Gułowska, Jarczew, Kłoczew, Wylezin, Rososz, Ryki, Dęblin, Trojanów i zorganizować tam komórki Stowarzyszenia Przyjaciół ZSRR.
1941 W sierpniu i we wrześniu w rejonie wsi Zwadnik, Czernic i Wola Gułowska pojawiły się pierwsze grupy żołnierzy radzieckich – uciekinierów z obozów jenieckich./wsp. J. Gransztof/ 1942 – W lutym u H. Stachurskiego na zebraniu, w którym wzięło udział 9 osób powołano Komitet dzielnicowy PPR i Gwardię Ludową, na czele której stanął Henryk Stachurski ps. „Bolek”, a jego zastępcami zostali Julian Gransztof (ds. operacyjnych) i Aleksander Kamela (ds. polit.-wych.). Szefem sztabu został Tadeusz Maciejewski ps. „Czarny”. / wsp. J. Gransztof/
* W czerwcu 1942 r. w pobliżu wsi Sarnów (linia Dęblin-Łuków) grupa wypadowa Gwardii Ludowej pod dowództwem „Saszki” wysadziła w powietrze niemiecki transport wojskowy. Uszkodzono lokomotywę i trzy wagony. W akcji uczestniczyli: Marian Eksztein ps. „Mucha”, Bronisław Oleja ps. „Brzózka”, Czesław Smolarczyk, Stanisław Smolarczyk, Mieczysław Smolarczyk, Stanisław Kępka, Mieczysław Miłosz oraz m.in. „Alosza” i „Iwan” – partyzanci radzieccy. W lipcu t.r. grupa gwardzistów z oddziału Tadeusza Maciejewskiego ps. „Czarny” rozbroiła w Kłoczewie posterunek granatowej policji i zdemolowała mleczarnię kontyngentową. Grupą dowodził Bronisław Okleja. W akcji brali udział: Marian Eksztein, Stanisław Żaczek ps. „Janek” oraz partyzanci radzieccy „Alosza”, „Iwan” i „Żorżyk” / wsp. M. Eksztein/
* W sierpniu 1942 r. w rejonie Łukowa i Żelechowa z ukrywających się tam Żydów powstała 12 osobowa grupa partyzancka, którą dowodził Malinowski. Na uzbrojeniu miała 1 karabin i 2 pistolety. /wsp. Aleksiejew/
* W tym samym miesiącu oddział GL im. Kilińskiego pod dowództwem Serafima Aleksiejewa opanował Adamów. Zniszczono urząd gminny i spalono dokumentację, rozbito mleczarnię kontyngentową, ostrzelano posterunek granatowej policji oraz uwolniono około 200 Żydów. Raniono 1 policjanta i zabito 1 żandarma. W akcji brali udział m.in. Jan Janiszek z Niedźwiedzia Henryk Wojciechowski z Krzywdy, Józef Kornacki, Iwan Kurylenko i Aleksander Łogaczew. Oddział wycofał się w kierunku Cisownika. Józef Kornacki i Aleksander Łogaczew po wyprowadzeniu ostatniej grupy Żydów pozostali w lesie szczałbińskim i zostali zabici przez Niemców w czasie pościgu. / wsp. J. Gransztofa/
* W listopadzie w okolicy stacji kol. Stawy grupa GL z Białek pod dowództwem Aleksandra Kosmali zerwała tory kolejowe oraz ostrzelała pociąg pancerny. W akcji uczestniczyli: Jan Kamela ps. „Pająk”, Kazimierz Kamela ps. „Szczupak”, Władysław Surmacz i Henryk Kapusta. Przerwa w ruchu pociągów trwała ok. 24 godz. * W Przytocznie Oddział im. Kilińskiego rozbił gorzelnię. Zniszczono dokumentację, uszkodzono aparaturę, spalono samochód ciężarowy. / wsp. J. Gransztof/; W Krzówce gr. GL dowodzona przez Henryka Stachurskiego rozbiła mleczarnię kontyngentową. Zdobyte masło i śmietanę rozdano miejscowej ludności. W akcji brali udział m.in. Marian Eksztein, Bronisław Okleja. /wsp. M. Eksztein/.
1943 – W styczniu oddział im. Kilińskiego dokonał napadu na posterunek granatowej policji w Kłoczewie. Policjanci nie stawiali oporu. Zniszczono także Urząd Gminny, a w nim m.in. spisy ludności przeznaczonej do wywozu na roboty do Niemiec. Kilka dni później posterunek zaatakowali partyzanci z Rososzy, Niedźwiedzia, Zwadnika, Kłoczewa i Nowodworu oraz partyzanci radzieccy „Aloszy” i „Maleńkiego Iwana” pod ogólnym dowództwem Henryka Stachurskiego ps. „Bolek”.* W Zadybiu Starym oddział Juliana Gransztofa ps. Jastrząb rozbił gorzelnię i mleczarnię kontyngentową. W akcji uczestniczyli gwardziści z Nowodworu, Niedźwiedzia, Czernica oraz grupa z Oddziału im. Kilińskiego. * Na przejeździe kolejowym w Grabowie żandarmi niemieccy zaatakowali z zasadzki ludzi z oddziału GL im. Kilińskiego. W czasie walki zginęło 11 partyzantów, m.in. Maksym Miliajew, Zajnał, Hasan, Wasilij, Waliko, Gagi. Z zasadzki uratowali się m.in. Serafin Aleksiejew, Iwan Kurylenko, Semen Gosiewski, Iwan Intycki, Iwan Karcew, Iwan Rokicki, Georgij Iliukow, Aleksander Kugaszczew, Henryk Wojciechowski, Jan Janiszek. Z zasadzki wycofały się grupy Piotra Finansowa i Malinowskiego. /wsp. J. Gransztof/

* W marcu 8 osobowy oddział GL pod dowództwem Aleksandra Kameli dokonał napadu na spółdzielnię „Społem” w Rykach i zrabował 400 000 zł. Uczestniczyli w nim: Henryk Kapusta, Kazimierz Kamela ps. „Szczupak”, Jan Bińczak, Marian Grzechnik, Bolesław Grzechnik, Jan Jaroń, i Kwapisiewicz./wsp. St. Kowalczyk
* W kwietniu grupa GL z Białek uszkodziła elektrownię polową zasilającą niemieckie lotnisko polowe. Przerwa trwała 3 dni. Akcję wykonali: Kazimierz Kamela, Jan Kamela ps. „Pająk” i Henryk Kapusta. * Pomiędzy wioskami Strzyżowice i Skrudli grupa Władysława Woźniaka ps. „Zagłoba” wycięła słupy telegraficzne na odl. 1500 m. Uczestnikami akcji byli: Stanisław Woźniak, Józef Woźniak ps. „Zawisza”, Aleksander Wiak ps. „Huragan”, Stanisław Kowalczyk ps. „Zemsta”, Czesław Kucharczyk ps. „Równy”, Jan Olszewski ps. „Żubr”, Józef Grobel ps. „Orzeł”, Mieczysław Kulik ps. „Sosna” i Jan Szlendak./ wsp. St. Kowalczyka i In./
* W czerwcu grupa GL Juliana Gransztofa i Stanisława Lidla zniszczyła mleczarnię kontyngentową. Zniszczono urządzenia i zabrano ok. 150 kg masła, które rozdano ludności miejscowej. Uczestnikami akcji byli: Stanisław Żaczek, Kazimierz Kamela, Jan Kamela, Stanisław Lidel, Arkadiusz Kowalski./wsp. J. Gransztof/
* Na trasie Krzywda – Leopoldów oddział GL Aleksandra Kameli wysadził niemiecki pociąg ze sprzętem wojskowym. Zniszczono 7 wagonów towarowych. Przerwa w ruchu trwała ok. 7 godz. W akcji uczestniczyli oprócz dcy: Jan Kamela, Wacław Szwarczewski, Władysław Osial, Bolesław Radomski./wsp. S. Kowalczyk/
* W Gołebiu 28.06.1943 r. oddział pod dowództwem Władysława Sienkiewicza ps. „Wilk” uderzył na obóz junaków, których używano do naprawy torów kolejowych. Spalono baraki, zdobyto broń, uwolniono ludzi. W akcji uczestniczyli m.in. Mieczysław Więsyk ps. „Murzyn”, Stanisław Wiak ps. „Jastrząb”, Mieczysław Osiński, Tadeusz Ciupa, Mikołaj Paramonow ps. „Dąbrowski”, Michał Szaposznikow, Helena Sienkiewicz ps. „Wanda”, Ryszard Pasim ps. „Reks”, Władysław Głogowski ps. „Romek”, Franciszek Kwapisiewicz ps. „Śnieg”, Stanisław Kowalczyk ps. „Zemsta”, Władysław Wożniak ps. „Zagłoba”/wsp. S. Kowalczyka/
* W lipcu t.r. Gestapo i żandarmeria niemiecka aresztowali w domu Henryka i Tadeusza Stachurskich, ich ojca Jana, matkę i ukrywającego się u nich skoczka radzieckiego. Naprędce zorganizowano zasadzki w lesie zwadnickim i drugą w okolicy Zalesia. Konwój 12 samochodów został ostrzelany w okolicy Zalesia przez Juliana Gransztofa, Bolesława Sowę ps. „Chmiel” i Edwarda Piwońskiego. W zamieszaniu uciekł tylko Mieczysław Stachurski. Pozostałych dowieziono do aresztu w Dęblinie. Henryk Stachurski popełnił w areszcie samobójstwo. Pozostali zginęli w obozach koncentracyjnych. /wsp. S. Kowalczyk i inni/ * 13.09.1943 r. w pobliżu st. kol. Gołąb grupa GL wspólnie z oddziałami BCH dowodzonymi przez Stefana Rodaka ps. „Rola” o godz. 23.40 wysadziła pociąg wojskowy z amunicją i bombami lotniczymi. Przerwa w ruchu trwała ok. 40 godz. Akcja opisana szerzej w literaturze poświęconej BCH. * 26.09.1943 r. na odcinku Leopoldów – Okrzeja grupa partyzantów Serafima Aleksiejewa wysadziła transport przewożący niemieckich żołnierzy na front wschodni. Przerwa w ruchu trwała 12 godzin. W rejonie Anielowa i Gończyc oddział Wermachtu i policji urządził obławę na partyzantów. Ci skryli się w jednej z chłopskich zagród i tylko dzięki przypadkowi nie zostali wykryci. We wsi Kokoszka grupa partyzantów Serafima i Henryka Wojciechowskiego zrobiła zasadzkę na 5 lotników niemieckich, którzy grabili chłopów. Zginęło 4, jeden się poddał i darowano mu życie. Zdobyto ich broń./wsp. S. Aleksiejew/
* 2.11.1943 r. w rejonie Gończyc grupy wypadowe z Brzezin i Ryk pod dowództwem Mariana Kuchnio oraz oddział milicji RPPS z Niwy Babickiej pod dowództwem „Czarnego” zaatakowały kolumnę 602 samochodowego pułku transportowego. Po stronie wroga zginęło 3 żołnierzy. Gwardziści nie ponieśli strat. Sześć dni później w Trojanowie grupy wypadowe z Brzezin, Ryk i Rososzy pod dowództwem Henryka Celińskiego ps. „Bogdan” zniszczyły dokumentację kontyngentową w Urzędzie Gminnym. W akcji brali udział m.in.: Jan Kamela ps. „Pająk”, Marian Eksztein ps. „Mucha”, Henryk Dąbrowski ps. „Janek”, Ignacy Piotrowski, Jan Ozimek ps. „Gaj”, Jan Filipek ps. „Brzoza”, Jan Włodarczyk ps. „Stach”, Wacław Ożóg ps. „Janek”, Bronisław Jędrych, Wacław Kozioł ps. „Krok”, Marian Witek, Edward Piwoński, Władysław Piwoński, Eugeniusz Szymański, Bolesław Szymański./wsp. Tadeusz Konopka i inni/.
1944 – 23.01. w Rykach w mieszkaniu Jana Celińskiego odbyło się organizacyjne zebranie konspiracyjnej Powiatowej Rady Narodowej w Rykach. Omówiono sprawy połączenia sił BCH i Milicji RPPS z powstałą już Armią Ludową. Wybrano wspólne dowództwo AL. Dzielnicy nr 6 oraz podpisano akces do Krajowej Rady Narodowej i przesłano go do Warszawy. Protokół z zebrania J. Celiński zakopał w pobliżu swego mieszkania. Obecni na zebraniu: Stanisław Skowroński ps. „Walerian”, Julian Gransztof ps. „Jastrząb” zca dcy GL Dzielnicy nr 6, Jan Celiński ps. „Skiba” z żoną, Urban Łysanowicz, Leon Miernik, Jan Fall, Morawski i Lejwoda. Ochronę zebrania stanowili: Henryk Celiński ps. „Bogdan”, Stanisław Łysanowicz ps. „Zawis” i Stanisław Żaczek z Ryk. Pierwszym przewodniczącym PRN został wybrany Urban Łysanowicz./wsp. U. Łysanowicz/
* 27.01. grupa partyzantów AK zaatakowała na drodze powracającego ze spotkania z BCH- wcami Juliana Gransztofa i ciężko go raniła. Sprawcy byli przekonani, że on zginął i zostawili go w rowie. /wsp. J. Gransztof/
* 6.04. grupa partyzantów AL z oddziału im. Kilińskiego wykoleiła pociąg towarowy. Lokomotywa i 4 wagony zleciały z szyn. Podobnie stało się na linii Sarnów – Krzywda. Wagony z amunicją eksplodowały i zostały zniszczone./wsp. S. Aleksiejew/
* 1.05. w Baranowie połączone oddziały AL. Dzielnicy nr 6 rozbiły posterunek policji granatowej i Urząd Gminny. Dowódcą akcji był kpt. Mikołaj Paramonow ps. „Dąbrowski” i Józef Woźniak ps. „ Zawisza”./wsp. M.in. S. Kowalczyk/
* 19.05.1944 r. w okolicy wsi Żerdź na szosie Warszawa – Lublin oddział AL liczący 60 partyzantów, pod dowództwem Władysława Sienkiewicza ps. „Wilk”, urządził zasadzkę na niemiecką kolumnę samochodową składającą się z 8 samochodów ciężarowych i jednego osobowego. W wyniku 12 minutowej walki spalono samochód osobowy i 3 ciężarowe. W wyniku niemieckiej przewagi ognia oddział AL musiał się wycofać. W walce brali udział m.in.: Władysław Woźniak ps. „Zagłoba”, Józef Woźniak ps. „Zawisza”, Stanisław Woźniak, Mieczysław Więsyk ps. „Murzyn”, Franciszek Kwapisiewicz ps. „Śnieg”, Stanisław Kowalczyk ps. „Zemsta”, Czesław Kucharczyk ps. „Równy”, Mikołaj Paramonow ps. „Dąbrowski”, Henryk Zagulski ps. „Urwis”, Kazimierz Zagulski ps. „Kobus”, Jan Rybak ps. „Róża”, Jan Szaruga ps. „Karaś”, Wacław Skwarczewski ps. „Student”, Józef Wiak ps. Wojtek”, Regina Wiak ps. „Teresa”, Stanisław Wiak ps. „Jastrząb”, Jan Szlendak ps. „Dąb”, Jan Olszewski ps. „Żubr”, Mieczysław Osiński, Jan Kopeć ps. „Waldy”, Ryszard Pasim ps. „Reks”, Helena Sienkiewicz ps. „Wanda”./wsp. T. Konopka, S. Kowalczyk i inni/.
* 6.06.1944 r. we wsi Białki grupa AK z oddziału Mariana Bernaciaka ps. „Orlik” uprowadziła i zamordowała sekretarza Komitetu Dzielnicowego nr 6 Stanisława Skowrońskiego ps. „Walerian”./wsp. m.in. S. Kowalczyk /
* 24.06. W rejonie Pogonowa samoloty radzieckie dokonały zrzutu broni i amunicji. Ponieważ AL. – owcy znajdowali się wtedy w lesie abramowskim zrzut przejęli członkowie AK. Później na interwencję AL. broń została im przekazana./wsp. F. Kwapisiewicz/.
*22.07.1944 r. w Ułężu oddział AL dowodzony przez Juliana Gransztofa ps. Jastrząb opanował niemieckie lotnisko. Stoczono o nie walkę i wzięto do niewoli 18 Niemców. W akcji brali udział m.in. Bolesław Grzechnik, Marian Grzechnik, Jan Jaroń, Władysław Jaroń, Jan Kamela ps. „Pająk”, Józef Kamela, Marian Eksztein ps. „Mucha”, Henryk Wójcik, Henryk Kapusta, Franciszek Kwapisiewicz ps. „Śnieg”, Władysław Surmacz, Eugeniusz Filipowicz, Edward Kuna ps. „Diabeł”, Jan Kopeć ps. „Waldy”, Regina Wiak ps. „Teresa”, Józef Wiak ps. „Wojtek”, Stanisław Kowalczyk ps. „Zemsta”, Aleksander Grzesiak./wsp. S. Kowalczyk i inni/. /wybrał: Zbigniew Lipski/

34. To stało się nad Wieprzem

/wsp. Adam Luksemburg/

Adam, pierwotnie Abram Luxemburg (zmiany dokonał pod wpływem kpt. Zaręby we Włochach, angażującego go do wojska przed 1939 r. - po co masz być od początku „Żydem” w polskim żywiole). Adam był rodowitym Dębliniakiem, tu chodził do szkół, potem odbywał służbę wojskową, był w getcie i pamiętnego 20 lipca 1944 r. razem z innymi został załadowany do transportu, który miał z tą grupą być przewieziony do Częstochowy. Uciekł z innymi zaraz przed Wisłą i ukryty w nadrzecznych krzakach Wieprza pod Bobrownikami „obserwował: Mord nad Wieprzem”. Pisał o tym w r. 1990 w „Polityce” nr 34 (pt. „Nie tylko w Kielcach”), i 38, a w 42 i 43 tygodnik odnotował listy czytelników. Zainteresowany historią Żydów w Rykach i Dęblinie, znalazłem w Internecie jego zapis dotyczący i tej historii. Luxemburg stara się w tym zapisie być powściągliwy i konkretny. „Księga Ryki” w dużej części jest przetłumaczona przez p. Andrzeja Cieślę i stąd łatwiejsza w dostępie. „Księga Demblin – Modrzyc” jest tylko po angielsku. Ale ludzie szczególnie młodzi w Polsce znają i ten język. W luźnym tłomaczeniu tekst z rozdziału pt. „Holokaust” przedstawia się następująco:
Niemcy rozpoczęli bombardowanie Dęblina 2 września o godz. 11.00. Bombardowanie trwało do południa. Ludność cywilna uciekła wieczorem i w nocy do Ryk, gdzie nie było obiektów wojskowych. Mimo to Niemcy zbombardowali też Ryki. Więcej niż 500 Żydów z Dęblina i 180 z Ryk padło ofiarą bombardowania. Dęblin został zajęty 15 września. Ludność cywilna zaczęła powracać do swoich domów. Na początku października niemieccy żołnierze spalili dęblińską synagogę. 12 Żydów wrzucili do niej aby ich spalić żywcem. W końcu grudnia 1939 r. Niemcy poprowadzili wszystkich Żydów z Puław do Opola Lubelskiego. 160 Żydów, przeważnie kobiet i dzieci wysłali do Dęblina. Niemcy nie pozwolili im przejść rzekę Wieprz po moście i wszyscy zamarzli na śmierć.
Shmuel Nachum Luxemburg odmówił zostania prezydentem Judenratu. Wszyscy członkowie Judenratu aż do zakończenia likwidacji Żydów w Dęblinie nie pochodzili z Dęblina. W zarządzie Judenratu byli: Lejzor Tajchman, Salman Orlovski, dr. Calman Fries, Shimon Dratfish i Israel Wajnberg. W październiku 1940 r. Żydzi byli prowadzeni główną ulicą i zgromadzeni w getcie. Wszyscy Żydzi ze Stężycy, Gniewoszowa, Końskowoli, z Rycic i Bobrownik zostali umieszczeni w getcie w Dęblinie. Ludzie żyli w ciasnocie i bardzo złych warunkach sanitarnych. To w połączeniu z niedożywieniem doprowadziło do wybuchu epidemii tyfusu i wielu ofiar.
Pomimo tych złych warunków Niemcy zmuszali Żydów do ciężkiej pracy. Często żydowscy robotnicy byli bici aż do uśmiercenia, niekiedy wychodzili z tego okrutnie pokaleczeni. We wrześniu 1941 2300 młodych i silnych Żydów pochodzących z Wiednia zostało sprowadzonych z Opola Lubelskiego do dęblińskiego getta. Połowa z nich miała tyfus i umarła. Pozostali zostali umieszczeni w obozie pracy w wybudowanym przez Bauleitung der Luftwaffe. Obóz był zlokalizowany obok linii kolejowej Lublin - Radom pomiędzy torami do Lublina i Warszawy, 100 m od fortu Ballonna, 200 m od rz. Wieprz i 150 m od Lotniska. Liczba Żydów w getcie była stale utrzymywana na poziomie 12 000 ludzi.
Transport 2500 Żydów z dęblińskiego getta do Sobiboru miał miejsce 6 maja 1942 r. Żydzi byli prowadzeni przez Niemców z 1 kompanii Luftwaffe i 1 kompanię bawarskiego regimentu. Wkrótce potem przybyło tu ponad 2000 Żydów z Preszowa w Czechosłowacji.
Spośród nich 150 umieszczono w Bauleitung der Luftwaffe, reszta umarła z głodu lub była zastrzelona przez policję niemiecką i polską. 3250 Żydów zostało przetransportowanych do Treblinki 15.08.1942 r. W październiku 1942 r. żaden Żyd nie pozostał w Dęblinie – Irenie. W połączeniu z transportami setki Żydów zostało zamordowanych przez Niemców i ich kolaborantów. Zostali pochowani w masowych grobach w Bobrownikach. Od stycznia 1941 r. do lipca 1944 r. następujące osoby były odpowiedzialne za los Żydów w Dęblinie: Landkommisarz Hans Lenk, Polizeikommandant Franz Filippi oraz żandarmi Karl Petersson, Rudolf Knapeider, Edek Majewski, Kirsch, Abel, Pusch, Klasen, Jaworny i Puzio. Z polskiej policji: komendant Czesław Grabarczyk oraz policjanci Madej, Wrobel, Laskowski, Migdalski, Teleszkiewicz, Rybicki, Wojcik, Zajac i Bielecki. Dodatkowo asystowała im polska Straż Pożarna. Wymienieni niemieccy żandarmi i polscy policjanci wzięli czynny udział w likwidacji 140000 rosyjskich jeńców wojennych, pochowanych w fosie fortu Stalag 307.
Dzisiaj umieszczona tam pamiątkowa tablica określa tę lokalizację. 25000 jeńców włoskich, w większości oficerów, trzymanych w fosie Balonny, bez wody i jedzenia. Wszyscy z nich zmarli i zostali pochowani na miejscu (Oflagu 77). Zdarzenie miało miejsce po kapitulacji marszałka Badoglio przed siłami alianckimi we wrześniu 1943 r. Tablica pamiątkowa oznacza też to miejsce pochówku.
Obóz pracy Bauleitung der Luftwaffe był otoczony drutem kolczastym, który był łatwy do sforsowania. 1200 Żydów było trzymanych w tym obozie pracy. Obóz był słabo pilnowany ponieważ Niemcy wiedzieli, że Polacy zabiją każdego Żyda, który znajdzie się na wolności. Mimo to 12 młodych uciekło do pobliskich lasów. Młodzi wymontowali 6 karabinów maszynowych z niemieckich Foker-Wulf oraz zabrali ze sobą trochę granatów ręcznych. W miejscowości Podlodów wszyscy 12 -u zostali zamordowani przez AK. Na początku lipca 1944 dwie grupy młodzieży słowackiej ruszyło w podróż do domów. Gdy osiągnęli miejscowość Gołąb, 12 km od obozu, wszyscy zostali zamordowani przez AK.
Największy mord Żydów w Polsce od 1920 r. miał miejsce 20 lipca 1944 r. i został popełniony przez Polaków po odejściu Niemców. Wehrmacht ewakuował się z Dęblina 18.07.1944 r. i pozostawił obersztabsfeldfebla z 5 – ma żołnierzami, aby pilnowali transportu więźniów – pracowników przymusowych, którzy jechali do fabryki Hasag-Warta w Częstochowie. Dęblin był ziemią niczyją przez 2 dni. Żydzi nie byli tego świadomi, ale Polacy z AK tę świadomość mieli. 20.07.1944 r. o godz. 5.00 rano 1200 więźniów zostało załadowanych do otwartych wagonów kolejowych. Nie było strażników. Paruset więźniów próbowało ucieczki nad rz. Wieprz w nadziei spotkania Armii Czerwonej. Polacy z okolicznych wiosek i członkowie AK czekali na uciekających Żydów po obu stronach Wieprza. 64 Żydów zostało zamordowanych, a ich ciała rzucono do Wieprza. Sześciu Żydom udało się uciec. Komendant obozu Hasag-Warta Bartenschlager policzył więźniów, którzy przybyli do Częstochowy. Brakowało 70 więźniów, co potwierdzało, że 64 zostało zabitych przez Polaków z AK. Po wyzwoleniu ocaleni z obozu Hasag-Warta spotkali się z tymi 6 – ma co uciekli z kaźni nad Wieprzem. 82 Żydów z transportu liczącego ogółem 1200 osób powróciło z obozu. Reszta została przetransportowana do innych obozów koncentracyjnych. Komendantem obozu Bauleitung der Luftwaffe byli Kattinger, Dosi, Braun i Rademacher. Wszyscy żydowscy pomocnicy strażników pochodzili z Austrii. Herman Wenkart był zastępcą komendanta. On przeżył wraz ze swoją żoną, bardzo już starą teściową i 4 – letnią córką. Komendantem policji żydowskiej był Kurt Engel.
/ tłum. dr Marcin Szender z: www.jewishgen.org/yizkor/deblin/Deblin.html Tekst powyżej jest ciągle dostępny w Internecie. Czy jest prawdziwy, skoro sprawa przez ponad 60 lat nie została potwierdzona w publikacji historycznej? Powstał on po wspomnianych publikacjach w „Polityce” z roku 1990. pozostawiam to bez komentarza.
Opr. Zbigniew Lipski
Mój udział w walce o wolną Polskę /wspomina Stanisław Królik ps. „Sosna”/
4.06.1044 r. brałem udział w zasadzce na samochody niemieckie na szosie Warszawa – Lublin k/ Korytnicy. Akcją dowodził ppor. Zygmunt Kęska ps. „Świt”. Akcja bez sukcesu. * Również w czerwcu w walce z Niemcami na szosie koło Trojanowa. W akcji tej poległo 2 naszych żołnierzy. Tadeusz Sałacki ps. „Tokarz” z Woli Okrzejskiej i Witosław Łysakowski ps. „Dzięcioł” z Ryk oraz ranny w rękę był Józef Jeżewski ps. „Szczyt” z Ryk. Akcją dowodził ppor. „Swit”. Strat wroga nie ustalono. * W lipcu 1944 r. w zasadzce na żandarmerię puławską pod Kazimierzem. Grupa zaczepna, w której byłem i ja, wkroczyła do Kazimierza, gdzie przejęto pieniądze z poczty. Chodziło w tym o sprowokowanie do wezwania żandarmerii puławskiej na pomoc. Choć czekaliśmy w zasadzce Niemcy nie przyjechali. Szkoda.
* Również w lipcu w największej walce z Niemcami w Buczkowicach k/ Opola Lubelskiego. 14.07.1944 r. zgrupowanie oddziałów partyzanckich 15 PP „Wilkow” tj. „Argila”, „Orlika”, „Przepiórki”, „Zagończyka”, „Turnusa” i „Małego” zaatakowało zespół majątków i obiektów należących do Ljegenschaftu Kluczkowic, jak Góry, Kręciszówka oraz pałac, browar i tartak w Kluczkowicach. W oddziale „Orlika” nie było strat, u „Zagończyka” poległ dca plutonu „Grzechotnik” i dwóch żołnierzy z oddziału „Turnusa”. Jeden zabity i kilku rannych w tym dwóch z oddziału „Małego”. Straty niemieckie były duże lecz trudne do ustalenia…Po akcji oddziały rozeszły się, każdy w swoim kierunku. My nad ranem zakwaterowaliśmy w lesie. Kucharz Cybulski Wacław ps. „Buczyna” z całą ekipą kucharzy poćwiartował uprowadzoną z majątku krowę. Porcje trochę niedogotowane i nieosolone smakowały wyśmienicie. * W lipcu 1944 r. uczestniczyłem w rekwizycji bydła i koni w majątku w Sobieszynie administrowanym przez Niemców.
* 27 – 27 lipca nastąpiła koncentracja pod kryptonimem „Burza”. Akcji bojowych poza wkroczeniem oddziału do Ryk, Staw i Dęblina nie było. 30 lipca nastąpiła częściowa demobilizacja oddziału. Część żołnierzy pozostała i zajęła się konserwacją i magazynowaniem broni. Zostaliśmy zaopatrzeni na drogę do domu w wędzonkę, chleb i papierosy. Kto chciał mógł od ręki dostać lewy dowód (kenkartę). Ja wróciłem do domu, gdzie z ojcem i bratem zajęliśmy się odbudową zniszczonych budynków.
* Około 20 sierpnia 1944 r. zostałem powiadomiony gońcem o stawienie się na zbiórce w Dąbi Nowej u Walerego Kępki. Po krótkiej odprawie wyruszyliśmy na rozkaz „Bora” małymi grupkami (2-3 osoby) w kierunku Warszawy. Pierwszy punkt postoju wyznaczono nam w miejscowości Jagodne za Garwolinem. Na drugi dzień przeszliśmy szosę warszawską, następnie tory kolejowe linii Dęblin – Warszawa i zatrzymaliśmy się w cegielni Miętne lub Ruda Talubska (dokładnie nie pamiętam). Tu zostaliśmy wyśledzeni przez zwiad na kucykach NKWD. Kiedy zwiadowcy odjechali nasze dowództwo widząc beznadziejną sytuację wydało rozkaz powrotu na swój teren działania. Wróciłem do domu. * Pod koniec sierpnia, któregoś dnia, gdy z bratem wykonywaliśmy pustaki, na nasze podwórko wbiegło kilku NKWD – istów, kierując się do naszego domu. Brat ich zauważył pierwszy i wyszeptał do mnie: chowaj się. Natychmiast wcisnąłem się w pryzmę świeżo ściętych gałęzi sosnowych. Nie znaleźli mnie i odeszli, a ja wróciłem do poprzedniego zajęcia. Niestety, po kilku dniach wizyta nieproszonych gości powtórzyła się, a mnie przed aresztowaniem ochronił żołnierz radziecki, który z trzema kolegami odbywał rekonwalescencję po frontowych ranach w naszym domu. Wasyl stanął z pepeszą w drzwiach i nie wpuścił napastników do pokoju. Gdy odeszli powiedział: Stachu udzieraj, udzieraj, ty nie znasz co to jest NKWD. Oni cię zabiją albo wywiozą na Syberię. Wtedy zrozumiałem, że ściganie b. żołnierzy AK nie jest zwykłym nieporozumieniem, lecz celowym działaniem. Zgodnie z radą Wasyla opuściłem rodzinny dom i ukryłem się w Kolonii Przesmyk k/Kłoczewa u p. Błachnio. 3 stycznia1945 r. zostałem aresztowany przez funkcjonariuszy UB z Ryk dowodzonych przez kpt. J. Gransztofa. Przeszedłem ciężkie śledztwo w Rykach, Garwolinie i Otwocku. Śledczy mieli mnie użyć do rozpoznania „Orlika”. Gdy w przedstawionym mężczyźnie jego nie rozpoznałem, stałem się dla nich niepotrzebny. W areszcie w Warszawie na Pradze byłem używany do pomocy w kuchni i stamtąd udało mi się uciec. Wróciłem przez Ryki do Sędowic, gdzie jakiś czas ukrywałem się u Bolesława Wojewody. Nawiązałem kontakt z „Orlikiem”, któremu złożyłem relację ze swojego śledztwa.
* Na początku kwietnia 1945 r. dla ludzi zagrożonych aresztowaniami ponownie powstał oddział partyzancki „Orlika”. Do oddziału dołączyła grupa ok. 35 b. żołnierzy AK, którzy uciekli z obozu internowania w Skrobowie. W czerwcu nasz oddział liczył już około 280 osób. W nim czuliśmy się bezpieczniej, a zginąć woleliśmy wolni, niż gdzieś w więzieniu lub obozie na terenie ZSRR.
* 12.04.1945 r. jako żołnierz ROAK – WiN uczestniczyłem w rozbrajaniu 8 funkcjonariuszy MO z Ryk, którzy na 2 furmankach jechali trasą Dąbia Nowa – Borki. W krótkiej potyczce został ranny 1 milicjant. Wszystkich po przesłuchaniu zwolniono.
* 13.04.1945 r. brałem udział w większej bitwie oddziału z UB i KBW w Kolonii Wola Zadybska. Przez zaskoczenie wzięliśmy do niewoli ok. 60-70 napastników, utrwalaczy władzy ludowej.
* 24.04.1945 r. brałem udział w ataku na UB w Puławach. Celem ataku było uwolnienie aresztowanych tam żołnierzy AK. Z kwater na Sachalinie, 2 sztudebakerami w 35-40 osób udaliśmy się do Puław. Pierwsza grupa dowodzona przez „skrobowiaka” ps. „Wierny’ uderzyła na budynek główny. Grupa druga dowodzona przez ppor. „Świta”, w której byłem i ja zaatakowała budynek w głębi podwórka. Uwolniono około 100 aresztowanych. Straty przeciwnika wg tablicy umieszczonej na budynku 8 osób, nie podano strat NKWD. Straty własne 2 zabitych tj. Feliks Tymoszak ps. „Longinus” i Marian Sośniak ps. Żaba”. Całością dowodził „Orlik” w asyście „Spokojnego”.
* 1 maja 1945 r. brałem udział w akcji zaopatrzeniowo – propagandowej w Kocku, w której poległ dca placówki w Woli Zadybskiej Władysław Głodek ps. „Sęk”. W drodze powrotnej zostaliśmy zaatakowani przez UB z Radzymina poruszających się 2 samochodami. Samochody spaliliśmy zginęło 12 funkcjonariuszy UB.
* 25.05.1945 r. uczestniczyłem w największym starciu partyzantów z NKWD i KB liczącej ok. 200 osób z Lublina i Puław na Kolonii Stockie Lasy k/ Kazimierza. Bój był zaciekły i trwał od godz. 14.00 do 22.00. Ponieśliśmy tam duże straty. Zginęli: Ryszard Pawelec ps. „Spłonka” z Ryk, Józef Jeżewski ps. „Szczyt” z Ryk, Eugeniusz Radon ps. „Finkarz”, Wacław Buksiński z Bobrownik, Jan Piecyk ps. „Stokrotka” i Roman Szymanik ps. „Hultaj”, Zdzisław Szczęsny ps. „Stracony”, Zdzisław Pastuszko ps. „Szczygieł” z grupy Baranów.
* 11.11.1945 r. brałem udział w ataku na NKWD i UB w Dęblinie na stacji kolejowej, gdzie przebywali w areszcie członkowie AK. Atakowaliśmy w 2 grupach. „Zagończyka” i „Spokojnego”, razem ok. 35-40 ludzi. Po przedwieczornej zbiórce we wsi Krukówka wyruszyliśmy polnymi ścieżkami do Dęblina. Kiedy znaleźliśmy się na terenie starych warsztatów kolejowych było już ciemno. Grupa pod dowództwem Józefa Rutkowskiego ps. „Jantar” cicho podeszła do stojącego w pobliżu pociągu i czekała na sygnał do ataku od grupy „Spokojnego”, która miała jako pierwsza wejść do strzeżonego budynku, gdzie przetrzymywano też więźniów. Po pierwszych strzałach ruszyliśmy i my w kierunku poczekalni dla podróżnych, gdzie panował znaczny tłok. Rozpoczęła się strzelanina. „Krakus” zostaje ranny. Ktoś strzelił w lampę, zgasło światło. Ustał ogień wewnątrz, ale nie na zewnątrz. Wreszcie widać rakietę nakazującą odwrót. Przez łąki wycofujemy się w kierunku Staw a następnie na Życzyn. W sąsiedztwie Pawłowic przeprawiamy się przez Wisłę i maszerujemy do wsi Łoje, gdzie stajemy na nocleg. To wtedy „Spokojny” zaproponował mi abym był w jego ochronie. Zgodziłem się.
* 6.01.1946 r. kończył się nam urlop świąteczny. O g. 22.00 mieliśmy stanąć na zbiórce w Owni. Walenty Olek ps. „Wilk” i ja chcieliśmy wpaść do domu i zmienić bieliznę. W drodze spotkaliśmy mojego brata Władysława i z nim dotarliśmy do domu Olka. Brat położył się w pokoju, my poszliśmy na strych po nowy pistolet. Tymczasem do domu wtargnęła grupa funkcjonariuszy NKWD. Na krześle leżał PM 44. Dla nich wszystko było jasne. Władka zastrzelili w łóżku. Rewizji dalej nie prowadzili. Pospiesznie się wycofali.
* 10.03.1946 r. uczestniczyłem w potyczce z NKWD na szosie Warszawa – Lublin w Gończycach. Wtedy zginął „skrobowiak” ps. „Pościgowiec”, ranę odniósł Ludwik ps. Piorun” z Dęblina.
* 29.09.1946 r. wraz ze „Spokojnym” jego żoną Zofią i z Zygmuntem Kultysem ps. „Lis” jechaliśmy furmanką do aptekarza w Okrzei. „Spokojny” był mocno przeziębiony wymagał leczenia. A w Okrzei był odpust. Tylko tam wjechaliśmy otoczyli nas UB-owcy i żołnierze z grupy operacyjnej stacjonującej w Kłoczewie. Doszło do wymiany ognia. Uciekaliśmy w kierunku Kopca Sienkiewicza. Gdy nie zauważyliśmy pogoni, ja już uspokojony pomyślałem, że przed kilkunastoma minutami stoczyłem największy pojedynek o życie. Dotarliśmy do Żurawca, gdzie już na nas czekano w szkole z przedstawieniem. My śpiewaliśmy partyzanckie pieśni.
* Ponadto uczestniczyłem w akcjach rozbrajania posterunków MO w Adamowie, Żelechowie, Kocku, Końskowoli, Maciejowicach. We wszystkich przypadkach posterunki zdobyto przez zaskoczenie. Faktem jest że nigdy nie atakowaliśmy frontowych żołnierzy radzieckich. Walki prowadziliśmy głównie z NKWD i UB. Z wieloma posterunkami MO utrzymywaliśmy poprawny stosunek. Nasze działania były skierowane też przeciwko zwykłemu bandytyzmowi.
* 16.01.1947 r. Obwodowa Grupa Operacyjna z Ryk skonfiskowała mienie moich rodziców za to, że ja ich syn pozostawałem członkiem nielegalnej organizacji i bandy, jak oni nas nazywali. Moich rodziców aresztowano. Na szczęście już w drodze do aresztu znaleźli się żołnierze, którzy pozwolili im uciec. Odtąd i oni musieli się ukrywać. Moje siostry Genowefa i Regina przeszły ciężkie śledztwo. Dopiero po ogłoszeniu amnestii 1.04.1947 r. zgłosiłem się do UB w Garwolinie w celu ujawnienia. Rodzice i siostry mogły wrócić do domu. Przyjaciele radzili abym nie pozostawał w domu. Posłuchałem ich i wyjechałem na Ziemie Odzyskane do pracy. Tam też ściągnąłem kilku kolegów z partyzantki. Trzeba było ten czas jakoś przeczekać.
/ opr. Zbigniew Lipski na podstawie odręcznej notatki/
Pacyfikacja we wsi Lendo Eielkie
/wspominają potomni/
Na placu ofiarowanym przez tutejszych gospodarzy Eugenię i Jerzego Latoszyńskich, w Lendzie Wielkim gmina Nowodwór, stoi od 17 czerwca 1973 r. pamiątkowy głaz z wyrytymi na nim 34 nazwiskami jego mieszkańców, którzy zginęli, zastrzeleni w dniu 5 lutego 1943 r. przez Niemców. Tablica wymienia kolejno: Stanisławę Adameczek l. 24, Jadwigę Bancerz l. 33, Józefa Drańskiego l. 44, Edwarda Hojdakowskiego l. 18, Czesława Krupińskiego l. 23, Józefa Kulika l. 27, Mieczysława Surmacza l. 19, Józefa Surmacza l. 25, Annę Stępniak l. 40, z dziećmi Marią l. 6, Genowefą l. 8, Stefanem l. 12 i Stanisławem l. 14 oraz Tomasza Stępniaka l. 64, Romana Szulika l. 33, Henryka Trojaka l.16, Jana Wasilewskiego l.50, Aleksandra Walaszka 145, Stanisława Wasiłka 1 22, rodzinę Wróblewskich tj. Józefę l. 63, Bronisławę l. 58, Kazimierza l. 65, Zofię l. 20, Adelę l.18, Bolesława l. 25, rodzinę Zielników: Jana l. 65, Katarzynę l. 63, Władysławę l. 27, Stefana l. 31, Henryka l. 19, Wacława l.17, Janinę 15 i Genowefę
l.13. 34 osoby, w tym czworo małych dzieci, ośmioro poniżej 20 roku życia. Przyczyna ich zagłady wydaje s
ię prozaiczna i zupełnie nie przystająca do ich ewentualnych "win" polegających na tym, że byli Polakami, że wieś wspierała partyzantów i że w niedalekim Przytocznie kilka dni wcześniej jedna z grup partyzanckich w czasie rekwirowania żywności dla własnych potrzeb spowodowała w czasie szamotaniny śmierć dziedzica tutejszego majątku - Kuszeli. Jego przyjaciel komendant posterunku policji w Łysobykach (ob. Jeziorzany) Kochański miał się odgrażać, że nie popuści tego płazem. Sporządzono listę osób z rodzin podejrzanych o współpracę z lewicującą partyzantką GL i tzw. grupy Serafina. Wczesnym rankiem Niemcy otoczyli Lendo Ruskie. Wypędzili mieszkańców na drogę i zaczęli odczytywać nazwiska z listy. To nie byli ci. Zwolnili większość, a sami zabierając z sobą kilku mężczyzn udali się do pobliskiego Lenda Wielkiego. W tym czasie ukrywający się tam partyzanci opuścili wieś. Niemcy wygonili z domów mieszkańców Lenda Wielkiego i posługując się wspomnianą listą "ustalili winnych". Czy również te dzieci 3, 5, 6 i 8 letnie były na tej liście, tego nikt nie wie. Zginęli razem. Ich domy spalono. Inwentarz - mężczyźni z Lenda Ruskiego załadowali na samochody i został wywieziony. Tak w lutym 1999 r. relacjonował tamte wydarzenia pamiętający je, mieszkaniec Lenda Wielkiego Czesław Stachnio. Na ile ta relacja jest prawdziwa, próbuję ją skonfrontować z publikacją z r. 1973 wydaną z okazji uroczystości odsłonięcia tego pomnika. Byłem tam jak i wielu mieszkańców ówczesnego powiatu ryckiego. "Jednodniówka" Społecznego Komitetu Budowy Pomnika, któremu przewodniczył ówczesny komendant WOSL w Dęblinie gen. bryg. pil. dr Józef Kowalski zawiera relacje Zofii Sala, Bronisławy i Mariana Walaszków. Jest w nich o spędzeniu mieszkańców Lenda Wielkiego w pobliżu sklepiku ... spojrzałam w stronę grobli, gdzie byli skazańcy. Klęczeli na śniegu i modlili się. W pewnym momencie usłyszałam serie z karabinów maszynowych. Opadłam na śnieg nieprzytomna... Kiedy udało mi się podnieść poszłam na miejsce egzekucji... Wśród dorosłych leżały zbroczone krwią maleńkie dzieci. Niektóre z nich dawały jeszcze znaki życia. Hitlerowcy dobili ich... (Z. Sala) Inna, nie podpisana relacja wspomina, że policja granatowa z Łysobyk w styczniu 1943 r. zatrzymała na grabieży partyzanta Józefa J. 22 stycznia Niemcy przywieźli go do Lenda Wielkiego i bijąc go nakazała mu wskazywać domostwa, w których zatrzymywali się partyzanci lub udzielano im w nich pomocy. Aresztowano wtedy sołtysa Józefa Trojaka, Stefanię Nastalską oraz jej dzieci Helenę i Stanisława. Aresztowanych "obronił" przed natychmiastowym rozstrzelaniem komendant Kochański twierdząc, że należy ich oddać w ręce gestapo na dalsze badania. Co się z nimi stało później, relacjonujący nie podaje. Zbierający po wojnie materiały o działalności PPR, Gwardii i Armii Ludowej w Dzielnicy Nr 6 Dęblin - Ryki – Baranów Jerzy Kowalczyk wg relacji Serafina Aleksiejewa zapisał: w marcu hitlerowcy wpadli do wsi Lendo, spalili siedem zagród i zabili sześciu ludzi m.in. matkę Reginy Kulczyckiej narzeczonej Tadeusza Maciejewskiego, współtowarzysza walki Serafińa Aleksiejewa, który w lecie 1942 r. objął dowództwo nad oddziałem GL im. J. Kilińskiego operującego w rejonie rycko-łukowskim. Być może likwidacja ludzi z nimi związanych była celem pacyfikacji mieszkańców wsi Lendo Wielkie. Jerzy Kowalczyk napisał, że "W pierwszych dniach lutego 1943 r. policja granatowa w Jeziorzanach aresztowała dwóch ludzi, którzy znali skład i kierownictwo grupy wypadowej GL w Niedźwiedziu. W czasie przesłuchania przekazali oni żandarmerii posiadane informacje. 5 lutego żandarmeria dokonała częściowej pacyfikacji wsi Lendo Wielkie, Niedźwiedź, Żurawiec, Helenów i Lipiny... W czasie pacyfikacji zamordowano około 80 osób." Czy liczba z pomnika weryfikuje te 80 nie wiem. Materiały dotyczące mieszkańców ukierunkowanych na współpracę z Armią Radziecką były zbierane w minionym okresie skrupulatnie, choć nie do końca sprawnie, a ludzie przecież mają, niekiedy, tendencję do koloryzowania swoich wspomnień, lub określają w przybliżeniu. Słowo zaś zapisane staje się faktem. Mord w Lendzie Wielkim miał miejsce. Dziś mało kto o nim pamięta. W naszej narodowej martyrologii przez całe lata odbijamy się od jednej skrajności w drugą. Prawo "Kalego" zda się bardzo nam odpowiada. Brak szacunku do ludzi o innej orientacji ideologicznej w oficjalnych wystąpieniach odbija się rykoszetem. Młodzi, wychowywani na jednostronnej ocenie dziejów, przewracają pomniki, przestają w cokolwiek wierzyć. Może gdyby udało nam się podchodzić do przeszłości mniej emocjonalnie a bardziej pragmatycznie, uniknęlibyśmy skakania sobie do oczu i nazywania: "ty bandyto". Odbrązowienie tamtej walki wyszłoby na korzyść prawdzie. Szlachetność dawnego rycerstwa objawiała się w gestach - pozwolił przeciwnikowi podnieść wytrąconą szablę. Uznał, że i jemu o coś chodziło w tej walce. Amerykanie pokazując Niemców czy Japończyków jako swoich przeciwników podczas II wojny światowej nie dyskredytują ich jako ludzi myślących. Udowadniają tylko, że ich sposób myślenia zasadzał się na błędnych założeniach celów, do których dążyli. Każda walka z użyciem broni jest okrutna i bardzo często niesprawiedliwa. Ludzie, którzy w niej uczestniczyli wyrastali z różnej tradycji i choć myśleli o Polsce to w marzeniach po swojemu określali ją "jaka ona ma być". Gdy ktoś naraża swoje i swoich bliskich życie, zwykle kieruje się nadrzędną potrzebą. Podczas wojny narażali się wszyscy, bez względu na swoją przynależność militarną czy też polityczną. Wszystkim więc o coś szło. Spory w cywilizowanym świecie rozstrzygają sądy. Kwiaty na groby nosi się najczęściej najbliższym. Historię trzeba pisać w miarę obiektywnie, nikogo nie pomijając.
opr. Z. Lipski

PS. W opracowaniu pt. „Warszawa – prawa podmiejska 1939 – 1944” znaleźć można wspomnienia ludzi z terenu sąsiadującego z Rykami, Są to m.in. relacje:
Henryka Cichocka ps. Zofia „PPR w dzielnicy Dęblin – Ryki”
Władysław Moskalik ps. Śmiały „W Baranowie i okolicy”
Wawrzyniec Rońda ps. Wapno „ Gwardziści z dzielnicy Dęblin – Ryki”
Alicja Lasota-Dobrowolska ps. Alina „Peperowcy z dzielnicy Dęblin – Ryki”
Serafin P. Aleksiejew ps. Serafin „Na ziemi przyjaciół”
Jerzy Brzeszcz ps. Jurek „Na partyzanckim posterunku”
Jan Kamela ps. Pająk „PPR, GL –AL. w Białkach Górnych”
Aleksander Wiak ps. Wulkan „W Pogotowie”
Bronisław Łukasik ps. Dąb „W Podobłociu”
Tadeusz Pietrzak ps. Tadek „W dniach wyzwolenia”
Materiał sumujący przedstawił:
Jerzy Kołodziejek „PPR, GL-AL. dzielnicy Dęblin – Ryki”


Mgr Maria Wiśnioch


REPRESJE OKUPANTA WOBEC MIESZKAŃCÓW RYK

- próba bilansu

1. Czas wojny obronnej.

Ryki, położone przy głównym trakcie, w połowie drogi z Lublina do Warszawy, znalazły się w pierwszych dniach września 1939 r. niemal w centrum działań wojennych. Celem strategicznym lotnictwa niemieckiego w dniach 10 i 11 września stały się obiekty wojskowe usytuowane w promieniu kilku zaledwie kilometrów od miasta, a mianowicie magazyny z amunicją i paliwem w Stawach oraz twierdza dęblińska, która wraz z twierdzami w Warszawie, Modlinie i Brześciu nad Bugiem tworzyła system obronny na wschód od Wisły. W Dęblinie mieściła się także Główna Składnica Lotnicza, wytwórnia samolotów oraz szkoła lotnicza.
W wyniku bombardowania tych terenów zniszczone wstały również Ryki. Tadeusz Dzier, udający się w tym czasie z Warszawy na południe, zanotował w swoim dzienniku pod datą 13 września 1939 roku: "Droga z Garwolina do Lublina na zawsze pozostanie nam w pamięci. Zupełnie zniszczone i spalone miasteczka. Ryki i Żyrzyn ze sterczącymi kominami i dymiącymi popieliskami. Można było tylko spotkać zwęglone lub rozszarpane przez pociski zwłoki ludzi i przemykające bezdomne psy, które ocalały."
Kilka dni wcześniej, 4-5 września ewakuowali się tą drogą przez Garwolin, Ryki, Lublin do Nałęczowa przedstawiciele Ministerstwa Spraw Zagranicznych i korpusu dyplomatycznego.
Od pierwszego dnia agresji armia polska podjęła nierówną walkę z wojskami niemieckimi. W najcięższych bitwach września wzięli udział również mieszkańcy Ryk. Władysław Bąk walczył pod Mokrą (1.IX.1939) i Modlinem (11-29.IX), gdzie dostał się do niewoli. Por. Władysław Bełdyga brał udział w bitwie nad Bzurą (9-20. IX) i pod Kampinosem. Tu trafił do niewoli. Początkowo przebywał w oflagu II D w Grossborn (ob. Borne Sulinowo w woj. koszalińskim), następnie w Colditz (oflag IV C) oraz w oflagu II C w Waldenbergu i II E w Neubrandenburgu. Wrócił do domu dopiero po zakończeniu wojny. Przez obozy jenieckie przeszli: Mieczysław Sienkiewicz z Julina (Grossborn), Stanisław Kalisz (Prusy Wsch.) i Wacław Osiak (stalag 3 A w Luckenwaldzie). Natomiast Bolesław Celiński, żołnierz Korpusu Ochrony Pogranicza pełniący służbę pod Wilnem dostał się do niewoli sowieckiej i prawdopodobnie podzielił los polskich oficerów internowanych w Ostaszkowie. Po zajęciu kraju i utworzeniu w dniu 25 października 1939 roku Generalnego Gubernatorstwa (woj. warszawskie, radomskie, lubelskie, krakowskie i od 1941 - woj. lwowskie) Ryki włączone zostały do powiatu puławskiego w dystrykcie lubelskim (przez wojną - w pow. Garwolin).

2. Getto III`41- V`42

Polityka represyjna władz okupacyjnych objęła także 4.500 społeczność rycką. W pierwszej kolejności dotknęła Żydów, którzy stanowili ok. 70% ogółu mieszkańców. Większość z nich zamieszkiwała domy usytuowane wokół rynku i w przylegających do niego ulicach. Trudnili się przeważnie handlem i rzemiosłem. Chyl, właściciel tartaku w Podlodowie, handlował w Rykach drzewem, Mochobodzki - zbożem, u Kujawskiego zamawiano meble, największy sklep bławatny miał Srul Firanko, pieczywo dostarczał ze swojej piekarni Uzer, a w artykuły spożywcze zaopatrywano się u Gdali, Kupermanna, Weinberga i Szimy. W sobotę mieszkańcy Ryk widzieli ich spieszących do bożnicy na kidusz poranny - specjalną modlitwę uświęcającą szabat (obecnie w tym miejscu znajduje się dom handlowy). W marcu 1941 roku w tym właśnie rejonie miasta władze niemieckie utworzyły getto, które w maju 1942 zlikwidowano. Podczas akcji kierowanej przez oficera żandarmerii Klapfeidera zginęło ok. 100 Żydów, m.in. przed pocztą zastrzelono młodą Żydówkę z dzieckiem, ok. 2.500 osób wywieziono do obozu zagłady w Sobiborze, a podczas drugiej deportacji jesienią 1942 r. kilkadziesiąt osób skierowano do obozu koncentracyjnego na Majdanek. Być może wspomniani wyżej Żydzi zginęli w Sobiborze, bowiem w zachowanych dokumentach obozu lubelskiego ich nazwiska nie występują. Na Majdanku zginęli: Jankel Gutwachs (24.IX 1944), Icek Silberstein (28.XII.1942), Tobias Sztamfater (13.IX 1942), Srul Tarangel (27.XLI942), Szloma Weinberg (2XII. 1942), Hersch Zilberberg (30.XL 1942). Wojnę przeżyły m.in. córki S. Firanko - Rosa, Frania i Maria (w 1945 Wacław Kossowski nabył od nich dom), wnuki Kujawskiego, który w ub. r. przyjechał do Ryk z Izraela i Chemia Lajb, który dołączył do oddziału partyzanckiego.

3. Łapanki.

Represje okupanta dotknęły również miejscową ludność polską, która aktywnie uczestniczyła w ruchu oporu. Przejawiał się on w takich działaniach, jak: nie wywiązywanie się ze świadczeń kontyngentowych, tajne nauczanie, kolportaż prasy podziemnej, słuchanie radia, wstępowanie od 1940 r. do ZWZ, który przekształcił się później w AK, udzielanie pomocy partyzantom z oddziału "Orlika", likwidowanie konfidentów i miejscowych żandarmów niemieckich, ukrywanie Żydów i partyzantów radzieckich, ostrzeganie przed aresztowaniami (informacje przechwytywano min. na poczcie), organizowanie pomocy uwięzionym w obozach.
Władze okupacyjne, dążąc do zlikwidowania punktów oporu i sterroryzowania ludności, zaczęły stosować również wobec mieszkańców Ryk zasadę zbiorowej odpowiedzialności (rozporządzenia niemieckie z 30.XI.42 i z 2.X.43 r.), w wyniku czego wiele osób zginęło w masowych egzekucjach, było zatrzymanych w łapankach ulicznych i wywiezionych do wię7jeń i obozów lub na roboty przymusowe do Rzeszy. W latach 1940 -1944 przeprowadzono w Rykach kilka takich łapanek, związanych z rekrutacją siły roboczej, a mianowicie: 17 lutego 1940 r. zatrzymano m.in. Leokadię Malecką z Julina, we wrześniu 1941 - kilkanaście osób z Ryk, w tym Stanisława Ośko, w 1944 Władysława Sergla. Po zarejestrowaniu ich w arbeitsamcie mieszczącym się w Domu Strażaka deponowani zostali do pracy w gospodarstwach rolnych. Wrócili do swoich bliskich dopiero po wojnie. Z przyczyn bliżej nieustalonych w 1942 roku zatrzymano ok.. 50 osób, m.in. Jana Kamińskiego i wywieziono ich do Dęblina. Natomiast we wrześniu 1943 roku żandarmeria rycka przeprowadziła łapankę w odwet za zlikwidowanie przez partyzantów z oddziału "Orlika" policjanta granatowego Drożyńskiego.
Aresztowano wówczas i osadzono w obozie na Majdanku 16 mężczyzn, m.in. W. Bąka, Jana Dutkiewicza, Tadeusza Dzido, Władysława Golaka, Mariana Filipka, Bolesława Jeżewskiego, Jerzego Janiszka, Jankowskiego, Leonarda Kostrzemę, Wacława Korzeniowskiego, Stanisława Kucharskiego, Mariana Siwka, Kazimierza Osiaka. W obozie zginęli: T. Dzido i W. Golak, a w czasie ucieczki z transportu ewakuacyjnego do Buchenwaldu zastrzelony został T. Jeżewski. Pozostałych w różnych okresach czasu zwolniono do domu. Ogółem w łapankach zatrzymano ok. 100 osób.

4. Egzekucje.

Częstą formą represji wobec mieszkańców Ryk i okolicznych wsi były zbiorowe lub indywidualne egzekucje, w wyniku których straciło życie ok. 350 osób.
Na podstawie badań ankietowych przeprowadzonych w 1969 roku ustalono, że w latach 1940-44 na terenie ryckiej gminy miejscowa żandarmeria dokonała 12 egzekucji, w tym 6 w samych Rykach: 1.IX.1942 r. rozstrzelano trzy osoby z rodziny Kucharskich za zabicie przez ruch oporu komendanta żandarmerii, w maju 1942 – 100 Żydów, b.d. – 90 Żydów, w 1943 – 6 Polaków, rodzinę Mleczkowiczów za ukrywanie Żydów i kucharskiego Józefa za nieoddanie kontyngentu. Pozostałe egzekucje miały miejsce w Bobrownikach (1.XI.1943 – 18 osób), w Niwie Babickiej (b.d. – 4 osoby), w Stawach (1940 – 40 Żydów, 1944 – 54 Żydów), w Kurzelatach (XII.1943 – 4 osoby za ukrywanie radzieckiego partyzanta), w Życzynie (b.d. – 9 osób, m.in. rodzinę Kurków.
Kilku mieszkańców Ryk zginęło w egzekucjach dokonanych w innych rejonach kraju: w Wawrze k/Warszawy 24.XII.39 - kierownik ryckiej mleczami p. Próchnicki, 6 marca 1944 roku pod Kurowem - członkowie AK: Edward Witosław, Lucjan Piątkowski i nauczyciel Grzegorz Wojtkowski Na Majdanku w dn. 19.VII.44 rozstrzelano Józefa Morawskiego, a w masakrze lipcowej na Zamku w dniu 22.VII.1944 roku - działaczy PPR: Jana Celińskiego i Jana Wardawy, nauczycieli: Piotra Palla i Jana Lejwodę oraz Stanisława Liedla, Mariana Traczyka, Stanisława Żaczka i Stanisława Celińskiego, żołnierza AK.

5. Ruch oporu.

W okresie aktywnej działalności organizacji wojskowych i politycznych (1943 -1944) nastąpiły największe aresztowania.
Jesienią 1943 r. na terenie tzw. podobwodu A (Ryki, Kłoczew. Trojanów, Sobieszyn) zaczął działać oddział lotny "Orlika", nazwany tak od pseudonimu jego dowódcy ppor. rez. Mariana Bernaciaka z Zalesia. W jego szeregach znaleźli się m.in. ppor. Wacław Kuchnio "Spokojny", ppor. rez. Władysław Antoszczak "Szary", Zygmunt Kultys "Lis", dr Podkościelny, Tadeusz Osiński "Tek", Stanisław Królik "Sosna", Jan Miłosz "Dolina" (zob. I. Caban: "Oddziały partyzanckie AK 15 PP "Wilków"). Wielu mieszkańców Ryk współdziałało z oddziałem partyzanckim, ukrywając zdekonspirowanych żołnierzy AK, broń, organizując pomoc materialną.

6. Więzienia, obozy.

W odwet za utrzymanie kontaktów z AK gestapo aresztowało w listopadzie 1943 roku Jadwigę Wiśniach i jej 15-letniego syna Stefana (mąż Stanisław był zaprzysiężonym członkiem AK). Osadzono ich w areszcie Policji Bezpieczeństwa w Puławach. Tego samego dnia aresztowano ks. Władysława Bodziaka i nauczyciela Władysława Pytlakowskiego. Wszystkich, z wyjątkiem Stefana Wiśniocha, który zginął w Puławach przewieziono do Kazimierza Dolnego. Po przesłuchaniu ks. Bodziaka i p. PytIakowskiego zwolniono, a J. Wiśniach przewieziono na Zamek Lubelski.
W lutym 1944 r. aresztowano wspomnianych wyżej L. Piątkowskiego, E. Witosława i G. Wojtkowskiego, których rozstrzelano w odwet za akcję oddziału BCh A Szarugi ps. Waligóra na drodze m. Kurowem a Żyrzynem, gdzie zginęło 4 oficerów SS. Kolejnego aresztowania dokonano 12 czerwca 1944 r: Zatrzymano wówczas kilkanaście osób, a wśród nich nauczycieli (p. FalI, J. Lejwoda), członków AK i działaczy komunistycznych. Zginęli w przeddzień wyzwolenia Lublina. Mieszkańcy Ryk osadzani byli zazwyczaj w areszcie Policji Bezpieczeństwa w Puławach, skąd po wstępnym przesłuchaniu przekazywano ich do więzienia policyjnego w dystrykcie na Zamek Lubelski. Na podstawie relacji i materiałów archiwalnych przechowywanych w Państwowym Muzeum na Majdanku ustalono, że w latach 1940-44 przez lubelską katownię przeszło ok. 40 mieszkańców Ryk. Stąd większość z nich została wywieziona do różnych obozów hitlerowskich: na Majdanek deportowano W. Kucharskiego, J. Narajczyka (zmarł w obozie w lutym 1942 r.), J. Morawskiego (zginął w lipcu 1944), J. Wiśnioch (19.1V.44 - wywieziona do Ravensbriik) , W. Zarembę (zmarł 10.1II.44), do Oświęcimia - S. Jagusza, A Głodka, S. Jeżewskiego, J. Kępkę (zginął 20. VII.42), Aleksandra Królika, Adolfa Królika (wywieziony do Dory, następnie Mittelbau, Nordhausen i Bergen - Belsen), Czesława Łabędzkiego (następnie do Buchenwaldu) i Antoniego Szlendaka. W warunkach nasilonego terroru okupacyjnego mieszkańcy Ryk solidarnie podjęli działania na rzecz niesienia pomocy uwięzionym w obozach. Za pośrednictwem lubelskiego oddziału PCK rodziny aresztowanych, działacze ryckiej delegatury Polskiego Komitetu Opiekuńczego (G. Wojtkowski, A Bejk, F. Pollak, ks. W. Bodziak, J. Brzostowska) oraz pracownicy poczty, m.in. W. Milik i pp. Małachowscy przekazywali więźniom paczki żywnościowe, listy, zdobywali informacje o ich pobycie w obozach.

7. Groby

W ciągu 5 Jat okupacji hitlerowskiej straciło życie ok 80% mieszkańców Ryk Groby wielu z nich znajdują się na miejscowym cmentarzu parafialnym. Tu spoczywają żołnierze AK Ich dowódca "Orlik", który poległ 23 czerwca 1946r. we wsi Piotrówek pod Trojanowern w walce z grupą saperów z 1 DP ma tutaj symboliczną mogiłę. Niektórym rodzinom udało się sprowadzić ciała swoich bliskich straconych w masowych egzekucjach lub zamordowanych w obozach. W rodzinnych grobowcach pochowani zostali Kucharscy, Lucjan Piątkowski. Grzegorz Wojtkowski, Józef Narajczyk. Pamiętajmy o Nich, bowiem jak pisze poetka Wiesława Szymborska "Umarłych wieczność dotąd trwa, dokąd pamięcią się im płaci".

PS. Opracowała Maria Wiśniach na podstawie materiałów archiwalnych byłego więzienia na Zamku Lubelskim i obozu koncentracyjnego na Majdanku przechowywanych w Państwowym Muzeum na Majdanku, wyników badań ankietowych przeprowadzonych w 1969 r. wśród mieszkańców Ryk, które znajdują się w zbiorach prywatnych prof. R. MakuIca oraz relacji W. Bąka, B. Bacy, L.M. Bełdygi, H. Kossowskiej. S. Kucharskiego i J. Wiśnioch.

/”MR” nr 5/1995/